Reklama

Reklama

Liderzy opozycji apelują, by nie uznawać wyników wyborów na Białorusi

Trzej liderzy białoruskiej opozycji, w tym dwaj opozycyjni kandydaci na prezydenta z 2010 r., wezwali społeczność międzynarodową, by nie uznała wyników niedzielnych wyborów prezydenckich na Białorusi. Ogłosili też start kampanii "Władza narodowi!".

Szef Białoruskiej Partii Socjaldemokratycznej (Narodna Hramada) Mikoła Statkiewicz, lider ruchu "O państwowość i niepodległość Białorusi" Uładzimir Niaklajeu (obaj kandydowali w wyborach 2010 r.) i szef Zjednoczonej Partii Obywatelskiej Anatol Labiedźka powiedzieli o tym na konferencji prasowej w Mińsku.

Reklama

Niaklajeu poinformował, że trzej liderzy opozycji spotkali się, by oświadczyć: "Nie uważamy odegranego przez reżim białoruski spektaklu wyborczego za wybory i nie uznajemy tych wyborów".

Według niego jest wiele powodów takiej decyzji. "To nie tylko dane niezależnych obserwatorów, ale także to, że władze dopuściły się fałszerstwa. Reżim nigdy jeszcze tak usilnie nie zaganiał ludzi do punktów wyborczych, gdzie na podstawie doświadczenia z poprzednich kampanii wiemy, że odbywają się stuprocentowe fałszerstwa" - oświadczył.

Labiedźka dodał, że ważne jest także, by nie dopuścić do legitymizacji Łukaszenki na arenie międzynarodowej.

Statkiewicz oznajmił, że zainicjowano nową kampanię, która będzie przybierać różne firmy, w tym akcji ulicznych. Jej celem jest przywrócenie władzy narodowi. Zapowiedział, że liderzy opozycji wezwą także inne partie polityczne, ruchy i obywateli do przyłączenia się do niej.

Dodał, że następna akcja uliczna odbędzie się pod koniec listopada "jako upamiętnienie czarnej daty białoruskiej historii - przewrotu konstytucyjnego: referendum 1996 r." W referendum tym poszerzono uprawnienia prezydenta.

"Jeśli władze nie pójdą na ustępstwa wobec narodu i nie zostaną wprowadzone rzeczywiste poprawki do prawa wyborczego, które sprawią, że udział w wyborach będzie miał sens, białoruskiemu społeczeństwu pozostanie tylko jeden środek przywrócenia władzy. Niestety nie będzie on już związany z wyborami. Jeśli Łukaszenka nie zgodzi się na reformy, to białoruski naród weźmie sobie władzę siłą" - oznajmił.

Alaksandr Łukaszenka wygrał wybory prezydenckie na Białorusi i nadal będzie sprawował najwyższy urząd w państwie. Jak podała w poniedziałek nad ranem w Mińsku Centralna Komisja Wyborcza, zdobył on 83,49 proc. głosów.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy