Reklama

Reklama

Kurdowie przyznają się do zamachu w Ankarze

Kurdowie przyznają się do środowego zamachu w stolicy Turcji. W eksplozji samochodu, zaparkowanego obok przejeżdżającego autobusu wojskowego zginęło 28 osób. Ofiary to głównie żołnierze.

Kurdyjska grupa TAK, związana do niedawna z Partią Pracujących Kurdystanu napisała na stronie internetowej, że zamach był odpowiedzią na politykę prezydenta Erdogana. Ugrupowanie twierdzi, że ataku dokonał 27-letni mężczyzna, który był syryjskim Kurdem. Nie wiadomo jednak, czy informacje te są prawdziwe, bo tureckie władze podawały wcześniej inną tożsamość zamachowca.

Zaraz po ataku prezydent Recep Erdogan obwiniał o jego przeprowadzenie Kurdów. Wieczorem polityk przez prawie półtorej godziny rozmawiał o tej sprawie z prezydentem Stanów Zjednoczonych Barackiem Obamą. Wszystko dlatego, że ugrupowania syryjskich Kurdów są jednymi z najważniejszych sojuszników USA w walce z tzw. Państwem Islamskim w Syrii, a Turcja oskarżała Waszyngton, że to właśnie amerykańska broń jest wykorzystywana przez Kurdów do zabijania cywilów w Syrii.

Reklama

Po zamachach tureckie lotnictwo rozpoczęło bombardowania pozycji kurdyjskich zarówno w Iraku jak i w Syrii. Władze w Ankarze zapowiadały, że naloty będą kontynuowane.
Zamach w tureckiej stolicy był kolejnym z serii ataków, do których doszło w ostatnich miesiącach. W październiku ubiegłego roku w Ankarze zginęło niemal 100 osób, a w lipcu w miejscowości Suruc 30 osób. Oba te zamachy przypisywane są tzw. Państwu Islamskiemu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy