Reklama

Reklama

Jacek Berbeka o tragedii na Broad Peak: Chłopcy zostali sami, załamali się

Jacek Berbeka - brat Macieja Berbeki, który zginął wraz z Tomaszem Kowalskim po pierwszym w historii zimowym zdobyciu ośmiotysięcznika Broad Peak w Karakorum - wyrusza na poszukiwania ciał brata i jego towarzysza. W rozmowie z RMF FM ujawnia plan wyprawy i to, kto będzie mu w niej towarzyszył. Pytany, co mogło doprowadzić do tragedii, mówi wprost: "Przyczyną nieszczęścia było załamane psychiczne. A załamanie psychiczne nastąpiło w wyniku tego, że chłopcy zostali sami".

Maciej Pałahicki: - Dlaczego właściwie zdecydowałeś się na tak trudną i - nie ukrywajmy - niebezpieczną wyprawę?

Jacek Berbeka: - Zdecydowałem się dlatego, że tam zginęły dwie osoby. Nie mogę pozwolić, by zostali w miejscach widocznych, w miejscach, gdzie będą przechodziły dziesiątki ludzi, będą się tamtędy wspinały na szczyt. To jest droga, którą latem pokonuje bardzo dużo osób - właśnie tą drogą przede wszystkim zdobywa się Broad Peak. Niedługo w Karakorum zacznie się sezon letni i nie wyobrażam sobie, bym mógł zostawić brata czy osoby, z którymi się wspinał, w miejscu, gdzie narażeni będą na ciekawski wzrok tylu obcych ludzi.

Reklama

To jest bardzo szlachetne, ale naprawdę bardzo rzadko zdarza się, żeby  ktoś wychodził tak wysoko, by zadbać o godny pochówek bliskiej osoby.

- To jest mój brat. Ja mam takie odczucia, taką potrzebę. Być może inni nie mają takich odczuć albo myślą inaczej. Ja w to nie wnikam. Ja mam takie odczucia, a nastawiony jestem rzeczywiście na bardzo ciężką pracę i na ciężkie działanie. Już działałem na 8300 m, spałem trzy razy na 8300 m bez tlenu. Sam rozbijałem tam namioty, ewentualnie z drugą osobą. Na 8000 m też kilka razy rozbijałem namiot. Nie jest to łatwa sprawa, ale porównywalna do tego, co zamierzam zrobić teraz wraz z przyjaciółmi, z którymi się wybieram. Mamy trzyetapowy plan. Świetną rzeczą byłoby, gdyby udało się te ciała znieść do podstawy ściany. To jest rzecz, o której marzę. Jeżeli się nie uda, to chciałbym znaleźć miejsce w tej szczelinie brzeżnej u góry, poniżej przełęczy - jeżeli będzie to głęboka szczelina... A jeżeli to też będzie dużym problemem, to chcę po prostu przesunąć te ciała z tego miejsca, w którym teraz są, i znaleźć miejsce, gdzie oni nie będą niepokojeni przez tzw. osoby trzecie.

WIĘCEJ NA TEN TEMAT:

RMF24: "Jak będziesz tam siedział, to zamarzniesz". Dramatyczne zapisy rozmów z Broad Peak

RMF24: Himalaistka: Na Broadpeaku zabrakło braterstwa liny

Oni są bardzo wysoko, ale słyszę, że jesteś przekonany, że podołacie. Niektórzy mówią, że to szaleństwo, że to narażanie życia, niepotrzebne narażanie się. Jesteś przekonany, że dacie sobie radę?

- Ja się na to zdecydowałem. Działam w górach wysokich od lat, działam samotnie w stylu alpejskim, więc znam doskonale swoje możliwości. Wiem, że to mówią te osoby, które nie dotykały stylu alpejskiego, już nie mówiąc o samotnym, nocnym wchodzeniu na ośmiotysięczniki. A ja odnoszę się do swoich możliwości. Nie komentuję i nie krytykuję osób, które nie potrafią pewnych rzeczy. Trzeba spróbować. Niech one też spróbują podnieść troszeczkę poprzeczkę i zobaczą, jakie będą miały odczucia.

Kto zdecydował się wyruszyć na tę wyprawę razem z tobą?

- Cieszę się bardzo, że udało mi się zorganizować grupę, którą znam. Można powiedzieć, że jadą same Jacki - oprócz mnie jest również Jacek Jawień, Krzysztof Tarasewicz, którego jednak nazywamy Krzysiek-Jacek Tarasewicz. Mamy jeszcze naszego guru do uspokojenia, który się bardzo w to zaangażował. To Jacek Hugo-Bader.

Zorganizowanie wyprawy w ciągu zaledwie dwóch miesięcy jest mistrzostwem świata. Takie wyprawy przygotowuje się na rok wcześniej, najpóźniej na pół roku. Jak tobie się to udało? W jaki sposób dokonałeś czegoś, czego chyba nikomu wcześniej się nie udało zrobić?

- Powtórzyłem te wszystkie punkty i to moje działanie jak przy indywidualnych wyjazdach. Miałem to wszystko wcześniej ustalone. Teraz po prostu przyśpieszyłem troszeczkę wykonywanie pewnych czynności i działań. Muszę powiedzieć, że rzeczywiście jestem bardzo zmęczony i wyczerpany, bardziej psychicznie niż fizycznie. Fizycznie to jest zupełnie co innego, ale rzeczywiście w tak krótkim czasie i z takimi przeciwnościami, jakie miałem... Nie ukrywam, że trudności były przede mną piętrzone, nie wiem dlaczego. Przecież organizuję to z pomocą naprawdę cudownych ludzi. Strasznie chciałem podziękować tym wszystkim osobom, które wpłaciły pieniądze. Muszę powiedzieć, że wróciła mi wiara w ludzi. Po tym dramacie byłem załamany, ale widzę, że są cudowni ludzie w Polsce. To napawa mnie wielkim optymizmem i strasznie im dziękuję. Na razie mogę im tak podziękować, dlatego że mam jeszcze troszeczkę pracy do wykonania. Jeszcze nie zamknąłem całkowicie wyprawy. Zamknę, jak już wszystkie rzeczy zostaną wysłane, a ja będę całkowicie spakowany i nie będę już musiał o tym myśleć. Będę myślał tylko o podróży. Zostało jeszcze kilka dni do tego. Muszę powiedzieć, że strasznie dziękuję wszystkim tym cudownym ludziom, którzy wspomogli swoimi datkami, prywatnymi przede wszystkim, tę wyprawę poszukiwawczą w celu godnego pochowania Maćka i Tomka. Chcę również podziękować osobom związanym z Jackiem Hugo-Baderem.

To jest zupełnie prywatna inicjatywa. Was nie wspiera żaden urząd, żadne ministerstwo, żadna fundacja. To są wszystko wasze własne środki i pieniądze tych osób, które zdecydowały się, także prywatnie, was wesprzeć.

- Takie było założenie i jestem bardzo zadowolony, że to się udało.

To były duże kwoty?

- Muszę powiedzieć, że w większości, z czego jestem bardzo zadowolony, były to nieduże wpłaty. Chociaż były też osoby, które wpłacały duże pieniążki. Ale wiele osób do mnie dzwoniło i pytało, czy jest sens wpłacać taką niewielką kwotę. Ja odpowiadałem, że jak najbardziej. To nie chodzi o wielkość kwoty, tylko o to, po co ta osoba to robi. One były po prostu zachwycone, że taka mała kwota też pomoże. Ja mówię: każda kwota pomoże. To się udało, bo prawie zamykamy już etap organizacji wyprawy. Już niedługo, bo za dwa tygodnie, wylatujemy.

To były kwoty rzędu kilku, kilkunastu złotych?

- Też takie były.

Czy tam na miejscu możecie liczyć na jakieś wsparcie? Czy będziecie korzystać na przykład z pomocy pakistańskich tragarzy?

- Tragarze będą szli z nami do bazy - to jest normalne. A wyżej ewentualnie tzw. "hapsowie" (tragarze wysokościowi - przyp. red.). Prowadzimy już na ten temat rozmowy. Na szczęście dobrze się znamy, pozostali członkowie wyprawy też mają dobre kontakty na miejscu. Wstępne ustalenia już są, a resztę będziemy dogrywać już na miejscu.

Niedawno Piotr Pustelnik, szef zespołu powołanego przez Polski Związek Alpinizmu do wyjaśnienia tego, co stało się podczas wyprawy na Broad Peak, powiedział, że odnalezienie ciał może pomóc w ustaleniu tego, co się stało pod Broad Peakiem. Liczysz na to, że uda się dowiedzieć, dojść do tego, co tam się w rzeczywistości wydarzyło?

- Ja myślałem, że uda się uzyskać jakieś wiarygodne informacje od osób, które wróciły z wyprawy. Co miał na myśli Piotr Pustelnik? Nie wiem. Ta komisja robi przesłuchania i ona powinna już dotrzeć do sedna sprawy. Moje przypuszczenia i to, co ja od samego początku twierdzę, nie zmieniły się. Wszystkie dotychczasowe wypowiedzi niedużo wniosły do tego, co odczuwam, i tego, co mi się nasuwa. Przede wszystkim, pierwszą i główną sprawą jest to załamanie psychiczne, bo fizycznie może nie było tak źle. Ale jeżeli ktoś prosi o pomoc, a uzyskuje informację, że niestety nie ma takiej możliwości - a chodziło tylko o to, by być razem - to następuje załamanie psychiczne. Ja działam cały czas w sporcie ekstremalnym i wiem, że pierwszoplanową rolę odgrywa psychika. Ona zawsze troszeczkę wyprzedza działalność fizyczną. Jeżeli ktoś się załamie psychicznie, to może być świetnie wytrenowany i nic mu nie pomoże. A jeżeli psychika jest podbudowana, to ta psychika potrafi przezwyciężyć nawet niedobory fizyczne.

Czyli nawet na takiej wysokości osoby, które czują się lepiej, nie powinny zostawiać tych, którzy są w troszkę gorszym stanie?

- To jest ewidentne. Przecież my to mówimy, odkąd zaczęło się wspinanie. To jest to partnerstwo, które się nie zmieniło. A nie wiem, kto wymyślił, że nastąpiła jakakolwiek zmiana, że partnerstwa już nie ma. Ja się nie spotkałem z tym. Ja z każdą osobą, z którą podejmuję działanie górskie, ale generalnie jakąkolwiek działalność, jakikolwiek ruch... jeżeli decydujemy się na wspólne działanie, to jesteśmy całkowicie odpowiedzialni za siebie. Widzimy na przykład błędy danej osoby i trzeba to szybko korygować. Ale to jest zawsze wspólne działanie i jeżeli coś się dzieje, to nie można od tego uciekać.

Tutaj partnerstwo zawiodło czy też w ogóle go nie było?

- Ja się całkowicie podpisuję pod tym, co mówili Anna Czerwińska, Ryszard Gajewski, Maciek Pawlikowski (znani himalaiści, którzy w ostatnich tygodniach krytykowali sposób działania podczas wyprawy na Broad Peak, a przede wszystkim to, że wspinacze się rozdzielili - przyp. red.).

Czego spodziewasz się po zbliżającej się wyprawie? Jakie są twoje, takie wewnętrzne, najważniejsze cele?

- Przede wszystkim chcę godnie pochować brata, żeby to ciało nie było na wierzchu, na powierzchni. Ono nie może tak zostać. To przede wszystkim chcę zrealizować, po to przede wszystkim jadę. Dysponuję urządzeniem RECCO z GOPR-u (urządzenie radiowe do wykrywania osób znajdujących się pod śniegiem - przyp. red.). Od rodziców Tomka Kowalskiego dowiedziałem się, że on miał bardzo dobrego spota (satelitarny lokalizator GPS - przyp. red.), który dawał informację o jego położeniu. Okazało się jednak, że z końcem wyprawy nie miał już tego spota, nie wiem dlaczego. Gdyby tak się nie stało, lokalizacja jego ciała byłaby prosta i bezbłędna. Ale są jeszcze inne możliwości wykrycia osób. Mam nadzieję, że mieli przy sobie jeszcze inne odbiorniki, które umożliwią nam odnalezienie ich.

Jaki jest plan wyprawy?

- Wejście i działalność u góry będą uzależnione od pogody. Jeżeli pogoda będzie dobra, to wydaje mi się, że nie będzie problemów. Okres, w którym możemy działać, jest bardzo długi, dlatego że mam zezwolenie od 14 czerwca aż do 10 sierpnia (na działanie w górach Karakorum trzeba dostać odpłatne zezwolenie z pakistańskiego ministerstwa turystyki - przyp. red.). Już na miejscu będziemy ustalać szybkość i jakość działania. Oczywiście cały czas będziemy monitorować pogodę i współpracować z osobami, które jeszcze tam będą, a już zadeklarowały, że bardzo chętnie będą z nami współpracowały. Jestem nastawiony na ciężką pracę, na ciężkie wspinanie, ale z taką myślą wszyscy przygotowywaliśmy się do tej wyprawy.

Jeżeli uda się wam odnaleźć ciała, czy to pomoże ustalić, gdzie doszło do nieszczęścia, kiedy doszło do nieszczęścia? Z tych wypowiedzi, które pozostali członkowie wyprawy dotąd przekazywali, nie wiemy do końca, jaki był obraz tych ostatnich godzin.

- Tak, dlatego oni powinni to przede wszystkim powiedzieć. Jak dotąd nie powiedzieli - to znaczy, że już chyba nigdy nie powiedzą.

Myślisz, że nie powiedzieli wszystkiego?

- Nie wiem. Na konferencji prasowej po zakończeniu wyprawy przede wszystkim milczeli. Większości odpowiedzi udzielały inne osoby.

W takim razie jak myślisz: co tam się stało? Masz olbrzymie doświadczenie himalajskie, wiele razy byłeś powyżej 8000 metrów. Wiesz, jak tam się działa. Co, twoim zdaniem, się wydarzyło i co doprowadziło do takiej tragedii?

- Ja już mówiłem - przede wszystkim przyczyną nieszczęścia było załamane psychiczne, a załamanie psychiczne nastąpiło w wyniku tego, że chłopcy zostali sami.

Maciej Pałahicki, RMF FM

Dowiedz się więcej na temat: Jacek Berbeka | Maciej Berbeka | Tomasz Kowalski | Broad Peak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje