Reklama

Reklama

Incydent nad Bałtykiem. Uniknęli kolizji w ostatniej chwili

Piątkowy incydent w przestrzeni powietrznej nad Morzem Bałtyckim jest nadal komentowany przez media w Danii i Szwecji.

Wiele wskazuje na to, że samolot pasażerski lecący z Kopenhagi do Poznania w ostatniej chwili uniknął kolizji z rosyjskim wojskowym samolotem zwiadowczym.

Reklama

Znanych jest coraz więcej szczegółów incydentu. Samolot typu Bombardier Aerospace CRJ 200 wystartował w piątek o 11:12 z kopenhaskiego lotniska Kastrup.

7 minut później, gdy maszyna była nad Morzem Bałtyckim, na południe od Malmoe, szwedzka kontrola lotów pozwoliła pilotowi wznieść się na pułap 25 tysięcy stóp. Trzy minuty później niespodziewanie pilotowi polecono jednak obniżyć wysokość do 22 tysięcy stóp.

Zmianę spowodowało otrzymane od wojskowych kontrolerów przestrzeni powietrznej ostrzeżenie, że na kolizyjnym kursie z duńską maszyną leci rosyjski samolot wojskowy poruszający się z wyłączonym transponderem - a więc niewidoczny dla cywilnych służb kontroli powietrznej.

Zarówno Duńczycy, jak i Szwedzi wysłali na jego spotkanie swoje myśliwce.

Samolot, który leciał do Poznania, występuje w barwach SAS, ale jest własności spółki lotniczej Cimber obsługującej to połączenie. Na pokładzie zapewne byli też obywatele polscy. Do tej pory nie ma jednak informacji na ten temat.

Doniesienia mediów o tym incydencie spowodowały reakcję Rosji. Rzecznik rosyjskiego ministerstwa obrony Igor Konaszenkow zapewnił, że samolot zwiadowczy nie stworzył zagrożenia dla maszyny pasażerskiej, bowiem znajdował się w odległości 70 kilometrów, a piloci ściśle przestrzegali międzynarodowych przepisów lotniczych.

"Lot przeprowadzono ściśle przestrzegając międzynarodowych przepisów, nie zostały naruszone granice żadnych krajów, a maszyna była w bezpiecznej odległości od tras (przelotów) cywilnych samolotów" - poinformował rzecznik ministerstwa obrony Rosji.

"Nie zaistniały żadne okoliczności, które mogły doprowadzić do wypadku" - oświadczył Konaszenkow.

Zdecydowanie zaprzeczył temu szef szwedzkiego lotnictwa wojskowego generał Micael Bydén oświadczając, że odległość ta była mniejsza niż dziewięć kilometrów. Oznacza to, że groźba powietrznej kolizji była naprawdę realna.

Skandynawskie linie lotnicze SAS, operator lotu SK1755, do którego trasy zbliżył się odrzutowiec, również oznajmiły, że sobotnie relacje, zgodnie z którymi doszło do bardzo niebezpiecznej sytuacji były przesadzone.

"Nie doszło do złamania reguł bezpieczeństwa" - powiedział rzecznik SAS Knut Morten Johansen.

Dowiedz się więcej na temat: Bałtyk | katastrofa lotnicza | Rosja odpowiada na sankcje | Szwecja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje