Reklama

Reklama

"Forbes": Putin drugi rok z rzędu najpotężniejszym człowiekiem świata

Prezydent Rosji Władimir Putin po raz drugi z rzędu otwiera listę najbardziej wpływowych osobistości świata magazynu "Forbes". W opublikowanym w środę rankingu Putin wyprzedza prezydentów USA i Chin, Baracka Obamę i Xi Jinpinga - na miejscach drugim i trzecim.

W pierwszej piątce amerykańskiego dwutygodnika znaleźli się także papież Franciszek i kanclerz Niemiec Angela Merkel. Rankingiem objęto m.in. polityków, a także działaczy społecznych czy szefów instytucji finansowych (np. szefowa amerykańskiego Fed Janet Yellen na szóstej lokacie). W tegorocznym zestawieniu znalazło się 17 szefów państw, w tym północnokoreański dyktator Kim Dzong Un na miejscu 49.

Reklama

W spisie za 2013 roku pierwsza piątka prezentowała się tak samo. Obama był liderem rankingu w 2012 roku.

W komentarzu do rankingu "Forbes" wyjaśnia, że powstał on na podstawie głosowania edytorów czasopisma, którzy biorą pod uwagę takie czynniki jak zasoby finansowe, zakres władzy i sposób jej użycia, a także liczbę ludzi, na których oceniane osobistości wywierają wpływ. W zestawieniu znalazło się 72 ludzi, po jednym na każde 100 milionów mieszkańców Ziemi.

"Nikt nie nazwałby Putina dobrym facetem"

- To zwykłe oszacowanie zakresu twardej władzy - wyjaśnia autorka komentarza Caroline Howard, dodając, że "władzę opisywano wieloma określeniami, ale ładny nie jest jednym z nich".

- Nikt nie nazwałby Władimira Putina dobrym facetem - zastrzega Howard i przypomina zajęcie Krymu, rozpętanie wojny na Ukrainie i zestrzelenie malezyjskiego samolotu za pomocą rakiety niemal na pewno dostarczonej przez Rosję. - Jako niekwestionowanego, nieprzewidywalnego i nieprzeniknionego lidera atomowego kraju bogatego w zasoby energetyczne, nikt nigdy nie nazwałby go słabym - dodaje.

- Kto jest bardziej wpływowy: wszechmocny szef korodującego, ale nadal wojowniczego mocarstwa, czy zakuty w kajdanki przywódca najbardziej dominującego państwa świata? - pyta następnie retorycznie, czyniąc aluzję do Baracka Obamy zmagającego się z blokadą ze strony Republikanów w Kongresie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy