Reklama

Reklama

Fillon zapowiada walkę do końca o prezydenturę

Zmagający się ze skandalem wokół zatrudnienia żony kandydat prawicowych Republikanów w wyborach prezydenckich Francois Fillon zapowiedział w środę, że będzie walczył do końca o prezydenturę. Jego zdaniem za fałszywymi oskarżeniami stoją rządzący socjaliści.

- Kiedy człowiek decyduje się być kandydatem w wyborach prezydenckich, to się potem nie skarży na brutalność ataków. Stawię im czoło do samego końca. Będę kandydatem w tych wyborach - oświadczył Fillon.

Reklama

Tymczasem media informują, że wśród Republikanów coraz częściej mówi się o "planie B" zakładającym wystawienie w wyborach, które odbędą się w dwóch turach w kwietniu i maju, innego kandydata niż Fillon.

On sam przekonywał w środę posłów swojej partii, by wytrwali przy jego kandydaturze. - Wiadomo, skąd się wzięła ta afera: z obozu władzy, z lewicy - mówił Fillon na spotkaniu za zamkniętymi drzwiami, według relacji uczestników. Miał nawet wspomnieć o "instytucjonalnym zamachu stanu", wymierzonym w niego.

Pałac Elizejski odrzucił te oskarżenia, podkreślając, że wymiar sprawiedliwości, który wszczął dochodzenie, działa w sposób niezależny i bezstronny.

"Profesjonalna operacja destabilizacji"

We wtorek wieczorem Fillon skarżył się publicznie na "profesjonalną operację destabilizacji", której padł ofiarą "mniej niż trzy miesiące od wyborów prezydenckich". "Wiarygodność mojej kandydatury jest podawana w wątpliwość" - ubolewał.

Tymczasem według ogłoszonych w środę wyników badania opinii publicznej dla dziennika "Les Echos" i Radio Classique, Fillon, dotychczasowy faworyt sondaży, nie wejdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich. Centrysta Emmanuel Macron ma pokonać w niej szefową Frontu Narodowego Marine Le Pen.

W pierwszej turze Macron może liczyć na 23 proc. głosów, Le Pen - na 27 proc., a Fillon - na 20 proc.

Drugi sondaż - dla magazynu "Paris Match" - jest dla Fillona bardziej korzystny: miałby on dostać się do drugiej tury wraz z Le Pen i wygrać z nią stosunkiem głosów 60 do 40. Ale w pierwszej turze różnica między Fillonem a Macronem wynosi tylko 1 pkt proc., czyli mieści się w granicach błędu statystycznego.

Oba sondaże zostały przeprowadzone kilka dni po opublikowaniu przez francuski tygodnik satyryczny "Le Canard Enchaine" rewelacji na temat fikcyjnego zatrudnienia żony kandydata prawicy. Tygodnik, mający na swoim koncie ujawnienie niejednego skandalu w kręgach francuskich polityków, podał, że Penelope Fillon zarobiła łącznie ponad 900 tys. euro brutto za wieloletnią pracę jako asystentka parlamentarna Fillona, a potem jego następcy oraz współpracę z pewnym pismem literackim. Na rzeczywiste świadczenie tej pracy nie ma żadnych dowodów.

76 proc. Francuzów powątpiewa w argumenty Fillona, że praca jego żony była jak najbardziej prawdziwa. 350 tys. osób podpisało petycję z żądaniem zwrotu przez Penelope Fillon publicznych pieniędzy, jakie zarobiła.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama