Reklama

Reklama

​Donald Trump i Fox News. Bolesny rozwód

Kluczową rolę w zbliżających się wyborach prezydenckich w USA znów może odegrać konserwatywna stacja Fox News. Tyle że w ciągu kilku ostatnich lat znacząco pogorszyły się relacje Donalda Trumpa z Foxem.

Symbioza obecnego prezydenta USA z jego ulubioną stacją zaczęła pękać już w 2016 roku, kiedy to w wyniku skandalu z Fox News pożegnał się wieloletni dyrektor stacji Roger Ailes (rok później zmarł). To właśnie on zadecydował o mocnym postawieniu na Trumpa, co najpierw pomogło mu wygrać prawybory, a później pojedynek z Hillary Clinton.

Reklama

Po odejściu Ailesa stacja nadal sprzyjała Trumpowi - w czym przodował zwłaszcza Sean Hannity - jednak zaczęły pojawiać się również głosy krytyczne.

Teraz jednak możemy już wprost mówić o konflikcie Trumpa z Fox News.

Jak podawały amerykańskie media, prezydent USA ma m.in. ogromny żal do stacji, że na lipcowy wywiad z nim wyznaczyła doświadczonego Chrisa Wallace'a. Dziennikarz punktował nieścisłości w wypowiedziach Trumpa i konfrontował je z faktami. Kwestionował także test zdolności poznawczych, którym chwalił się prezydent.

Teraz, gdy podano, że Wallace będzie moderował jedną z prezydenckich debat, w sztabie Trumpa odebrano to wręcz jako otwarty atak na kandydata republikanów.

Fox wystawia po raz kolejny Wallace'a, mimo że Trump już w kwiestniu wyraźnie wskazywał, że sobie tego nie życzy.

"Jestem przekonany, że Wallace jest nawet gorszy niż Śpiącooki Chuck Todd (...). Co do diabła dzieje się z Fox News? To jakieś zupełnie nowe porządki!" - złościł się prezydent na Twitterze.

W czerwcu z kolei kwestionował sondaże podawane przez Foxa:

"Fox News znów podaje swoje żałosne sondaże, wykonywane przez tę samą grupę hejterów, którzy pomylili się w 2016. Zobaczycie, co będzie w listopadzie. Fox jest do bani!" - pisał Donald Trump.

Ostatnio prezydent poinformował, że raz w tygodniu będzie prowadził audycję na antenie stacji, tak jak to miało miejsce w czasach Rogera Ailesa. Fox News jednak zaprzeczyło informacjom podanym przez głowę państwa, co napiętych stosunków nie poprawiło.

Przypomnijmy, że wybory prezydenckie w USA odbędą się 3 listopada, choć trafniej byłoby napisać "do 3 listopada", bo z powodu epidemii co najmniej kilkadziesiąt milionów wyborców zagłosuje korespondencyjnie.

(mim)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje