Reklama

Reklama

Czwarty dzień protestów na Białorusi. Brutalne interwencje sił porządkowych

W czwartym dniu protestów przeciwko wynikom niedzielnych wyborów prezydenckich w Mińsku, a także w innych miastach Białorusi nie ustają protesty. Media donoszą o brutalnych interwencjach sił porządkowych w kilku punktach miastach, w tym w dzielnicy Uruczcza. Wzrosła także liczba ofiar śmiertelnych starć z milicją.

W przeddzień doszło tam do gwałtownych starć z udziałem policji i manifestantów. Według agencji TASS w środę (12 sierpnia) zamieszki wybuchły tam z nową siłą. Funkcjonariusze używali granatów hukowych, "słychać też było odgłosy wskazujące, że w użyciu jest gumowa amunicja" - donoszą korespondenci rosyjskiej agencji.

Reklama

"Policja wyciąga ludzi z bram okolicznych domów i poddaje rewizji. Wielu ludzi otwiera drzwi swych mieszkań, by uczestnicy protestów mogli się w nich schować przed agentami służb" - dodają.

Protesty odbywały się jednocześnie w kilku miastach i miały charakter punktowy. W dzielnicy Zialony Łuh, która sąsiaduje z rejonem Uruczcza, zebrało się około 50 manifestantów. Próbowali zablokować jedną z głównych arterii miasta - Lahojski Trakt. 

Zatrzymano nastolatków

W środę wieczorem rzeczniczka MSW Białorusi Olha Czemodanowa podała za pośrednictwem komunikatora Telegram, że policja zatrzymała późnym wieczorem "dwóch mężczyzn, 18-latka i 19-latka, którzy przenosili w plastikowych torbach tzw. koktajle Mołotowa". Podczas rewizji, jakiej poddano chłopców, okazało się, że "mają oni przy sobie 10-litrowy kanister z benzyną i butelkę po oleju roślinnym napełnioną łatwopalną cieczą, które chcieli zastosować wobec stróży porządku" - wyjaśniła rzeczniczka.

Młodzi ludzie zostali przewiezieni na posterunek, gdzie są przesłuchiwani. - Wkrótce zapadnie decyzja, czy będą im przedstawione zarzuty karne w związku z uczestnictwem w masowych zamieszkach - dodała Czemodanowa.

Nie żyje 25-latek

Władze Białorusi potwierdziły wcześniej w środę informację o śmierci w szpitalu zatrzymanego w niedzielę (9 sierpnia) 25-latka. W komunikacie napisano, że mężczyzna został zatrzymany podczas "nielegalnej manifestacji", a potem stan jego zdrowia "gwałtownie się pogorszył".

Wcześniej o śmierci Alaksandra Wichora informowało Radio Swaboda, powołując się na jego matkę, która powiedziała, iż syn nie brał udziału w proteście, lecz został zatrzymany przez milicję, kiedy jechał do dziewczyny. Miało to miejsce w pierwszym dniu powyborczych protestów na Białorusi, czyli w niedzielę.

Wichor zmarł w szpitalu w Homlu. Jest drugą ofiarą śmiertelną brutalnych interwencji sił bezpieczeństwa.

Według nieoficjalnych informacji, podawanych przez IAR, chłopak przez wiele godzin był przetrzymywany na słońcu w więźniarce, milicyjnym samochodzie do przewozu aresztowanych.

Jak podaje TVN 24 za Radiem Swaboda, matka Wichora powiedziała, że jej syn miał problemy kardiologiczne. Kiedy chłopak przebywał w zamkniętym samochodzie, poczuł się źle. Z relacji jego matki wynika, że syn krzyczał i prosił o pomoc. Członkowie konwoju pomyśleli, że jest niezrównoważony i odwieziono go do szpitala psychiatrycznego. Tam jednak lekarz stwierdził, że to nie problemy natury psychicznej. Jak podało Radio Swaboda, Wichor karetką został przewieziony do najbliższego szpitala, jednak nie zdołano go uratować. Matka chłopaka twierdzi, że został on mocno pobity. W szpitalu powiedziano jej, że chłopak był w stanie śmierci klinicznej. Kobiecie nie pozwolono zobaczyć ciała syna.

Tysiące zatrzymanych

W ciągu ostatnich trzech dni na Białorusi zatrzymano ponad sześć tys. osób w związku z protestami przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich, które z wynikiem ponad 80 proc. miał wygrać dotychczasowy prezydent Alaksandr Łukaszenka.

Siły bezpieczeństwa używają do rozpędzania demonstracji granatów hukowych, gazu łzawiącego i strzelają gumowymi kulami.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje