Reklama

Reklama

Czesi otworzyli bary i restauracje. Czy powinniśmy pójść ich drogą?

- Nasz rząd działa chaotycznie - uważa czeski dziennikarz Martin Ehl. Jego zdaniem decyzja rządu Czech o zliberalizowaniu części obostrzeń pokazuje, że nasi sąsiedzi nie mają żadnego planu w walce z epidemią koronawirusa. - Przestrzegam przed pójściem drogą Czech i luzowaniem obostrzeń w Polsce. Zwłaszcza przed otwieraniem restauracji i barów - komentuje epidemiolog prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska.

Reklama

Czesi - podobnie jak Polacy - zajmują wysokie miejsce w smutnym rankingu liczby zgonów na 100 tys. mieszkańców.

Reklama

Z danych opublikowanych 9 grudnia przez Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) wynika, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni najwięcej śmiertelnych ofiar na 100 tys. mieszkańców odnotowały Słowenia (28,2), Bułgaria (27,6), Węgry (22,2) i Chorwacja (20,9). Dalej w tym zestawieniu znalazły się: Austria (16,9),  Polska i Włochy (po 16,5) oraz Czechy (15,4).

Jak informuje czeskie ministerstwo zdrowia, od początku pandemii z powodu COVID-19 zmarło 9136 Czechów, 4324 zakażonych przebywa aktualnie w szpitalach. Należy pamiętać, że Czechy mają prawie 10,7 mln obywateli, czyli ok. 3,5-krotnie mniej niż Polska.

Eksperci zwracają uwagę, że sytuacja epidemiologiczna w Czechach jest podobna do tej, którą obserwujemy w Polsce. Dlatego wiele osób zaskoczyła decyzja czeskiego rządu, który kilka dni temu pozwolił na poluzowanie obostrzeń, w tym otwarcie restauracji, kawiarni i popularnych u naszych sąsiadów gospód.

Czesi mogą już iść do barów i restauracji

Czeskie media szeroko informowały, że w pierwszy weekend po otwarciu restauracji, kawiarni i gospód masowo łamano zasady epidemiologiczne - przebywało w nich za dużo gości i nie stosowano się do wytycznych dystansu społecznego. Od naszych sąsiadów napływały też niepokojące wieści o wzroście liczby zakażonych.

W poniedziałek w Czechach stwierdzono 4239 nowych zakażeń koronawirusem, o 666 więcej niż przed tygodniem. Łagodzenie albo zaostrzanie obostrzeń w walce w pandemią w Czechach podporządkowane jest tzw. systemowi PES. Aktualnie w Czechach obowiązuje trzeci z pięciu stopni.

Ogłoszono stopień zagrożenia epidemicznego o skali 64. U naszych sąsiadów stan zagrożenia wyraża liczba od 0 do 100, określana na podstawie różnych wskaźników i mająca wpływ na decyzje o wprowadzaniu lub rozluźnianiu restrykcji związanych z pandemią. Chociaż liczba 64 sugeruje wprowadzenie nowych ograniczeń (czyli czwartego stopnia w systemie PES), rząd zdecydował się jedynie na skrócenie działań lokali gastronomicznych. Teraz muszą być zamykane nie o godz. 22, ale o 20. Przywrócony został ponadto całkowity zakaz konsumpcji alkoholu w miejscach publicznych. Nie można też sprzedawać alkoholu i jedzenia na wszelkich targach czy jarmarkach.

Trzeci czeski minister zdrowia w czasie pandemii

- Rząd Andreja Babiša jest po dużą presją opinii publicznej, która uważa, że władze działają chaotycznie. Czesi mają rację - w przypadku podejmowanych przez nasz rząd działań trudno dostrzec strategię - mówi Interii Martin Ehl, główny analityk dziennika "Hospodářské noviny". Czeski dziennikarz przypomina, że w ubiegłym tygodniu sytuacja epidemiologiczna w Czechach nie była zła, stąd decyzja rządu o otwarciu lokali gastronomicznych.

Ehl krytykuje działania rządu w Pradze w kontekście walki z pandemią. Jego zdaniem latem rząd zbagatelizował pandemię i dziś ciężko ten czas nadgonić. Zwraca uwagę, że sami rządzący nie dotrzymują swoich planów. Czesi zaprezentowali Semafor, czyli szczegółowy plan wprowadzania i luzowania obostrzeń w zależności od liczby zakażonych. - Po dwóch tygodniach trafił na śmietnik. Teraz zaprezentował nowy system PES, który po dwóch czy trzech tygodniach porzucił - tłumaczy Martin Ehl.

- Problemem jest nieprzewidywalność działań, chaos, zmęczenie ludzi, brak informacji ze strony rządu, co i jak chcemy robić - uważa czeski dziennikarz.

Warto zwrócić też uwagę, że Czechom w czasie pandemii przewodzi już trzeci minister zdrowia. 

"Otwarcie barów uwarunkowane politycznie, a nie epidemiologicznie"

Podobnie decyzję czeskiego rządu w rozmowie z Interią ocenia Martin Novák, dziennikarz serwisu Aktualne.cz. - Ze strony właścicieli restauracji i sklepów był wielki nacisk na otwarcie ich biznesów, choć liczba zakażonych nie była ku temu sprzyjająca. Minister gospodarki Karel Havlíček otwarcie przyznał, że utrzymanie obostrzeń pozostaje w sprzeczności z interesem politycznym - tłumaczy Novák. Jego zdaniem - ze względu na okres inkubacji - w statystykach zakażeń nie widać jeszcze decyzji o otwarciu restauracji. - Jest oczywiste, że sytuacja nie wygląda optymistycznie. Rząd się waha, co zrobić, bo jaką decyzję nie podejmie - będzie krytykowany. Ludzie są już zmęczeni COVID-19 i nerwy dają o sobie znać - uważa.

Martin Novák przypomina, że o ile Czesi dobrze poradzili sobie z pierwszą falą pandemii, w przypadku drugiej przegrywają z COVID-19. - Po pierwszej fali pandemii rząd, ale i opinia publiczna, uwierzyli, że nic złego nie może się stać. W lecie i na początku jesieni zwlekano z decyzją o powrocie obowiązkowych maseczek. Wprowadzono je dopiero później, kiedy liczba zakażonych była już wysoka - przypomina dziennikarz.

- Wiosną wielu Czechów mówiło, że lepiej sobie radzimy od Szwedów. Jednak dziś Czechy mają więcej śmiertelnych ofiar niż Szwecja, a populacje obu krajów są podobne. Druga fala koronawirusa została niedoceniona i wszyscy zareagowali o opóźnieniem - uważa Martin Novák.

Ekspertka: Boję się wzrostu zakażeń w Czechach

- Informacje o poluzowaniu obostrzeń w Czechach brzmią bardzo niepokojąco. Należy pamiętać, że jesteśmy w środku pandemii, zaś w Czechach ilość zgonów w przeliczeniu na milion mieszkańców, według danych Uniwersytetu Oksfordzkiego z 8 grudnia, jest bardzo wysoka - wynosi 844 - mówi Interii prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska z Katedry Wirusologii i Immunologii Instytutu Nauk Biologicznych Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. 

Jej zdaniem otwarcie restauracji i barów niesie za sobą ryzyko dalszego wzrostu zakażeń, a pierwsze efekty mogą być widoczne już po upływie 10-14 dni od tej decyzji. - Obecna aura sprzyja przebywaniu w zamkniętych, ciepłych i niewietrzonych pomieszczeniach, co dotyczy także lokali gastronomicznych. Im większa liczba gości i dłuższy czas przebywania w restauracji, tym bardziej wzrasta ryzyko przeniesienia wirusa od zakażonej nim osoby. Ponadto, trudno w takiej sytuacji zachować właściwą odległość - tłumaczy prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska.

- Zbliżają się święta, czas wzmożonych kontaktów rodzinnych i towarzyskich. Boję się, że Czesi zanotują wyraźny wzrost zakażeń w pierwszej połowie stycznia - dodaje.

Kiedy otworzyć restauracje w Polsce?

Ekspertka przestrzega przed pójściem drogą Czech i luzowaniem obostrzeń w Polsce. - Zwłaszcza ostrzegam przed otwieraniem restauracji i barów. Każde bowiem skupisko ludzi jest łatwym kąskiem dla wirusa - uważa.

Jej zdaniem najbliższy czas należy wykorzystać na przygotowanie się do szczepień, które zapewne potrwają do jesieni. - Czas na znoszenie obostrzeń przyjdzie, kiedy zdecydowanie spadnie liczba nowych zakażeń i zgonów. Możemy wówczas powrócić do stref żółtych. Moim zdaniem restauracje i bary w Polsce można - przy zachowaniu zasady dystansu społecznego i regule siedzenia przy stoliku przez osoby na co dzień ze sobą mieszkające - otworzyć wiosną, wraz z pojawieniem się restauracyjnych i kawiarnianych ogródków - uważa prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska.

Łukasz Grzesiczak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama