Reklama

Reklama

Burza we Francji po ataku na policjantów

Dwa napady w noc sylwestrową na policjantów pełniących służbę na paryskich przedmieściach wywołały oburzenie władz i obywateli. Jednak mieszkańcy paryskich peryferii uważają, że na policjantów rzucono się nie bez powodu.

"Od prezydenta do najzwyczajniejszego obywatela cała Francja potępia brutalne napaści na policjantów" - powiedział we wtorek prezenter porannych wiadomości telewizyjnych.

Reklama

We wszystkich francuskich mediach omawiano "ohydną napaść" i "linczowanie" policjantów. Do wydarzeń doszło w noc sylwestrową, gdy dwuosobowy patrol próbował interweniować w hali na przedmieściu paryskim Champigny, w której odbywał bal.

Jeden z zaatakowanych funkcjonariuszy ma złamany nos, policjantkę przewrócono, gdy na patrol rzucił się tłum. Doznała tylko "bardzo lekkich obrażeń" - poinformowała w wywiadzie radiowym Maggy Biskupski, prezes stowarzyszenia "Mobilisation des Policiers en colere" (Mobilizacja rozgniewanych policjantów). Uznała jednak, że szczególnie dotkliwa jest dla zaatakowanej policjantki trauma związana z tym, że zaatakowano ją "jako glinę".

Biskupski uważa też, że szczególnie przykre dla policjantów jest to, iż napad został nagrany, a wideo dostępne jest i masowo oglądane w internecie. "To nie do zniesienia, że można to było sfilmować, uważam, że to niedopuszczalne, powinno się zapobiec rozpowszechnianiu tych obrazów" - podkreśla.

"Winni linczu zostaną złapani"

"Winni tego tchórzliwego, przestępczego linczu (...) zostaną złapani i ukarani. Siła pozostanie po stronie prawa" - zapowiedział prezydent Emmanuel Macron w tweecie.

W Nowy Rok, na paryskim przedmieściu Aulnay sous Bois, doszło do innego napadu na dwóch policjantów. Aby przepędzić napastników, którzy rzucili się na jego kolegę, drugi funkcjonariusz strzelał w powietrze.

Według "Le Figaro", który powołuje się na bliskiego współpracownika Macrona, "prezydent reaguje na ogół oszczędnie, ale chodziło mu o to, by siły porządkowe wiedziały, że rząd jest po ich stronie".

"To zupełna dzicz"

W supermarkecie w peryferyjnej, XX dzielnicy Paryża również jednoznacznie potępiano te "zbrodnie". "Przecież oni mają straszną pracę" - powiedziała PAP kasjerka Fatima. "To zupełna dzicz, jak można powalić na ziemię i kopać kobietę" - unosił się Martin, pracownik pobliskiego warsztatu samochodowego. "To zbrodnia. Teraz z jeszcze większym strachem będę jeździła do Aulnay" - zapowiedziała kończąca zakupy Dominique.

W Aulnay w kawiarni z wywieszką "Halal" klienci niechętnym spojrzeniem przywitali dziennikarza PAP. W bliższym Paryża Aubervilliers, w barze Le Carrefour przy Avenue Jean Jaures nie było ani jednego Europejczyka; słychać chiński, arabski i rozmawiających po francusku młodych czarnoskórych Afrykańczyków.

Przy sąsiedniej Avenue de la Republique jest arabska agencja ubezpieczeniowa i pracownia fotograficzna. W piekarniach nie widać bagietek, królują chobzy, msemeny i inne podpłomyki oraz środkowowschodnie wypieki cukiernicze. Pod ścianami długi szereg ciemnoskórych chłopców sprzedających Marlboro z przemytu. Napotykane osoby na pytania odpowiadają niechętnie albo wcale.

"Bandyckie zachowanie"

Nieco życzliwsze jest przyjęcie w barze "Sahara", przy ulicy Des Ecoles. Podczas gdy właściciel knajpki, w której nie podaje się alkoholu, uważa, że "w Champigny, to było bandyckie zachowanie", 25-letni Mehdi jest przekonany, że "na gliniarzy nie rzucono się bez powodu". Na pytanie, jakie to mogły być powody, mężczyzna twierdzi, że policjanci odpalili granaty z gazem łzawiącym (co potwierdzają media) "na pewno prosto w twarze młodych".

Podobnie myśli spotkany w innym barze Yves Marechal, profesor gimnazjum w tzw. trudnej strefie nauczania. Mężczyzna głosował w czerwcowych wyborach na Francję Nieujarzmioną, skrajnie lewicowy ruch Jean-Luca Melenchona. Nauczyciel potępia przemoc, ale znajduje dla niej wytłumaczenie: "Ta młodzież, dzieci imigrantów z Afryki, jest poniżana na każdym kroku, wszystko się przed nią zamyka i często pada ona ofiarą policyjnej brutalności".

Inaczej widzi zdarzenia 20-letni Abdelkader: "Policjanci nic tam nie mieli do roboty, to nasze terytorium i mamy prawo go bronić". Abdelkader porównuje się do Ahed Tamim, palestyńskiej nastolatki, aresztowanej za pobicie izraelskiego żołnierza. Francuskie media mówiły o niej we wtorek rano jako o "symbolu walki z okupacją" i nadawały wywiady z jej ojcem, który gloryfikował czyn córki. "Tu jest nasza Palestyna" - kończy dwudziestolatek.

Z Paryża Ludwik Lewin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama