Reklama

Reklama

Białoruski dziennikarz: "Operacja śluza" ma wywołać sztuczny kryzys

"Operacja Śluza" - tak nazywana jest akcja sprowadzania na granicę z państwami Białorusi migrantów. - Chodzi w niej o wywołanie sztucznego kryzysu politycznego w krajach, które najbardziej wspierają białoruską opozycję - powiedział białoruski dziennikarz Tadeusz Giczan.

Tadeusz Giczan, były redaktor naczelny portalu Nexta, opublikował na swoim na blogu tekst, w którym stwierdził, że Białoruś już w latach 2010-2011 opracowała realizowaną teraz akcję sprowadzania migrantów na granice z państwami UE. Jak wyjaśnił, nielegalną migrację Irakijczyków na Litwę i do Polski wspierają służby i państwowe przedsiębiorstwa, osobiście zachęca też do niej Alaksandr Łukaszenka.

- Cała Polska mówiła o uchodźcach na granicy, wszyscy mówili, co należy zrobić z tym problemem, natomiast ja odniosłem wrażenie, że praktycznie nikt nie widział istoty tego problemu, czyli jego genezy, chciałem to przybliżyć - powiedział dziennikarz. - Nie podoba mi się to, (...) co się dzieje teraz w polskiej debacie publicznej na temat tego kryzysu granicznego, bo jedynym człowiekiem, któremu jest to na rękę, jest Łukaszenka - dodał.

Reklama

"Operacja Śluza". 10 lat temu przyświecał jej inny cel

Giczan wyjaśnił, że "Operacji Śluza" 10 lat temu przyświecał inny cel: miała ona wymóc na UE płacenie "haraczu" na wzmocnienie granicy Białorusi. Obecnie zaś "chodzi tylko i wyłącznie o wywołanie sztucznego kryzysu politycznego w krajach, które najbardziej wspierają białoruską opozycję". 

CZYTAJ: Bill Clinton jest ciężko chory? Zdjęcia prezydenta poruszyły świat

"Przede wszystkim chodziło o Litwę, bo Litwa z tym się mierzy już od dwóch i pół miesiąca, natomiast gdy 4 sierpnia Litwa zamknęła ostatecznie granicę, Białoruś musiała przekierować tych ludzi, którzy utknęli na Białorusi, na Łotwę i do Polski" - powiedział.

"Białoruś postanowiła się zemścić na Polsce i na Litwie"

Dziennikarz napisał na blogu, że akcja rozpoczęła się krótko po zmuszeniu do lądowania na lotnisku w Mińsku 23 maja br. samolotu linii Ryanair, którym podróżował opozycyjny bloger Raman Pratasiewicz. Pytany o to, czy lądowanie było związane z "Operacją Śluza", Giczan stwierdził, że "pierwsze ruchy zaczęły się jeszcze wcześniej, więc nie wiemy tak do końca, co (...) spowodowało, że Białoruś postanowiła się zemścić na Polsce i na Litwie". 

"Bardziej chodziło chyba o całokształt zachowań, działań, postawy Polski, Litwy i Łotwy przez ostatni rok, począwszy od zeszłorocznych wyborów prezydenckich. Natomiast jeżeli chodzi o skalę, to faktycznie wygląda na to, że już po sytuacji z samolotem pod koniec maja cała ta operacja dostała zielone światło ze strony Łukaszenki, ze strony białoruskich służb, i rozpoczęła się na dobre" - stwierdził.

Wycieczki na Białoruś dla migrantów. Sposób, by dostać się do UE

Na swoim blogu Giczan napisał, że sprowadzaniem Irakijczyków na Białoruś zajmuje się białoruska państwowa firma Centrkurort, która współpracuje z irackimi biurami podróży. Ceny tygodniowych wycieczek na Białoruś wynoszą od 600 do 1000 dolarów. Po przylocie część Irakijczyków zostaje zwiedzać Białoruś, a pozostali od razu lub po kilku dniach udają się na granicę.

Dziennikarz podkreślił, że obecnie dla Irakijczyków jest to "najtańszy, najszybszy, najbezpieczniejszy sposób, by dostać się do Unii Europejskiej" i tam starać się o azyl. 

- Białoruscy i litewscy dziennikarze jeździli do Iraku, rozmawiali z tymi ludźmi. O ile wcześniej jedyna opcja, jaką mieli, to podróż tirami przez Turcję, przez Bałkany, a to było bardzo niebezpieczne, drogie i bardzo skomplikowane przedsięwzięcie, tak teraz Białoruś po prostu otworzyła furtkę, dzięki której mogą oni bardzo komfortowo dostać się do Unii Europejskiej, bardzo szybko, bardzo tanio, do tego mają też wszechstronne wsparcie ze strony białoruskich władz - powiedział Giczan. - Przez kilka dni po wylądowaniu mieszkają w hotelach, dopiero później udają się na granicę. Dla nich jest to naprawdę najlepsza opcja i z tego korzystają - dodał.

"W Iraku to wiedza powszechna"

Dziennikarz poinformował także, że od kilku miesięcy na Facebooku, czy Telegramie działa wiele grup w języku arabskim przeznaczonych dla osób planujących migrację do UE przez Białoruś. 

- Wymieniają się doświadczeniami, mówią dokładnie co, gdzie, jak należy robić - powiedział. - To się rozeszło po Iraku, głównie wśród Kurdów, bo większość tych Irakijczyków stanowią Kurdowie - wyjaśnił, dodając, że "w tym momencie w Iraku to jest wiedza powszechna, że jak ktoś chce dostać się do Unii Europejskiej, to musi lecieć przez Białoruś".

Podkreślił także, że zdecydowana większość osób, które próbują się dostać do UE przez Białoruś, "to nie są uchodźcy, to są migranci ekonomiczni z Iraku". - Są oczywiście wśród nich też Afgańczycy i ludzie, którym faktycznie w krajach pochodzenia grozi niebezpieczeństwo. Oczywiście takich ludzi należy wpuszczać i im pomagać - dodał dziennikarz.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne