Reklama

Reklama

Białoruś: Nawet epidemia nie uchroni przed zimną wodą w kranie

W związku z epidemią koronawirusa białoruskie władze przesunęły, ale nie odwołały, profilaktyczne odłączanie ciepłej wody w białoruskich mieszkaniach. Doroczne przeglądy sieci ciepłowniczych to świętość.

Na Białorusi, podobnie jak w Rosji i w innych krajach byłego ZSRR, procedura zwana "profilaktyką" sieci ciepłowniczych jest prawdziwą zmorą obywateli. Co roku, gdy tylko kończy się sezon grzewczy, rozpoczynają się planowe odłączenia ciepłej wody, które - jeśli nic się nie zepsuło - trwają mniej więcej dwa tygodnie. Każda miejscowość ma swój z góry zatwierdzony grafik i przezorni mogą w tym czasie zaplanować np. urlop lub odwiedziny u krewnych.

Reklama

W tym roku władze przesunęły planowane testy sieci cieplnych z maja na czerwiec, biorąc pod uwagę sytuację epidemiczną, ponieważ ciepła woda jest kluczowa dla procedur higienicznych koniecznych w walce z koronawirusem, przede wszystkim mycia rąk.

Według specjalistów przeglądów nie da się zupełnie odwołać. Sieci cieplne, wybudowane jeszcze w czasach ZSRR i według ówczesnych technologii, muszą być odpowiednio konserwowane. Stopniowo stare rury są zastępowane nowymi - preizolowanymi, ale zanim nastąpi pełna wymiana, upłynie wiele wody w kranie.

"My po prostu wyjeżdżamy w tym czasie na daczę - mówi PAP Iryna. - Tam warunki są spartańskie, ale to jest dacza, działka, więc jest to przynajmniej uzasadnione. (...) Najbardziej męczą się emeryci, bo oni najczęściej mieszkają w maleńkich mieszkaniach, gdzie po prostu fizycznie nie da się zainstalować dodatkowego bojlera".

Bojlery i wszelkie urządzenia do ogrzewania wody to towar cieszący się na Białorusi niezmiennym popytem i ci, którzy mogą sobie na to pozwolić, instalują w domach dodatkowe sprzęty. "To nic, że używa się ich tylko przez dwa tygodnie w ciągu roku. Wystarczy parę razy wziąć zimny prysznic i od razu do człowieka dociera, że to ważna inwestycja" - śmieje się Iryna.

"Ludzie zaczynają podejrzewać służby komunalne, że odłączają wodę z czystego sadyzmu, by potem przez dwa tygodnie przyglądać się nieszczęśliwym brudnym obywatelom" - pisał o tym ważkim problemie portal TUT.by.

Okazuje się, że to zupełnie nie tak. Gdy zwykli zjadacze chleba zaczynają grzać wodę w czajnikach, miejskie sieci cieplne przystępują do najważniejszej misji w roku.

Alaksandr Buza, który odpowiada za testowanie sieci, opowiadał portalowi TUT.by, na czym polega jego praca. "Chodzi o to, by znaleźć słabe miejsca - gdzie rury są przetarte i dochodzi do pęknięć. Niech to się lepiej stanie latem niż zimą. Bo zimą odłączenie gorącej wody w całym kwartale to prawdziwa katastrofa" - mówił Buza.

Sieci są schładzane do 40 stopni (by w przypadku awarii nie doszło do zalania wrzątkiem). Później specjalnymi pompami ciśnienie jest zwiększane o 25 proc. (z 16 do 20 atmosfer).

Prace odbywają się stopniowo na poszczególnych odcinkach. Mińsk na przykład jest podzielony na 96 części, w których po kolei przeprowadzane są testy.

Prognozy epidemiologów o tym, że atak koronawirusa zakończy się w maju, nie spełniły się. Wszystko wskazuje na to, że nie uda się zapewnić komfortu procedur higienicznych i Białorusini będą musieli myć ręce w zimnej wodzie.

Z Mińska Justyna Prus

Chcesz wiedzieć więcej na temat pandemii koronawirusa? Sprawdź statystyki:

Polska na tle świata

Sytuacja w poszczególnych krajach

Wskaźniki w przeliczeniu na milion mieszkańców

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje