Reklama

Reklama

Belgia: Coraz więcej seks-prywatek, coraz wyższe mandaty

Belgijskie władze podniosły grzywny za udział w nielegalnie organizowanych prywatkach. Zatrzymany przez policję uczestnik imprezy zapłaci teraz 750 zamiast dotychczasowych 250 euro mandatu, zaś organizator 4 tys. euro.

Na początku listopada Belgia zaostrzyła restrykcje związane z obowiązującym w kraju częściowym lockdownem, w tym drastycznie ograniczając liczbę kontaktów towarzyskich do jednej osoby, którą można zapraszać do domu tygodniowo i czterech osób, które mogą spędzać razem czas na zewnątrz. W kraju wprowadzono też godzinę policyjną - w Brukseli i Walonii od godz. 22 do 6 rano, we Flandrii od północy.  Ale nie wszyscy chętnie stosują się do zakazów.

Wszyscy goście nago

Reklama

Belgijska policja alarmuje, że w ostatnich tygodniach wzrosła liczba nielegalnie organizowanych "imprez lockdownowych", w tym seks-prywatek. O problemie głośno zrobiło się, kiedy pod koniec listopada policja w centrum Brukseli rozbiła w prywatnym mieszkaniu nielegalną seks-imprezę, w której udział brało 25 mężczyzn, w tym europoseł Jozsef Szajer z rządzącej na Węgrzech partii Fidesz. Polityk próbował uciekać po rynnie, ale został zatrzymany przez policjantów, którzy dodatkowo w jego plecaku znaleźli narkotyki; Szajer ostatecznie zrzekł się mandatu w PE.

Ale władze Belgii przyznają, że do podobnych incydentów dochodzi w całym kraju. I tak, w połowie grudnia zabawę urodzinową w wynajętym domu w miejscowości Virton na południu kraju, zorganizowała 28-letnia Francuzka. Zaproszonych gości było w sumie 50, sami Francuzi. Kiedy policja ich zatrzymała, wszyscy byli nago. Potem zeznali, że za udział w zabawie zapłacili solenizantce po 250 euro każdy, cena obejmowała m.in. alkohol i udział w zabawie pań do towarzystwa. Tydzień wcześniej, tym razem na północy kraju, w mieście Limburg policja rozbiła inną seks-imprezę. Policjanci zostali wezwani pod dom, przed którym zaparkowana byłą podejrzanie duża liczba samochodów i zaglądając przez okno upewnili się, że w środku faktycznie toczy się spotkanie. Organizatorzy odmówili wpuszczenia oficerów, więc ci musieli o pomoc poprosić straż pożarną; w środku zatrzymano sześć osób, cztery kolejne chowały się w szafie.

DJ, alkohol i przenośne frytownice

Mało dyskretny był właściciel jednej z belgijskich firm, który w ubiegły weekend zorganizował dla pracowników imprezę wigilijną w okolicach Antwerpii. W zabawie brało udział 30 osób, dowożonych do lokalu specjalnie wynajętymi busami; na miejscu był DJ, alkohol i przenośne frytownice. Na widok policji kilka osób próbowało uciec. Bezskutecznie.

Nie uciekali natomiast pasażerowie auta na francuskich rejestracjach zatrzymanego przez drogówkę w okolicach Gandawy. Przeciwnie - przyznali się, że przyjechali do Belgii specjalnie na imprezę. Jak się okazało, prywatka zorganizowana została w mieszkaniu wynajmowanym za pośrednictwem serwisu Airbnb i brało w niej udział ponad 20 osób. Wszyscy dostali mandat. Podobnie jak uczestnicy imprezy urodzinowej w mieście Colfontaine, nieopodal Mons, których policja zatrzymała, kiedy odpalali na cześć solenizanta fajerwerki.

W Brugii policja 14 razy interweniowała z powodu imprez organizowanych przez studentów Kolegium Europejskiego. Lokalne władze i media w końcu okrzyknęły elitarną uczelnią mianem "pałacu zabaw".

Bolesne konsekwencje

O podwyższenie kar za uczestnictwo w nielegalnych imprezach w czasie pandemii i ich organizację w połowie grudnia zaapelował Vincent Van Quickenborne, federalny minister sprawiedliwości. Ostatecznie belgijskie władze zdecydowały się podnieść wysokość mandatów z dotychczasowych 250 euro do 750 euro za udział w zabawie i z 750 euro do 4 tys. dla organizatorów wydarzenia; ci ostatni zamiast mandatu mogą też otrzymać od razu wezwanie do sądu.

- Dotychczasowe kary były zbyt niskie, ludzie traktowali je jakby po prostu "kupowali" sobie wejście na imprezę. Teraz, jeśli ktoś celowo organizuje wydarzenie z intencją łamania prawa, odczuje boleśnie tego konsekwencje - powiedział mediom Van Quickenborne.

Prokuratura definiuje "nielegalne imprezy w czasie lockdownu" jako zgromadzenia z "udziałem większej liczby osób, alkoholu i muzyki", gdzie uczestnicy ewidentnie nie stosują się do nakazu utrzymania dystansu społecznego. Policja ma prawo wejść do lokalu na podstawie nakazu prokuratorskiego lub po uzyskaniu zgody właściciela lub lokatora domu. Oficerowie mają też prawo skonfiskować wszelkie przedmioty związane z wydarzeniem, w tym sprzęt muzyczny, alkohol, a nawet telefony komórkowe uczestników.

Za złamanie innych nakazów związanych z pandemią, np. przekroczenie godziny policyjnej lub spotkanie w nieco liczniejszym niż dopuszczalne gronie rodzinnym, w Belgii nadal grożą kary  w wysokości 250 euro.

Nielegalne prywatki są zazwyczaj zgłaszane przez sąsiadów, którym przeszkadza hałas i głośna muzyka.

- Od marca ludzie nie przestają składać donosów. Zgłaszają wszystko i wszystkich. Przychodzą nawet anonimowe listy z literami wyciętymi z gazet i przyklejonymi na kartkę papieru - powiedział portalowi "The Bulletin" rzecznik policji w Charleroi.

Jowita Kiwnik Pargana, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL