Reklama

Reklama

Atak na WTC. "Gdy ktoś pyta o 11 września, przechodzą mnie dreszcze"

Gdy oglądałeś relacje z 11 września w telewizji, to wszystko było jak w pudełku — zamknięte. Zawsze mogłeś odwrócić wzrok, spojrzeć na swoje dzieci, mieszkanie. Jakoś to ogarnąć. Na miejscu nie było ucieczki - wspomina David Morkal, szef batalionu nowojorskiej straży pożarnej, który brał udział w akcji ratunkowej po atakach na World Trade Center 11 września 2001 roku.

"11 września nie zapomnę nigdy"

Magdalena Sakowska: 11 września 2001 roku straż straciła ponad 300 osób. Jak po 20 latach wspominacie te wydarzenia?

David Morkal, szef batalionu nowojorskiej straży pożarnej: 11 września nie zapomnę nigdy. Tamtego dnia pojechałem na miejsce zamachu, pracowałem tam całą noc. Niemal do końca z nadzieją, że ktoś przeżył, chociaż ostatecznie czułem, że prawdopodobieństwo jest znikome. Moje życie mocno się wtedy zmieniło. Zresztą tak jak życie wielu ludzi.

Za każdym razem, gdy ktoś mnie pyta o tamten dzień, przechodzą mnie dreszcze. Wracają wspomnienia. Gdy doszło do zamachów, byłem doświadczonym strażakiem. Pełniłem służbę od 11 lat. Zaraz po pierwszym szoku, jakim była strata 343 braci, dostałem zadanie. Zostałem mianowany komisarzem i dowiedziałem się, że mam być tym, który odbuduje straż po 11 września. Powiedzieli, że polegają na mnie.

Reklama

To miała być szczęśliwa chwila, ale szybko okazała się początkiem trudnego czasu. Z jednej strony musieliśmy wykonywać nasze codzienne obowiązki, a z drugiej odnaleźć naszych braci na miejscu zamachu. Pracować tam i ich szukać.

Czytaj też: USA: Po 20 latach od zamachu na WTC służby ratownicze wciąż mają duże problemy ze zdrowiem

Atak na WTC. "Dramat był wszędzie"

Gdy przyjechał pan na miejsce, co pan zobaczył?

Jest jedna rzecz, którą zawsze mówię ludziom, którzy zadają to pytanie. Gdy oglądałeś to w telewizji, to wszystko było jak w pudełku, zamknięte. Zawsze mogłeś odwrócić wzrok, spojrzeć na swoje dzieci, mieszkanie, inną rzeczywistość. Jakoś to ogarnąć. Kiedy było się tam na miejscu, to ten dramat był wszędzie, naokoło każdego z nas, nie było ucieczki.

Gdy byliśmy przecznice od miejsca zamachu, już brodziliśmy w pyle. Z każdym krokiem unosił się pod naszymi butami. Na miejscu staliśmy na wielkiej górze gruzu, która miała około 3-4 metrów wysokości. Pamiętam, że nagle zdałem sobie sprawę z tego, że stoję w miejscu, gdzie kiedyś była zachodnia autostrada, teraz przykryta masą gruzu. Poczucie realności w tych warunkach natychmiast znikało.

Jak poradziliście sobie w straży pożarnej z żałobą po straconych kolegach?

Wspieraliśmy się nawzajem, trzymaliśmy razem. Uczestniczyliśmy we wszystkich pogrzebach. Obchodzimy każdą rocznicę, nigdy nie zapomnimy tego, co się wydarzyło. Ten dzień w pewnym sensie nas ukształtował, zmienił nasze życia. Możemy się zastanawiać, co by było, gdyby to się nie stało, ale się stało. Jak to wpływa na każdego z nas, to już osobista sprawa. Trzeba żyć dalej. Samemu określić, jak to doświadczenie nas ukształtuje, co z niego wyniesiemy. Ja postanowiłem, że to mnie nie zdominuje.

Czytaj też: Polka ocalała z ataków na WTC. "Coś koszmarnego"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy