Reklama

Reklama

Alaksandr Łukaszenka: Zamykamy granice z Litwą i Polską

- Jesteśmy zmuszeni zabrać wojska z ulicy, pół armii postawić pod broń i zamknąć granicę państwową na zachodzie. Przede wszystkim z Litwą i Polską – powiedział w czwartek prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka. - Konieczne jest wzmocnienie kontroli na granicy z Ukrainą - dodał.

- Nie wiemy, z czym oni jeszcze wyskoczą. Zostało zaledwie kilka chwytów, by rozpocząć gorącą wojnę - oświadczył lider Białorusi, występując podczas Forum Kobiet w Mińsku.

Reklama

Łukaszenka przekazał także, że "z powodu napiętej sytuacji", białorusko-rosyjskie manewry "Słowiańskie Braterstwo" odbędą się w dwóch etapach.

Podczas środowej wizyty ministra obrony Rosji Siergieja Szojgu w Mińsku zapowiedziano, że pod koniec września odbędzie się drugi etap tych manewrów.

W manewrach Słowiańskie Braterstwo miała brać udział Serbia, lecz w ostatniej chwili kraj ten wycofał się z udziału w ćwiczeniu.

Na Białorusi od 9 sierpnia trwają protesty przeciwko sfałszowaniu wyborów. Władze uznają je za nielegalne, a ich uczestników pociągają do odpowiedzialności administracyjnej i karnej. Setki protestujących stały się ofiarami brutalnej przemocy ze strony struktur siłowych.

"Jestem człowiekiem pokoju"

"Nie jestem agresorem, jestem człowiekiem pokoju - powiedział w czwartek wieczorem Alaksandr Łukaszenka. Dodał, że nie chce, by "Białoruś, Polska, Litwa stały się teatrem działań wojennych, podczas których będą się rozstrzygać nie nasze sprawy".

"Nie chcę, żeby nasz kraj walczył. Tym bardziej nie chcę, żeby Białoruś, Polska, Litwa stały się teatrem działań wojennych, podczas których będą się rozstrzygać nie nasze sprawy" - powiedział białoruski prezydent podczas Forum Kobiet w Mińsku.

"Dlatego stojąc dzisiaj przed tą salą najpiękniejszych, progresywnych, patriotycznych ludzi, chcę się zwrócić do narodów Litwy, Polski i Ukrainy: powstrzymajcie swoich szalonych polityków, nie dopuśćcie do rozpętania wojny" - apelował.

Oświadczył również, że sąsiadom Białorusi "zostało już całkiem niewiele chwytów". "Stoimy przed straszną katastrofą. Jeśli oni tu wejdą, będziemy musieli odpowiedzieć. Nie padniemy na kolana, nawet jeśli zostaniemy sami" - podkreślił.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje