Reklama

Reklama

11 września straciła męża. "Przyjechał do World Trade Center zrobić małe poprawki"

Urszula Szurkowski w ataku na World Trade Center 11 września 2001 straciła męża. W rozmowie z Magdaleną Sakowską opowiada o tym tragicznym dniu. - Miał przyjechać do wieży, żeby zrobić małe poprawki i skończyć o godzinie 9 - wspomina.

Ranek 11 września

Magdalena Sakowska: Pani mąż nie pracował w wieżach, co on robił 11 września rano w północnej wieży?

Urszula Szurkowski: Mój mąż pracował dla unii tapeciarskiej. Tego dnia miał przyjechać do wieży, żeby zrobić małe poprawki i skończyć o godzinie 9:00. O tej porze otwierane są biura, dlatego musiał skończyć swoją pracę.

Gdzie dokładnie miał robić te poprawki?

Na 104. piętrze

Rano wstaliście, pożegnaliście się? Jak wyglądał tamten dzień?

Nasza córka miała wtedy trzy i pół roku. Codziennie rano zawoziłam ją do przedszkola. Mieliśmy jeden samochód. Dokumenty samochodu były zawsze w portfelu męża-Norberta. Odruchowo wzięłam go ze sobą i zapakowałam Aleksandrę do samochodu. Przy wyjeździe Norbert mnie zatrzymał, potrzebował dokumentów, żeby dostać się do budynku.

Reklama

Bez dokumentu tożsamości nie zostałby wpuszczony do WTC?

Tak. Zdążył zatrzymać mnie na podjeździe. Jadł śniadanie, w jednej ręce trzymał kanapkę, drugą ręką wziął to prawo jazdy ode mnie.

"Samolot uderzył w WTC"

Jak się pani dowiedziała, że samolot uderzył w wieże?

Byłam w domu i szykowałam się na przyjazd mojej teściowej. Mamy Norberta, która miała do nas przyjechać w okolicach 14:00. Było krótko po godzinie 9:00, kiedy teściowa zadzwoniła, pytając, co dzieje się w mieście. Mówiła, że samolot uderzył w WTC.

Stanęłam bez ruchu, nie wiedziałam, co mam jej odpowiedzieć. Nie rozumiałam, o czym mama mówi. Kazała mi włączyć telewizor, bo sama była już na lotnisku.  

Włączyłam, nie wiem, jaki to był kanał, ale jedyne co widziałam, to płonące wieże.

Teściowa wspomina, że wydusiłam wtedy tylko pytanie: co ja teraz zrobię? Byłam w ciąży, mieliśmy drugą małą córkę. Nie wiedziałam, jak to  przyjąć, nie chciałam uwierzyć.

Próbowała pani dodzwonić się do męża?

Tak, jak tylko rozłączyłam się z teściową. Obie miałyśmy dzwonić do niego, ale od razu włączała się automatyczna sekretarka.

Nie znaleziono ciała, obrączki, ani dokumentów

Kiedy zdała sobie pani sprawę, że mąż się nie uratował?

Czekałam na niego wiele miesięcy. Jego buty stały w kuchni. Gdy urodziłam Klaudię i przyprowadziłam ją do domu, obudziła się, jak to noworodek w środku nocy, wstałam, żeby dać jej butelkę i w cieniu dużego pokoju widziałam Norberta. Siedział przy kominku. Patrzył na mnie, a po kilku sekundach wstał i odszedł. Wiedziałam, że następnym razem zobaczymy się już w innym świecie.

Ciała pani męża nigdy nie znaleziono?

Nie znaleziono ciała, obrączki, ani dokumentów.

Miał pogrzeb?

Tak, była msza święta w polskim kościele. Wszystko zorganizowała rodzina i przyjaciele. Ja nie byłam w stanie funkcjonować.

Jak się pani czuje, stojąc kilkadziesiąt metrów od miejsca, a którym zginął pani mąż?

Jest to dla mnie miejsce uczczenia jego życia. Mogę przyjść i się za niego pomodlić. Patrzę w górę i wiem, że on tam jest i patrzy na nas.

Czytaj też: 11 września i atak na WTC. "Znajdowaliśmy kawałki ludzkiego ciała"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje