Reklama

Reklama

11 września. Rocznica ataku na World Trade Center. "Niesamowity huk. Wieża zaczęła się przechylać"

Leokadia Głogowska 11 września pracowała w wieży północnej World Trade Center. - Wszyscy biegli do 44. piętra. Gdy tam dotarłam, znowu usłyszeliśmy huk. To samolot wbił się w drugą wieżę. Naszą również zadrgało. To było jakieś 15 minut, po poprzednim uderzeniu. Dalej schodziliśmy bardzo wolno - wspomina w rozmowie z Magdaleną Sakowską.

Magdalena Sakowska: Stoimy w miejscu, gdzie stała jedna z wież. Pracowała pani w niej.

Leokadia Głogowska: Tak, stała tu wieża numer jeden. Dziś został po niej tylko ślad. Gdy spojrzymy na drzewa, to widać, że ich pierwszy rząd jest granicą dawnego budynku. Pomysł architekta był taki, że każdy, kto przekroczy linie drzew, stanie na miejscu wieży.

Jakby wszedł do budynku?

Tak

Na którym piętrze pani pracowała?

82.

11 września 2001

11 września przyszła pani do pracy. Jak wyglądał ten dzień?

Tak, pamiętam każdy szczegół tamtego dnia. Dziś myślę, że większość rzeczy, które się wtedy wydarzyły, nie była przypadkiem. Dzięki nim przeżyłam.

Reklama

Pogoda tamtego dnia była przepiękna. Wrzesień to najpiękniejszy miesiąc w Nowym Jorku.

Wyszłam z domu około 6:30, bo o 7:00 zaczynałam pracę. Szykując się do wyjścia, otworzyłam szafę, żeby wybrać buty. Od razu pomyślałam o bardzo wysokich szpilkach, bo uwielbiam takie buty. Założyłam jednego buta i nagle przez głowę przeszła mi myśl, że powinnam założyć wygodne sandały.

Nigdy czegoś takiego nie miałam, zmieniłam je. Ta prozaiczna sprawa zaważyła na tym, jak wyglądała moja ucieczka.

Mąż podwiózł mnie pod ścianę zachodnią. Z autostrady West highway był bezpośredni podjazd pod samą wieżę. To była nasza stała trasa. Mój mąż pracował na Manhattanie, wiec było mu po drodze. Pocałował mnie na do widzenia. Człowiek nigdy nie wie, czy to nie ten ostatni raz.

Poprosił, żebym uważała na siebie. Nie zwróciłam na to uwagi, bo często tak mówił. Gdy weszłam do biura, to było w nim około 20 osób. Poszłam do mojego boksu, który był pod samym oknem.

Tak, jak wspominałam, pogoda była piękna, więc stanęłam przy oknie i podziwiałam widok. Często żartowałam z moimi znajomymi z Polski, że z tego piętra to widzę nawet ich. Zwłaszcza, że okno wychodziło na wschód.

Usiadłam przy biurku, włączyłam komputer i zaczęłam pracować. Kwadrans przed 9:00, czyli minutę przed uderzeniem pierwszego samolotu, w biurze panowała absolutna cisza. Wszyscy byli skupieni i zajęci pracą.

Atak na WTC

Nagle ciszę przerwał niesamowity huk. Jakbym miała opisać to wrażenie, to nazwałabym to betonowym sztormem. Ogromna masa powietrza uderzyła w budynek.

Wieża zaczęła się przechylać. Wyskoczyłam zza biurka i próbowałam utrzymać się na nogach. Musiałam łapać się przedmiotów, bo przechył był tak duży, że trudno było zachować balans. Później dowiedziałam się, że im wyższe piętro, tym bardziej ten przechył był odczuwalny. Byłam pewna, że wieża położy się całkowicie na ziemi. Stało się inaczej. Momentalnie odbiła się w przeciwnym kierunku i wróciła do pozycji wyjściowej.

W biurze mieliśmy biblioteczkę, wyleciały z niej wszystkie książki. Pospadały rzeczy z biurek. Nagle usłyszałam, jak jeden z naszych kolegów zaczął krzyczeć, żeby natychmiast uciekać.

Chwyciłam torebkę z krzesła i zaczęłam biec w stronę drzwi. Gdy je przekroczyłam, zobaczyłam, że cały korytarz wypełniał czarny dym. Gęsty jak ściana. Zdążyłam tylko pomyśleć, że to już koniec. Byłam na 82. piętrze, wydawało się, że nie ma stamtąd ucieczki.

Pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, była modlitwa. Zaczęłam prosić Boga, żebym potrafiła umrzeć w pokoju. Strasznie bałam się śmierci.

Nagle odzyskałam wiarę, że warto próbować i ruszyłam w stronę klatki schodowej.   

Przez ten dym.

Tak. Pierwsze 20 pięter pokonałam tylko z osobami z mojego biura. Z innych pięter nikt nie uciekał. Wszyscy czekali na jakieś ogłoszenia i wskazówki. Nic takiego się nie pojawiło.

Czytaj też: USA: Po 20 latach od zamachu na WTC służby ratownicze wciąż mają duże problemy ze zdrowiem

Czekali na wskazówki, jak się ewakuować?

Dokładnie, czekali na ogłoszenia, co mają robić. Bardzo często mieliśmy ćwiczenia próbne. Na wypadek pożaru. Wszyscy trenowaliśmy, co robić w takich sytuacjach.

Dopiero w okolicach 60. piętra zauważyłam, ze ludzie zaczynają wchodzić do klatki schodowej, zaczęło się robić troszeczkę gęściej, ale schodziliśmy bardzo szybko.

WTC w ogniu. "Ten widok wmurował mnie w ziemię"

Wszyscy biegli do 44. piętra. Tam był korytarz, gdzie można było zmienić windy. Gdy dotarłam na miejsce, znowu usłyszeliśmy huk. To samolot wbił się w drugą wieżę. Naszą również zadrgało. To było jakieś 15 minut, po pierwszym uderzeniu. Dalej schodziliśmy bardzo wolno.

Bo zrobił się tłum?

Tak, było coraz więcej ludzi. Gdy dotarliśmy do 20. piętra, zobaczyłam pierwszych strażaków. To dodało mi otuchy. Pomyślałam, że skoro ludzie idą do góry, to musi być już bezpiecznie. Inaczej nikt by ich tam nie posłał.

W końcu wyszłam na zewnątrz, stanęłam i zobaczyłam widok, który wmurował mnie w ziemię. Obie wieże były w ogniu.

Poczułam się bezpiecznie, ale po chwili przyszła refleksja, że wciąż nie jest to miejsce, w którym powinnam stać.

Zaczęłam biec w stronę mostu Brooklińskiego. Trwało to może 4 - 5 minut. Gdy do niego dotarłam, odwróciłam się. To był moment, kiedy pierwsza z wież zaczęła się walić. Nie docierało to do mnie. Jak taka konstrukcja może się nagle zawalić?

Wszędzie pojawił się ogromny dym, a gruz leciał w każdym kierunku. Na szczęście byłam już tak daleko, że odłamy nie docierały do mnie.

Atak na WTC atakiem na Amerykę

Dopiero na moście ludzie powiedzieli mi, że to jest atak na Amerykę. Uciekałam dalej. Kiedy dotarłam na drugi brzeg, zaczęła się walić moja wieża.

Nagle usłyszałam krzyk ludzi. Nie byłam w stanie spojrzeć w tamtym kierunku. Myślałam o moich kolegach, czy wszyscy zdążyli wyjść z biura. O tym, ilu ludzi mogło zginąć. To był potworny szok.

Tego dnia rozmawiałam z wieloma przyjaciółmi i rodziną. Wspominają, że myśleli, że całkowicie postradałam zmysły. Nie potrafiłam złożyć logicznego zdania. Mówiłam w takim chaosie.

Wszyscy z pani biura się uratowali?

Nie, nie uratowało się trzech moich kolegów. Jeden z nich miał zwichniętą nogę. Na górę dotarł windą, ale jak zaczęliśmy zbiegać, to on uparł się, że zostanie. Koleżanka krzyczała na niego i prosiła, żeby ruszył. Uparł się, twierdził, że nie da rady zejść z bolącą nogą. Powiedział, że będzie czekać na pogotowie.

Dwóch pozostałych, to były osoby z naszego działu IT. Czuwali nad sprzętem. Gdy wieża zaczęła się trząść, pobiegli do pokoju, gdzie był system komputerowy. Chcieli go zabezpieczyć. Niestety wtedy każda sekunda był na wagę złota. Nie zdążyli.

Żona jednego z nich opowiadała, że udało się jej dodzwonić na jego komórkę. Odebrał, będąc na górze. Powiedział, że ogień odciął im drogę i nie są w stanie wyjść.

Co było dalej?

Po 4 godzinach ucieczki dotarłam do skrzyżowania i nagle usłyszałam sygnał dzwoniącej komórki. Strasznie trzęsły mi się ręce, ale pomyślałam, że mogę zadzwonić do męża.

Wykręciłem jego numer. Odebrał jego szef i zaczął krzyczeć, że żyje. Mój mąż jako jedyny miał kogoś w wieży, więc wszyscy przeżywali to razem z nim.

Zawołał: Marek ona żyje, twoja żona żyje! Mój mąż to twardy facet, nigdy nie płacze. Gdy usłyszał mój głos, rozpłakał się. Wieczorem, gdy poszłam położyć się do łóżka, mąż położył się na nim obok z jednej strony, syn z drugiej. Obaj trzymali mnie za ręce i tak usnęli.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje