Reklama

Reklama

11 września i atak na World Trade Center. Wspomnienia policjantki

Wszystko było ubrudzone w ziemi i pyle. Dym i zapach nie do opisania. Wiadomo było, że to zapach spalonych ludzkich ciał - tak 11 września 2001 roku wspomina sierżant Milena Meehan, policjantka, biorąca udział w akcji ewakuacyjnej po atakach na WTC. - Był wielki chaos, coś nie do opisania. Wiele osób miało obrażenia ze względu na spadające części budynku. Wszyscy byli pokryci tym szarym pyłem - opowiada.

Magdalena Sakowska: Jak wspomina pani 11 września 2001 roku?

Milena Meehan: W 2001 roku pracowałam na posterunku w polskiej dzielnicy Greenpoint. 11 września zaczęłam dyżur o 7:00 rano. Planowo miał skończyć się o 15:00.

11 września 2001

Na początek służby dostałam przydział do jednego z parków na Greenpoint. Gdy dotarłam na miejsce, zauważyłam grupę ludzi, którzy stali i patrzyli w stronę Manhattanu. Chciałam wysiąść z samochodu, ale włączyło się radio. Dostaliśmy komunikat, że wszyscy mamy natychmiast wrócić do komendy.

W bazie dowiedzieliśmy się o zamachu. Pojawiły się pierwsze rozkazy. Wszyscy mieliśmy ruszyć na miejsce zdarzenia, żeby pomagać ludziom.

Reklama

W moim zespole był jeden sierżant i ośmiu policjantów. Byliśmy przydzieleni do ewakuacji północnego budynku. Zatrzymaliśmy się na Broadway i N street, zaraz przy kościele.

Przy miejscu, gdzie stały wieże WTC?

Tak. Od razu zauważyłam biegnących i krzyczących ludzi. To wszystko działo się tak szybko, że zupełnie do mnie nie docierało. Nagle ktoś krzyknął mi prosto w twarz, że mam uciekać, bo budynki się walą.

Ocknęłam się i zaczęłam biec. Wtedy zobaczyłam wielkie chmury.

Pyłu?

Tak, dwie chmury pyłu. Jedna była szara, a druga czarna. Nie pamiętam, która z nich w nas uderzyła, ale nagle nie dało się oddychać. To było coś strasznego. Nic nie było widać, nie można było złapać powietrza, wszystko było w buzi i w płucach.

Przepraszam (płacze).

Po zawaleniu wież WTC

Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i przykucnęłam. Na Manhattanie są wjazdy do budynków, z dużą bramą dla samochodów. Jedna z nich była zamknięta, przykucnęłam przy niej i schowałam twarz za mundur. Nie mogłam oddychać. Pomyślałam, że to już naprawdę koniec. Nagle poczułam, że ktoś złapał mnie za mundur i wciągnął do środka. Do tej pory nie wiem, kto to był. Myślę, że pracownik tego budynku.

Powiedział, że mają tam głęboką piwnicę i wysłał już tam kilku ludzi. Mnie zaproponował to samo. Zeszłam. W środku było około 20, czy 30 cywilów i jeden sierżant. Ludzie zaczęli panikować. Szczególnie jedna kobieta. Próbowaliśmy ją uspokoić, ale się nie dało. Jeden cywil uderzył ją w twarz. Bał się, że przez nią reszta też wpadnie w szał. Dzięki Bogu, że to zrobił, bo kobieta się uspokoiła, a po niej i reszta zamkniętych tam osób. Taki stan działa lawinowo. Jak jeden jest przerażony, to reszta też.

Sierżant poprosił, żebym poszła na górę i sprawdziła, co się dzieje. Wyszłam, ale innym wyjściem, bo znalazłam się w tym głównym holu budynku.

Myślałam, że może jakaś bomba wybuchła

Wszystkie okna były wybite, nie było żadnych szyb. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale wyszłam na ulicę.

Pierwsze wrażenie było takie, że coś się wali. Nie wiedziałam, co. Myślałam, że może jakaś bomba wybuchła. Dookoła wszystko latało, papiery i pył.

Gdy zrobiłam pierwszy krok, to po kostki stanęłam w jakimś białym pyle. Z nieba spadały kawałki papieru, wyglądały jak ogromne płatki śniegu. Spojrzałam w stronę budynku, ale kurzu było tak dużo, że nic nie było widać.

Mój granatowy mundur momentalnie zrobił się szary, tak jakby przejadło jego oryginalny kolor. Wszystko, co miałam na sobie, nadawało się do śmieci.

A ludzie, jak wyglądała ewakuacja?

Był wielki chaos, coś nie do opisania. Wiele osób miało obrażenia ze względu na spadające części budynku. Wszyscy byli pokryci tym szarym pyłem.

Dużo ludzi płakało, twarze były rozmazane. Od razu powiedzieli nam, że nie ma szansy na znalezienie żadnej żyjącej osoby.

"To był jakiś kawałek mięsa w ubraniu"

Czyli szukaliście ciał?

Tak, działaliśmy na stosie gruzu. Wszystko trzeba było robić ręcznie. Każdy miał nadzieję, że kogoś znajdziemy. Pracowałam cała noc. Staliśmy w rzędzie i każdy, po kolei podawał sobie wiadro z kawałkami gruzu i tego wszystkie co leżało z nim.

Podczas tej mojej służby znaleźliśmy dwa kawałki ciała. Jednym był but ze stopą, a drugiego do tej pory nie potrafię zidentyfikować. To był jakiś kawałek mięsa w ubraniu.

Kawałek człowieka.

Tak, bez żadnych kości, tylko na tym kawałek przypalonego materiału. Wszystko ubrudzone w ziemi i pyle. Dym i zamach nie do opisania. Wiadomo było, że to zapach spalonych ludzkich ciał.

Przebywanie w chmurze dymu i pyłu przez tyle godzin odbiło się na pani zdrowiu?

W 2016 r. zemdlałam w pracy, zostałam zabrana do szpitala. Okazało się, że mam problem z płucami. Na początku myśleli, że mam raka, ale później okazało się, że to coś innego. Nowa choroba. Sarkoidoza, mam ją w płucach i jestem obecnie na dwóch inhalatorach.

Lekarstwa muszę brać codziennie. One też są szkodliwe, ale nie ma innego wyboru. Co 6 miesięcy muszę widzieć się z okulistą, bo skutkiem ubocznym może być utrata wzroku.  Te leki będę brać do końca życia. 

Czytaj też: USA: Po 20 latach od zamachu na WTC służby ratownicze wciąż mają duże problemy ze zdrowiem

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama