Reklama

Reklama

Sprawa urodzin Hitlera: " to była prywatna impreza w lesie"

To była niepubliczna, prywatną impreza w lesie, zorganizowana dla grona znajomych - zapewniał w sądzie Mateusz S., który był organizatorem obchodów "urodzin Hitlera", sfilmowanych ukrytą kamerą TVN w maju 2017 roku. Nie przyznał się do winy.

Do tego zarzutu nie przyznali się także dwaj inni oskarżeni - Adrian K. i Tomasz R. Jeszcze w poniedziałek, a także we wtorek wyjaśnienia mają składać kolejni oskarżeni.

W poniedziałek przed Sądem Rejonowym w Wodzisławiu Śląskim rozpoczął się proces sześciorga oskarżonych w tej głośnej sprawie, upublicznionej w styczniu ub. roku w reportażu "Superwizjera" TVN o polskich neonazistach. Inny uczestnik "obchodów" wcześniej przyznał się do zarzutów i dobrowolnie poddał się karze.

W poniedziałkowych wyjaśnieniach S. - zarówno złożonych przed sądem, jak i odczytanych z akt śledztwa - nie  pojawił się opisywany wcześniej przez część mediów wątek, jakoby "obchody" urodzin Hitlera miały być zamówione i opłacone kwotą 20 tys. zł przez tajemniczych mężczyzn, a warunkiem miało być zaproszenie na imprezę wskazanej osoby - dziennikarki TVN. Stacja od początku stanowczo zaprzeczała takim sugestiom.

Reklama

W poniedziałkowych wyjaśnieniach w sądzie organizator "obchodów", 37-letni górnik Mateusz S., przyznał, że jest zafascynowany III Rzeszą, zaznaczając, że jego zainteresowanie ma charakter prywatny i nie oznacza "wyznawania tej ideologii czy polityki". Po złożeniu wyjaśnień nie chciał odpowiadać na pytania sądu i stron, nie wykluczył jednak tego w dalszej części procesu.

"Fascynuje mnie III Rzesza, jest to jedno z moich zainteresowań obok Imperium Rzymskiego i kultury Wikingów. Po prostu podoba mi się cała otoczka związana z III Rzeszą, czyli potężne marsze, porządne mundury, duża ilość flag, odznaczenia, symbolika i okrzyki, które nigdy nie były widoczne w żadnym innym państwie na świecie. Mnie się to podoba i mam do tego prawo" - mówił oskarżony.

Mateusz S. zaznaczył, że nigdy publicznie nie propagował nazizmu. "Nigdy nie propagowaliśmy publicznie nazistowskiego ustroju. Różne akcenty miały miejsce jedynie na imprezach prywatnych. Nigdy nie byliśmy karani za takie czyny; to jest dowód na to, że nie było to robione publicznie" - mówił S., podkreślając, że ma prawo do prywatności i nie musi się tłumaczyć z działań podejmowanych niepublicznie.

Oskarżony potwierdził, że scenerią pokazanego w reportażu TVN spotkania w lesie były m.in. flagi ze swastykami, swastyka z drewna (później podpalona), popiersie i portret Hitlera oraz poświęcony mu album, a on sam miał na sobie niemiecki mundur. Kwestionował jednak ustalenia prokuratury, według których propagowanie nazistowskiego ustroju w lesie miało charakter publiczny. Jak mówił, w bliskim sąsiedztwie tego miejsca nie ma ścieżek rowerowych czy szlaków turystycznych (jak ustaliła prokuratura), do najbliższych zabudowań jest spora odległość (według prokuratury - flagi i samo wydarzenie mogły być stamtąd widoczne), a do miejsca spotkania prowadzą jedynie nieoznaczone ścieżki.

Według Mateusza S., miejsce spotkania zostało wybrane tak, by zagwarantować niepubliczny charakter imprezy. Również w zaproszeniu na "obchody", które S. rozesłał do wybranych znajomych przez komunikator portalu społecznościowego, mowa była o tym - podkreślał oskarżony - że będzie to impreza niepubliczna, za zaproszeniami, a informacji o niej nie należy umieszczać w internecie. S. przekonywał, że gdyby chciał, by impreza była publiczna, zorganizowałby ją gdzie indziej, a zaproszenia rozesłał do wszystkich około 550 znajomych z Facebooka, a nie 68 wybranych.

"Wiem, że nie mogę takiej imprezy organizować publicznie, bo tego zabrania prawo. Zabezpieczyłem się, aby ta impreza nie przerodziła się w imprezę publiczną" - zaznaczył S., wskazując na ukryte w lesie miejsce spotkania oraz ograniczenie kręgu zaproszonych, by nie trafiły tam przypadkowe osoby.

Samo wystąpienie S. na obchodach było - jak podkreślał - mówione bez podnoszenia głosu, bez nagłośnienia, adresowane tylko do grona uczestników, nie mogło więc być - według niego - publicznym propagowaniem nazizmu, zaś nawet gdyby ktoś przypadkowy zobaczył z daleka np. flagi ze swastyką, nie musiało to być propagowanie faszyzmu, ale np. realizacja zdjęć do filmu czy impreza rekonstrukcyjna. S. uczestniczył kiedyś w pokazach grup rekonstrukcyjnych, ale jak powiedział, "w wyniku intrygi TVN-u i medialnej nagonki" znalazł się poza środowiskiem rekonstruktorów.

"Organizując tę imprezę, jako kierownik znający przepisy, jako maturzysta historii z wynikiem bardzo dobrym, jako mąż i ojciec, jako członek grupy rekonstrukcji historycznej, jako wieloletni działacz narodowy byłem w pełni świadomy, co robię - że organizuję imprezę prywatną i niepubliczną" - podkreślił.

Oskarżony nie przyznał się też do zarzutów propagowania faszyzmu poprzez ubiór i gesty nazistowskiego pozdrowienia podczas imprezy muzycznej w Boguszowicach i festiwalu "Orle Gniazdo". Przekonywał, że zgodnie z regulaminem również te imprezy nie były publiczne, dlatego czuł się tam "swobodnie, prywatnie". Nie przyznał się również do posiadania ślepej amunicji.

S. : To sprawa ma charakter polityczny

W ocenie S., sprawa, w której jest oskarżony, ma charakter polityczny. "Sprawa ta jest typowo polityczna; zachowania te w tym kraju są niedopuszczalne, ponieważ nie zgadzają się z profilem politycznym władzy" - mówił, podkreślając, że ukrywał swoją fascynację III Rzeszą przed rodziną, sąsiadami i kolegami z pracy, a wyszła na jaw jedynie przez sfilmowanie prywatnej imprezy ukrytą kamerą.

"Każdy z nas ma prawo robić to, na co ma ochotę w swoim zaciszu, w swojej prywatności" - mówił S. "TVN ujawnił moją tajemnicę bez mojej zgody" - podkreślił. "Przykro mi, że musimy spotykać się z powodu braku poszanowania prywatności w tym kraju (...), że czyjeś tajemnice wywlekane są na forum w celach politycznych, finansowych i w ten sposób niszczy się życie osobiste obywateli tego kraju" - powiedział.

"Prywatny koncert, rozmowa w barze o Hitlerze, koszulka ze swastyką w mieszkaniu, podnoszenie ręki na prywatnej działce, ognisko w głębi lasu w małym gronie znajomych (...). Prokuratura nie uznaje pojęcia +niepubliczne+, a przepis mówi wyraźnie, że zabronione jest propagowanie publiczne" - mówił oskarżony.

Podkreślał, że ma prawo do swoich poglądów. Jednocześnie zaznaczył, że on i jego znajomi są zgodni, iż "błędem Hitlera były obozy koncentracyjne i napaść na kraje słowiańskie", choć nie są zgodni np. w tym, czy Hitler był dobrym strategiem wojennym. "Każdy ma prawo mieć swoje zdanie" - ocenił S., według którego prywatna rozmowa o Hitlerze w barze nie może być dowodem na publiczne propagowanie faszyzmu.

Jako dowód na - jego zdaniem - polityczny charakter sprawy, oskarżony przytoczył zdanie, które - jak mówił - miał wygłosić funkcjonariusz ABW po zatrzymaniu S. po emisji reportażu TVN: "Warszawa powiedziała, że organizator ma iść siedzieć". "Pytam, dlaczego nie zasługuję na sprawiedliwy proces? Dlatego, że jest to sprawa polityczna?" - pytał w poniedziałek S., według którego "reportaż w opozycyjnej stacji został wykorzystany do celów politycznych".

"Prywatna impreza w lesie została wykorzystana politycznie; w tym kraju jest tylko jedna opcja polityczna, każda inna musi zostać zniszczona" - mówił Mateusz S.

Oskarżony przytoczył też informacje o internetowym profilu "Towarzysz Michał", gdzie - jak relacjonował - można zobaczyć film z "obchodów" urodzin Stalina. S. poinformował, że składa w tej sprawie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa publicznego propagowania totalitaryzmu, i pytał, czy twórca tego profilu będzie potraktowany przez służby tak jak on: zatrzymany, a później objęty dozorem policyjnym, zabezpieczeniem majątkowym i zakazem opuszczania kraju.

S. powiedział, iż "jeżeli sąd uzna, że ta prywatna impreza w lesie była przestępstwem", to wnioskuje o wymierzenie kary tylko jemu, ponieważ - jak mówił - "pozostali uczestnicy byli przekonani (...), że przychodzą na imprezę prywatną, niepubliczną, a więc nie mieli świadomości, że dojdzie do złamania prawa".

"Ja nie jestem złym człowiekiem, za takiego się nie uważam. Wręcz przeciwnie, uważam, że zrobiłem przez te wszystkie lata wiele dobrego dla naszej ojczyzny, dla społeczeństwa. Wyrok skazujący sądu w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej będzie dla mnie największym ciosem z tych, które dotychczas otrzymałem w związku z tą sprawą, dlatego, że uważam się za aktywnego obywatela Polski" - podsumował swoje wyjaśnienia S.

Reportaż "Polscy neonaziści"

Śledztwo w tej głośnej sprawie prowadziła Prokuratura Okręgowa w Gliwicach, która w styczniu br. skierowała do wodzisławskiego sądu akt oskarżenia przeciwko sześciu organizatorom i uczestnikom spotkania: Mateuszowi S., Adrianowi K., Dawidowi K., Tomaszowi R., Dorocie R. i Krystianowi Z.

W poniedziałek wyjaśnienia składał także Adrian K., który powiedział, że na spotkanie w lesie przyszedł przede wszystkim, by spotkać się z kolegami. "Nie byłem, nie jestem i nie będę nazistą" - zapewnił oskarżony, podkreślając, że nie identyfikuje się z ideologią nazistowską i Hitlerem.

Kolejny oskarżony, Tomasz R., podkreślał w swoich wyjaśnieniach, że uczestnicy spotkania w lesie dołożyli wszelkich starań, by nikt ich tam nie zobaczył. "Była to wyłącznie impreza towarzyska, a to, co tam się działo, było w formie happeningu" - powiedział. Zaznaczył, że nie mógłby pochwalać zbrodniczego ustroju państwa odpowiedzialnego za śmierć wielu ludzi. Dodał, że jest "oburzony" oskarżeniem o propagowanie nazizmu i podkreślił, że "absolutnie nie utożsamia się" z ideologią III Rzeszy.

Śledztwo w tej sprawie wszczęto w styczniu 2018 r. po emisji reportażu w telewizji TVN "Polscy neonaziści". Dziennikarze pokazali w nim m.in. obchody 128. rocznicy urodzin Hitlera, które odbyły się pół roku wcześniej w lesie w Wodzisławiu Śląskim. Na polecenie prokuratury ABW zatrzymało wówczas uczestników tego spotkania i przeszukano ich mieszkania. Znaleziono w nich flagi, odznaki, naszywki i publikacje o symbolice nazistowskiej.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL