Reklama

Reklama

Śląski "baron" paliwowy na wolności

Henryk M., zwany śląskim baronem paliwowym, wyjdzie w piątek na wolność, po prawie pięciu latach spędzonych w areszcie. Na przedłużenie po raz kolejny aresztu M. nie zgodził się Sąd Apelacyjny w Katowicach.

O ponowne przedłużenie Henrykowi M. aresztu wnioskował Sąd Okręgowy w Katowicach, w którym ma się toczyć proces w sprawie tzw. śląskiej mafii paliwowej.

Reklama

- Sąd apelacyjny nie uwzględnił tego wniosku ze względu na brak przesłanek do stosowania takiego środka zapobiegawczego na obecnym etapie, szczególnie w sytuacji gdy okres tymczasowego aresztowania trwa już prawie pięć lat - powiedział w czwartek rzecznik sądu apelacyjnego Waldemar Szmidt. Sędzia dodał, że zamiast aresztowania Henryk M. będzie pod dozorem policji. Będzie miał też zatrzymany paszport i zakaz opuszczania kraju.

Decyzję sądu o zwolnieniu Henryka M. może zaskarżyć jeszcze prokuratura, ma na to siedem dni od ogłoszenia postanowienia. Zażalenie rozpatrywałby inny skład sądu apelacyjnego.

To że M. wyjdzie w piątek z aresztu jest już przesądzone, bo ewentualne zażalenie nie wstrzyma decyzji sądu. Teoretycznie, gdyby sąd uwzględnił zażalenie prokuratury, M. mógłby później do aresztu wrócić.

Ciągle nie wiadomo kiedy rozpocznie się proces w sprawie śląskiej mafii paliwowej. Od sporządzenia aktu oskarżenia minęło już prawie półtora roku. Liczące setki tomów akta sprawy krążyły pomiędzy sądami. O tym, że proces będzie się toczył i poprowadzi go Sąd Okręgowy w Katowicach zdecydował w końcu Sąd Najwyższy. Nie wiadomo kiedy sprawa ruszy; sędzia zapoznaje się z aktami.

Śledztwo w sprawie śląskiej afery paliwowej to jedna z największych tego rodzaju spraw w Polsce. W ciągu sześciu lat oskarżeni mieli oszukać Skarb Państwa na prawie 500 mln zł. Prokuratorskie postępowanie zostało zamknięte w kwietniu ubiegłego roku, oskarżono wówczas 21 osób. Od tego czasu akta kilkakrotnie wędrowały między katowickimi sądami, na co wpływ miały zmieniające się przepisy.

Obrońcy oskarżonych wielokrotnie krytykowali niemoc wymiaru sprawiedliwości, która nie pozwala od wielu miesięcy rozpocząć procesu. Obrońca głównego oskarżonego zaskarżył w Strasburgu przewlekłość postępowania. Podkreślił, że jego klient przyznaje się do zarzutów i to dzięki jego wyjaśnieniom prokuratura poczyniła w śledztwie wiele ustaleń. W ocenie obrony, niezrozumiałe było, że materiał dowodowy jest od dawna zgromadzony, a mimo to Henryk M. ciągle był aresztowany.

Obrońcy oskarżonych wielokrotnie zwracali uwagę na - jak mówili - rażącą bezczynność merytoryczną wymiaru sprawiedliwości. Argumentowali, że sprawy formalne, leżące po stronie sądu, nie mogą być podstawą pozbawienia wolności na tak długi okres.

Sprawa Henryka M. i kierowanej przez niego, według aktu oskarżenia, zorganizowanej grupy przestępczej należy do największych spraw paliwowych w Polsce. Grupa stworzyła mechanizm nielegalnego obrotu paliwami oraz fikcyjnego obrotu nimi i fałszowania faktur. Jej członkom zarzucono też wyłudzenia podatkowe i pranie brudnych pieniędzy.

Oskarżonym w tej sprawie - m.in. o pranie brudnych pieniędzy i powoływanie się na wpływy w instytucjach państwowych - jest też detektyw Krzysztof Rutkowski, który w maju ubiegłego roku opuścił areszt po 10 miesiącach za poręczeniem majątkowym 80 tys. zł; potem kwota ta wzrosła do 300 tys. zł.

Detektyw miał m.in. uczestniczyć w praniu pieniędzy, polecając pracownikom swego biura wystawienie faktur na 2,5 mln zł za fikcyjne usługi na rzecz firmy Henryka M. Nie przyznaje się do stawianych mu zarzutów; grozi mu, podobnie jak wielu innym oskarżonym, 15 lat więzienia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy