Reklama

Reklama

Nie żyje Karol Kania. Jak doszło do katastrofy helikoptera? "Ogromna mgła i straszny huk"

- Mgła była ogromna, a helikopter długo krążył w powietrzu. Nagle żona usłyszała straszny huk - mówi Interii Marek Wojtala, sołtys Jankowic koło Pszczyny i znajomy lokalnego biznesmena Karola Kani, który - jak wynika z ciągle nieoficjalnych informacji - zginął w katastrofie.

- Mieszkam nieco ponad kilometr od katastrofy. Było już późno w nocy, ja spałem, ale żona słyszała, jak helikopter krąży nad naszym domem. Mgła była taka, że nie było niczego widać na dziesięć metrów - mówi nam Marek Wojtala. - Krążył tak długo, że wyglądało na to, że ma poważne problemy z lądowaniem. W pewnym momencie słychać było potężne "bum", jakby maszyna się rozbiła. To mnie też obudziło - dodaje. 

Reklama

Za chwilę pojawiły się też karetki na sygnale. Już było wiadomo, że doszło do katastrofy.   

W okolicy, jak mówi sołtys Jankowic, są dwa helikoptery, ale drugi nie stacjonuje na miejscu. - W zasadzie od razu można było przypuszczać, że to o niego chodzi. Miał taką maszynę od lat - mówi nam Wojtala.

Sołtys przypomina, że z Karolem Kanią łączyła ich wspólna pasja. - Karol był myśliwym, ja też, choć teraz nie praktykuję. Faktem jest jednak, że kiedy miałem staż, to byłem w tym samym kole - mówi Wojtala.

Przed laty w rankingu najbogatszych Polaków

Wojtala przypomina też, że w okolicy powstał pierwszy zakład, który Kania stworzył od postaw. Potem stał się jednym z potentatów, uprawiając podłoża pod pieczarki. - W ogóle to był bardzo poczciwy człowiek, będę go bardzo mile wspominał - mówi Wojtala. 

Przypomnijmy, Karol Kania to założyciel oraz właściciel jednego z największych w Europie producentów podłoża pod uprawę pieczarek. Jego firma ma zakłady produkcyjne na Śląsku, w województwie opolskim oraz lubelskim. W 2016 roku Kania był na 63. miejscu w rankingu najbogatszych Polaków. Jego majątek był wyceniany wówczas na prawie pół miliarda zł. 

Helikopter z czterema osobami na pokładzie rozbił się minionej nocy pod Pszczyną. Maszyna spadła na ziemię w trudno dostępnym terenie. Dwie osoby przeżyły. Jak podało we wtorek nad ranem Centrum Zarządzania Kryzysowego Wojewody Śląskiego, prywatny śmigłowiec rozbił się w nocy 300 metrów od lądowiska.

Zgłoszenie o wypadku złożyli okoliczni mieszkańcy. Helikopter runął na ziemię w trudno dostępnym miejscu. - To teren silnie zalesiony, podmokły, z licznymi ciekami wodnymi, w pobliżu rzeki Dokawy. Akcję utrudniał też zalegający śnieg i bardzo gęsta mgła, ograniczająca widoczność do kilku metrów - mówi oficer prasowy pszczyńskiej straży Mateusz Caputa.

Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy