Rozpoczynamy "50-dniowe święto". Nazwa nie jest przypadkowa, uwagę zwraca szczegół
Wielkie święto, jakim w Kościele jest Wielkanoc, rozpoczyna wyjątkowy okres w roku liturgicznym. - Ojcowie Kościoła, na przykład św. Augustyn, mówili wręcz o jednym pięćdziesięciodniowym święcie. Wszystko się tam łączy i przenika - wskazuje ks. Krzysztof Porosło, doktor teologii dogmatycznej. Mówi też o symbolice ukrytej w liczbie 50, wyjaśnia, dlaczego przez osiem dni Kościół powtarza, że dzisiaj "zmartwychwstał Pan", i na podstawie biblijnych opisów odtwarza przebieg wielkanocnych wydarzeń.

Justyna Kaczmarczyk, Interia: Odtwórzmy wydarzenia, które dzisiaj wspomina Kościół katolicki? Co ewangelie mówią o Wielkanocy? Co się wtedy stało?
Ks. Krzysztof Porosło: - Pierwszy obraz, jaki widzimy, to zapłakane kobiety, które idą skoro świt, żeby namaścić ciało Jezusa. Zgodnie z ówczesnym prawem nie mogły tego zrobić w szabat, więc spieszą do grobu zaraz na drugi dzień. Po drodze rozmawiają, kto im odsunie kamień i otworzy grób.
Pierwsze zaskoczenie - kamień odsunięty.
- Tak, ewangeliści relacjonują, że to pierwsze doświadczenie bliskich Jezusa po jego zmartwychwstaniu to nie zaskoczenie, nie zdziwienie, a przerażenie. I te przerażone kobiety widzą odsunięty kamień i biegną do apostołów. W ewangelii św. Jana znajdziemy opis, jak do grobu ruszają Jan i Piotr. Tradycja mówi, że Jan był najmłodszym apostołem - młodzik w pełni sił, który bardzo kochał Jezusa, dociera pierwszy. Piotr, prawdopodobnie starszy, dojrzalszy, dociera później. Ciekawie to interpretuje szwajcarski teolog Hans Urs von Balthasar, który mówi, że Jan, symbolizujący charyzmat, czyli właśnie taką gorliwą miłość, czeka na Piotra, czyli na urząd Kościoła. Jan sam nie wchodzi, pierwszy wchodzi Piotr.
I tu drugie zaskoczenie - pusty grób.
- Ewangelista podaje, że Piotr i Jan zobaczyli chusty, które leżą tam, gdzie wcześniej leżało ciało. Nie tak jak w przypadku Łazarza, któremu po wskrzeszeniu trzeba było rozwiązać te bandaże. Nie, tu chusty zostały w grobie. Jan i Piotr to zobaczyli i Jan uwierzył.
A Piotr?
- Piotr potrzebuje jeszcze czasu. W ewangeliach jest ciekawy szczegół, bardzo go lubię - ewangelista używa dwóch różnych czasowników na powiedzenie o tym, jak patrzy Piotr, a jak patrzy Jan. Piotr patrzy czasownikiem theoreo. Słusznie może nam się kojarzyć ze słowem "teoria". Piotr próbuje sobie to wszystko poukładać racjonalnie, zbudować pewną teorię, sekwencję wydarzeń. I to mu się nie klei. Na tym etapie nie był człowiekiem, który został doprowadzony do wiary, choć widział to samo co Jan.
Jakim czasownikiem "patrzył" Jan?
- Eiden, od greckiego słowa eidos, czyli istota. To jest taki sposób popatrzenia, który pozwala od razu dostrzec istotę rzeczy. Jan zobaczył i mu się wszystko ułożyło, od razu wiedział.

A gdzie wtedy jest Jezus?
- To w ogóle jest ciekawe pytanie, które będzie wracać przez kolejnych 50 dni. Gdzie jest Jezus, jak go nie ma? I dlaczego pojawia się w różnych miejscach, a potem znika? To jest czas, kiedy Jezus uczy swoich uczniów nowej formy swojej obecności - nieograniczonej czasem i przestrzenią, w której narzędziem, które daje nam dostęp do spotkania z Jezusem zmartwychwstałym, jest akt wiary.
W scenie przy pustym grobie jest jeszcze jedna postać wskazana z imienia. Kiedy Jan i Piotr odchodzą, zostaje zapłakana Maria Magdalena, która rozmawia z ogrodnikiem, przynajmniej tak myśli.
- To piękny opis. Najważniejszym dla mnie kluczem do odczytywania go jest niezwykle istotne doświadczenie ludzi wierzących: zmiany albo oczyszczenia obrazu Boga, który się ma. Co mam na myśli? Kiedy popatrzymy na przedstawione w ewangelii losy Marii Magdaleny, zobaczymy, jak niesamowicie ważną postacią był dla niej Jezus. On ją uratował, wyrzucił z niej siedem złych duchów. Był dla niej wybawicielem i obrońcą, a Maria nie chciała starego życia, tylko poszła za tym, który ją wybawił z życiowego dramatu. I kiedy umarł, jej świat zatrząsł się w posadach. Dlatego tak kurczowo trzyma się ciała Jezusa, tej relikwii po nim, resztki doświadczenia, które miała. I kiedy grób jest pusty, ona w głowie ma jeden koncept: ktoś zabrał ciało.
- Biegnie do apostołów, żeby jej pomogli znaleźć ciało Jezusa, ale nadal zostaje sama z tym doświadczeniem, bo Jan uwierzył i się przestał przejmować sprawą, a Piotr nie uwierzył, więc też się sprawą nie zajął. Wtedy pojawiają się aniołowie, ale Maria nadal pyta o jedno: gdzie jest to ciało? Jest w takich emocjach, że nic innego do niej nie dociera. Nawet gdy spotyka Jezusa i wydaje jej się, że to ogrodnik, pyta go o jedno: gdzie zabrałeś ciało zmarłego? I dalej: powiedz, gdzie go położyłeś, a ja go wezmę. To przecież nie ma sensu. Bo od kiedy ogrodnicy zajmują się wyciąganiem ciał z grobów? I też, jak sama chciała przenieść ciało dorosłego mężczyzny?
- Dopiero kiedy słyszy swoje imię, otwierają jej się oczy - ten, który umarł i którego ciała tak uparcie szukała, stoi przed nią. Ale wtedy też słyszy mocne i trudne słowa - w polskim przekładzie najczęściej tłumaczone: nie zatrzymuj mnie, dosłownie w oryginale pada: nie dotykaj mnie. Jezus objawia jej się w nowy sposób. Kwestionuje swój poprzedni obraz nie dlatego, że on nie był autentyczny, tylko dlatego, że on może być pogłębiony w dalszym rozwoju życia wiary. Problemem nie jest to, że my budujemy sobie jakieś wyobrażenie Boga, bo to jest naturalne, ale problem jest wtedy, kiedy my ten obraz absolutyzujemy. I to pokazuje właśnie scena z Marią Magdaleną - że sam Bóg może zakwestionować swój wcześniejszy obraz. I że mówi: będą momenty, kiedy będzie ci się wydawało, że mnie nie ma, że cię nie słyszę, że jest jakaś pustka, ale to jest zaproszenie do pójścia jeszcze dalej i jeszcze głębiej.

A co dalej z Piotrem, który nie uwierzył? Co mówi Pismo Święte?
- U św. Marka znajdziemy opis, jak niewiasty u grobu spotykają młodzieńca ubranego w białą szatę. Mówi im, że Jezusa nie ma w grobie i żeby poszły i powiedziały jego uczniom, by szli do Galilei. Ta Galilea nie jest przypadkowa. To jest bardzo konkretne zaproszenie do przeżycia duchowego déjà vu. Wszystko się zacznie jeszcze raz. Wszyscy apostołowie, poza Janem, który był z Jezusem do końca pod krzyżem, mają w sobie doświadczenie zdrady, swojej własnej słabości. Szczególnie właśnie Piotr, który zaparł się Jezusa trzy razy. Dlatego on zostaje wymieniony z imienia - w Ewangelii pada: "powiedzcie uczniom i Piotrowi". On dostaje indywidualne zaproszenie. I to nie jest forma wyróżnienia Piotra jako głowy Kościoła. Wręcz przeciwnie.
Najbardziej tego potrzebował.
- Piotr został w takim doświadczeniu, że już nie da się naprawić zdrady, której się dopuścił, tego trzykrotnego zaparcia się Jezusa. Jezus umarł, a on został z nieprzebaczoną zdradą. Tymczasem Jezus mu mówi: idź do Galilei, zaczniemy od nowa. I faktycznie tak się dzieje. Znowu są nad jeziorem, znowu łowią ryby, nic nie udaje się złowić, tak jak poprzednio. Nagle się pojawia tajemnicza postać na brzegu i mówi, żeby zarzucić sieci. I choć to przeczy logice, wyciągają całe mnóstwo ryb. I wtedy mamy ten dialog, w którym Jezus trzy razy pyta o miłość, pyta: czy mnie kochasz? To jest przepiękna opowieść nie tylko o przebaczeniu i miłosierdziu, ale też o ponownym zaufaniu.

Okres Wielkanocny w Kościele trwa aż pięćdziesiąt dni? Dlaczego?
- Ojcowie Kościoła, na przykład święty Augustyn, mówili wręcz o jednym pięćdziesięciodniowym święcie - od Wielkanocy po Zesłanie Ducha Świętego. Wszystko się tam łączy i przenika. Dzisiaj zdarza nam się patrzeć na wspomnienia tych poszczególnych wydarzeń osobno - tu Wielkanoc, tu Wniebowstąpienie, tam Zesłanie Ducha Świętego. Natomiast pierwsi chrześcijanie mieli jedno święto w roku - było to właśnie Zmartwychwstanie. Jego celebrowanie rozwinęło się do 50 dni z jednej strony z przekonania, że mamy do czynienia z prawdą, która wymyka się kategoriom czasu. Z drugiej, święta chrześcijańskie nakładają się i wypełniają nową treścią święta starotestamentalne. I tak Pascha w rozumieniu chrześcijańskim przejmuje całą symbolikę wyprowadzenia z niewoli egipskiej, przenosząc ją na poziom wyprowadzenia nas z niewoli śmierci, grzechu do życia wiecznego, do zmartwychwstania. Ciemność, która zostaje pokonana przez światło.
Czy z liczbą 50 wiąże się jakaś symbolika?
- Powiedziałbym, że ta symbolika jest w niej ukryta. Mamy tam siedem razy siedem plus jeden. Siódemka jest liczbą pełni. Tak jak jest siedem dni stworzenia, to jest pewna całość. A tu mamy siódemkę do kwadratu rozszerzoną o jeszcze jeden dzień. Jezus zmartwychwstał pierwszego dnia po szabacie, czyli jeden dzień po pełnym tygodniu, ósmego dnia.
To jest to "plus jeden"? Dopełnienie pełni?
- Zgadza się. Popatrzmy też na symbolikę ósemki w matematyce - w poziomie oznacza nieskończoność. Wielkanoc to dzień wykraczający poza zwykły porządek czasu, zmartwychwstanie, które rozsadza naszą wiedzę o fizyce, chemii, historii, przekraczając znane nam kategorie. Ten dzień, który nas wprowadza w wieczność. Dlatego też zrodzi się tradycja świętowania Wielkanocy w oktawie - w Kościele przez osiem kolejnych dni, codziennie w liturgii mówimy, że dzisiaj "zmartwychwstał Pan". Ale oktawa, jak już wiemy, nie kończy świętowania.
W okresie Wielkanocnym Kościół wspomina też Wniebowstąpienie Jezusa.
- To wydarzenie, które dzieje się po 40 dniach od zmartwychwstania. Do tej pory Jezus przygotowywał uczniów do tego, czym dzisiaj Kościół żyje na co dzień, czyli do rozpoznawania obecności Jezusa przez wiarę. Już nie przez doświadczenia zmysłowe. Wniebowstąpienie nie oznacza, że już Jezusa nie będzie, bo sam przecież mówi: Będę z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata. Teraz jednak ta obecność będzie co do czasu i miejsca nieograniczona, bo chociażby możemy się z Nim spotykać wszędzie tam, gdzie celebrowane są sakramenty.
Piotr został w takim doświadczeniu, że już nie da się naprawić zdrady, której się dopuścił, tego trzykrotnego zaparcia się Jezusa. Jezus umarł, a on został z nieprzebaczoną zdradą. Tymczasem Jezus mu mówi: idź do Galilei, zaczniemy od nowa.
Po 50 dniach mamy zesłanie Ducha Świętego. Jak Pismo Święte opisuje to wydarzenie?
- Mamy wieczernik, ten sam, w którym miała miejsce ostatnia wieczerza i w którym byli zebrani uczniowie, gdy Jezus zaraz po zmartwychwstaniu, jak opisuje Jan, tchnął na nich Ducha Świętego. Wtedy powiedział: "komu odpuścicie grzechy, będą odpuszczone, komu zatrzymacie, będą zatrzymane". Ze zmartwychwstania Chrystusa rodzi się przebaczenie grzechów i pokonanie grzechu i śmierci. I 50 dni później to, co było udziałem uczniów, staje się wydarzeniem, powiedziałbym, masowym; udziałem całego Kościoła. Dzieje Apostolskie opisują, że tego dnia Piotr, natchnięty Duchem Świętym, wygłasza kazanie, które porusza tłumy, a rozumieją je także ci, którzy mówią innymi językami. Tysiące ludzi przyjmuje chrzest.
W Starym Testamencie też mamy Pięćdziesiątnicę - co było wtedy wspominane?
- Pierwotnie, w ramach tzw. Święta Tygodni, chodziło o ofiarowanie Panu pierwocin plonów i złożeniu Mu dziękczynienia za wszystko to, co wyrosło z zasiewu. Z czasem jednak na pierwszy plan wysunęło się wspomnienie nadania Prawa, czyli moment, gdy Mojżesz otrzymał Tablice Przymierza. Z biblijnego opisu wyjścia Mojżesza na górę Synaj wynika, że towarzyszyły temu ekstremalne zjawiska atmosferyczne - wicher, gromy, burza. Doświadczenie zesłania Ducha Świętego opisane jest w kategoriach pojawiającego się wiatru i języków ognia. W sztuce czasem bywa do przedstawiane dosłownie - ogniki nad apostołami. Ale to oczywiście nawiązanie do Starego Testamentu. To zjawiska atmosferyczne z jednej strony pokazują moc Pana Boga, Pana przyrody, Jego transcendencję. Z drugiej - Jego delikatność, bo też potrafi przychodzić "w lekkim powiewie" jak do Eliasza.
I wspomnienie zesłania kończy okres Wielkanocny.
- Kończy ten wyjątkowy czas w kalendarzu liturgicznym, ale jest też początkiem. Początkiem wspólnoty Kościoła, która każdego dnia żyje tajemnicą Paschy i celebruje ją w Eucharystii.
Rozmawiała Justyna Kaczmarczyk.
Napisz do autorki: justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl









