Reklama

Reklama

"Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy". Fragment

Nikt mnie nie szantażował. Nie dopuściłbym nawet do tego. Gdyby ktoś próbował, nie doszłoby do abdykacji, ponieważ właśnie wtedy należy zachować pełną swobodę podejmowania decyzji - mówi w rozmowie z Peterem Seewaldem Benedykt XVI. Jutro do księgarń trafi książka "Ostatnie rozmowy", będąca zapisem obszernego wywiadu z Josephem Ratzingerem. Poniżej prezentujemy jej fragment.

Peter Seewald: Rano wszystko przebiegało jak zwykle? Ten sam porządek dnia?

Reklama

Benedykt XVI: Bez zmian, tak.

Te same modlitwy...

Te same, oczywiście kilka szczególnie intensywnych na tę godzinę.

Wcześniejsze wstanie, późniejsze śniadanie?

Nic z tych rzeczy.

Siedemdziesięciu kardynałów zasiadało półkolem w ogromnej komnacie noszącej piękne miano Sala del Concistoro. Odbywał się konsystorz związany z zapowiedzią trzech kanonizacji. Nikt się nie  spodziewał tego, co jeszcze miało nastąpić.

Mieliśmy omówić terminy kilku kanonizacji, to prawda.

Wszystko zaczęło się od przemówienia po łacinie: "Najdrożsi Bracia, zwołałem was na ten konsystorz nie tylko z powodu trzech kanonizacji, ale także, by zakomunikować wam decyzję o wielkim znaczeniu dla życia Kościoła", co słuchaczy nieco zirytowało. Po jego wygłoszeniu niektórych twarze sprawiały wrażenie wykutych w kamieniu, innych wyrażały niedowierzanie, bezradność, szok. Dopiero gdy głos zabrał kardynał dziekan Angelo Sodano, dotarło do wszystkich, co się właściwie stało. Ktoś zasypywał potem Ojca prośbami czy pytaniami?

(Śmiech) Nie, nie byłoby to możliwe. Po konsystorzu papież uroczyście opuszcza salę, więc nikt go nie napada. W takich okolicznościach jest suwerenny.

Jakie myśli dominowały u Ojca w tym dniu, który przeszedł do historii?

Naturalnie pytanie, co powiedzą ludzie, jak mnie ocenią. W moim najbliższym otoczeniu zapanował smutek. W ciągu dnia polecałem się intensywniej opiece Pana, ale nie było to nic szczególnego.

W tekście oświadczenia jako powód abdykacji został podany ubytek sił. Czy to wystarczające uzasadnienie dla rezygnacji z katedry Piotrowej?

Oczywiście można poczynić zarzut, że to funkcjonalistyczne nieporozumienie. Sukcesja Piotrowa nie jest związana z funkcją, tylko dotyczy bycia. Stąd funkcja to nie jedyne kryterium. Innymi słowy: papież musi podejmować konkretne inicjatywy, orientować się w całości sytuacji, wiedzieć, jakie wybory mają pierwszeństwo i tak dalej, począwszy od audiencji dla głów państw, wizyt biskupów, z którymi trzeba podjąć szczere i otwarte rozmowy, aż do orzeczeń i rozporządzeń, które należy załatwiać codziennie. Nawet jeżeli się uzna, że z tego czy tamtego można zrezygnować, to i tak pozostaje wiele spraw, które są istotne. Jeśli nie da się właściwie wypełniać zleconej misji, staje się jasne, że nie dysponuje się zdolnością, więc należy - dla mnie to oczywiste, ktoś inny ma pewnie odmienne zdanie - zwolnić miejsce.

Kardynał Reginald Pole, do którego słów nawiązano w przemówieniu, stwierdza w swojej teologii krzyża, że krzyż to właściwe miejsce dla namiestnika Chrystusa. Prymat papieski ma więc aspekt martyrologiczny.

Swego czasu bardzo mnie to poruszyło. Zleciłem nawet napisanie pracy naukowej na ten temat. Jest to również prawdą w tym względzie, że papież musi każdego dnia składać świadectwo, każdego dnia konfrontowany jest z krzyżem i wciąż ma do czynienia z martyria w sensie przeżywania cierpień świata i jego problemów. To bardzo istotne. Gdyby zbierał tylko owacje, musiałby postawić sobie pytanie, czy nie robi czegoś źle. W tym świecie przesłanie Chrystusa to skandal, począwszy od Niego samego. Zawsze będziemy mieli do czynienia ze sprzeciwem, a papież będzie znakiem owego sprzeciwu. To kryterium dotyczy jego samego, co nie oznacza, że musi przypłacić to głową.

Chciał Ojciec uniknąć konieczności takiego prezentowania się światu, jak było to w wypadku poprzednika?

Mój poprzednik miał swoją własną misję. Jestem przekonany, że kiedy po tak dynamicznym początku wziął poniekąd na swoje ramiona całą ludzkość, przez dwadzieścia lat znosząc z niezwykłą siłą boleści oraz strapienia naszego wieku i przepowiadając Dobrą Nowinę, to do jego pontyfikatu przynależała też faza cierpienia stanowiąca również swoiste przesłanie. Ludzie też tak to ocenili. Dopiero jako cierpiący stał się im szczególnie bliski. Przeżywa się wewnętrznie taką bliskość bliźniego, będąc samemu otwartym. Stąd ma to swój sens. Z drugiej strony uważam, że nie da się tego dowolnie powtarzać; że do ośmiu lat pontyfikatu doda się być może kolejnych osiem, żyjąc w ten sposób.

Padło stwierdzenie: "Co do tej decyzji zasięgnąłem rady i to od najwyższego Szefa". Jak to działa?

Trzeba po prostu wyraźnie przedstawić Mu wszystko, próbując nie tylko podawać kategorie eficjencji czy inne przemawiające za abdykacją, lecz także spojrzeć na sprawę z punktu wiary. Właśnie z tej perspektywy doszedłem do wniosku, że misja Piotrowa wymaga ode mnie konkretnych decyzji, stanowisk, ale że potem, kiedy w niedługim czasie nie będzie to możliwe, Pan już tego ode mnie nie wymaga i uwalnia mnie od brzemienia niesionego ciężaru.

Pojawiło się doniesienie, że powodem ustąpienia było "przeżycie mistyczne".

To nieporozumienie.

Doszliście z Panem do ładu?

Owszem, taka jest prawda.

Czy nie odnosiło się wrażenia, że pontyfikat poniekąd się wyczerpał, że nic już nie szło do przodu? A może osoba papieża nie była już rozwiązaniem, tylko problemem?

To nie tak. Owszem, miałem świadomość, że właściwie niewiele już mogę dać, ale że byłbym problemem dla Kościoła, tego bym nie powiedział.

Odegrało w tym jakąś rolę zawiedzenie się na najbliższych współpracownikach, brak wsparcia?

Także nie. Afera związana z Paolo Gabriele to w sumie nieszczęśliwa sprawa. Po pierwsze, to nie moja wina - sprawdziły go kompetentne służby i poleciły na to stanowisko; po drugie - trzeba się liczyć z podobnymi wpadkami. Ale nie wydaje mi się, że popełniłem jakiś błąd.

Pomimo tego media włoskie oddawały się spekulacjom, że prawdziwego powodu abdykacji należy upatrywać w aferze Vatileaks, za którą kryje się nie tylko sprawa Paolo Gabriele, lecz również problemy finansowe i intrygi w kurii. W efekcie liczące trzysta stron sprawozdanie z przeprowadzonego dochodzenia okazało się tak szokujące, że nie było innego wyjścia, jak zrobienie miejsca dla następcy.

To nieprawda. Wręcz przeciwnie, wszystko zostało wyjaśnione. Powiedziałem swego czasu, chyba nawet panu, że nie wolno ustępować, pozostawiając niezałatwione sprawy, tylko trzeba doprowadzić je do końca. Mogłem odejść, ponieważ sytuacja się unormowała. Unik pod presją czy też ucieczka w obawie, że się nie podoła wyzwaniu - nic takiego nie miało miejsca.

Niektóre gazety wspominały nawet o szantażu i spisku.

Zupełny nonsens. Powiedziałbym właściwie, że to żałosne, kiedy ktoś, bez względu na motywację, wmawia sobie konieczność wywołania skandalu dla oczyszczenia Kościoła. Nikt mnie nie szantażował. Nie dopuściłbym nawet do tego. Gdyby ktoś próbował, nie doszłoby do abdykacji, ponieważ właśnie wtedy należy zachować pełną swobodę podejmowania decyzji. Nie byłem także wówczas rozczarowany czy rozgoryczony. Przeciwnie, dzięki Bogu, panował nastrój spokoju i przełomu, atmosfera, w której bez obaw można przekazać ster następcy.

Abdykacja, jak brzmi jeden z zarzutów, zsekularyzowała papiestwo. Nie jest już ono czymś wyjątkowym, tylko urzędem jak każdy inny.

Musiałem się z tym liczyć i przemyśleć kwestię, czy funkcjonalizm nie zdominuje urzędu papieskiego. Ale podobne kroki podjęli już biskupi. Wcześniej i im nie wolno było ustępować, więc cały szereg hierarchów orzekł, że skoro jest "ojcem", to nim pozostanie; nie można, ot tak, przestać. Tylko że to właśnie jest funkcjonalizacja i zeświecczenie, swego rodzaju koncepcja urzędnika, czego nie wolno odnosić do biskupa. Tu muszę stwierdzić, że nawet ojciec przestaje być ojcem. Oczywiście pozostaje nim, ale oddaje konkretne zakresy odpowiedzialności. Jest ojcem w głębszym, wewnętrznym sensie i szczególnej relacji oraz odpowiedzialności, ale nieobarczony misją czy zadaniem jako takim. Tak było właśnie w wypadku biskupów. Zrozumiano, że biskup jest z jednej strony podmiotem sakramentalnej misji, która wiąże i zobowiązuje go wewnętrznie, ale z drugiej strony nie musi na zawsze łączyć się z wykonywaną funkcją. Tym sposobem, jak myślę, stało się jasne, że papież to nie nadczłowiek spełniający swoje zadania samą obecnością, lecz także mający do podjęcia konkretne obowiązki. Jeśli abdykuje, pozostaje w wewnętrznym sensie obarczony odpowiedzialnością, którą przyjął, ale nie urzędem. Pod tym względem dotrze powoli do opinii publicznej, że stanowisko papieża nie straciło nic ze swojego autorytetu, nawet jeżeli bardziej widoczna stała się jego ludzka strona.

Bezpośrednio po ogłoszeniu abdykacji kuria, jak zawsze po Środzie Popielcowej, udała się na rekolekcje. Czy wtedy rozmawiano coś na ten temat?

Nie. Rekolekcje to czas milczenia, słuchania i modlitwy. Przynależało do całości planu, żeby przez cały tydzień spędzany w ciszy wszyscy, w każdym razie biskupi, kardynałowie i współpracownicy kurii, mogli "przetrawić" wewnętrznie to, co usłyszeli; żeby uwolnieni od spraw zewnętrznych wspólnie wewnętrznie polecili się Panu. Stąd też było dla mnie poruszające i dobre, że z jednej strony żyliśmy w odosobnieniu i milczeniu - nikt nie przeszkadzał, bo nie było audiencji - i wszyscy wolni od obowiązków wewnętrznie zbliżyliśmy się do siebie, gdyż czterokrotnie w ciągu dnia oddawaliśmy się modlitwie i słuchaniu, a z drugiej strony każdy w zakresie swojej odpowiedzialności stanął przed Panem. Muszę przyznać, że ta logistyka okazała się trafna. Po czasie stwierdzam nawet, że okazała się lepsza, niż mi się początkowo wydawało.

Nie żal powziętego kroku?

Nie! Absolutnie nie! Każdego dnia coraz silniej utwierdzam się w przekonaniu, że podjąłem słuszną decyzję.

Czyli nie padnie któregoś dnia stwierdzenie, że...

W żadnym wypadku. Dostatecznie długo rozmyślałem i rozmówiłem się z Panem.

Czy pojawił się jakiś nieprzemyślany aspekt, który uwidocznił się dopiero później?

Nie.

Czyli wkalkulowane zostało także i to, że w przyszłości mogą się pojawić uzasadnione żądania dymisji wobec papieża?

Przed tego rodzaju żądaniami nie wolno się uginać. Stąd też podkreśliłem w moim oświadczeniu, że zachowałem pełną wolność decyzji. Nie wolno odchodzić, jeśli ma to być ucieczka. Można odejść, gdy nikt tego nie żąda. W moim wypadku nikt się tego nie domagał. Nikt. Wszyscy zostali całkowicie zaskoczeni.

To, że odejście Ojca przyczyni się do przełomu w kierunku innego kontynentu, chyba okazało się niespodzianką.

W Kościele świętym trzeba się liczyć ze wszystkim.*

* Fragment "Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy", Peter Seewald, Dom Wydawniczy RAFAEL 2016

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje