Reklama

Reklama

Kat i anioł z Dachau. Zbrodnia i przebaczenie

Obaj mają to same imię, Heinrich, zdrobniale – Heini. Jeden jest katem, drugi aniołem. W obozowym piekle Dachau ich drogi skrzyżują się z drogą polskiego kleryka. Po wojnie dokona on niezwykłego gestu, który przejdzie do historii.

Czerwiec 2019. Feldafing, niedaleko Monachium. 

Ładnie tutaj. Malowniczo i spokojnie. Z jednej strony jezioro Starnberger, z drugiej lekkie wzniesienia. Zadbane domy, przed niejednym zaparkowane porsche. Jedna z posiadłości w okolicy należy do króla Tajlandii, Ramy X. 

W Feldafing, 36 kilometrów od Monachium, szukamy śladów Heinricha Schuetza. Były lekarz SS zamieszkał tu po procesie, w którym skazano go na dziesięć lat pozbawienia wolności. Za współudział w zabiciu jedenastu osób i usiłowanie zabójstwa jednej. Tyle mu udowodniono, ale ofiar było więcej. Schuetz zabijał więźniów obozu koncentracyjnego w Dachau, przeprowadzając na nich pseudomedyczne eksperymenty. 

Reklama

W niewielkim Feldafing nikt o tym nie wie. Upewniamy się w miejscowym archiwum i towarzystwie historycznym, pytamy mieszkańców. Niektórzy pamiętają Schuetza, choć w miejscu domu, który wynajmował z rodziną, stoi od kilku lat nowa willa. 

Chcemy zapytać jeszcze jego najbliższych sąsiadów.

"Rozmawiam z Heinrichem"

Duże ogrodzenie, a za nim ogród. Domu nie widać. Jest tylko dzwonek z kamerą. Na pierwszy sygnał nikt nie reaguje, na drugi też nie. Udaje się dopiero za trzecim razem.

- Tak? - słychać kobiecy głos. Przedstawiam się. - Napisałam już do pani list, dzisiaj jestem w okolicy, chciałam zapytać... - wyjaśniam do oka kamery. Mówię, że piszemy artykuł o Heinrichu Schuetzu, chcemy dotrzeć do jego dzieci. 

- Ale dlaczego? - pyta głos po drugiej stronie. Schuetz był nazistowskim zbrodniarzem, skazanym na dziesięć lat więzienia - odpowiadam. - To niemożliwe - słyszę. 

Kobieta, może 70-letnia, zaczyna dociekać, za co został skazany. Wyjaśniam, na czym polegały pseudomedyczne eksperymenty. 

- Może to jakaś pomyłka. To był bardzo dobry człowiek, leczył innych, zawsze miły, uprzejmy, znałam go bardzo dobrze... - mówi kobieta, która przez cały czas obserwuje mnie w kamerze. Co kilkanaście minut połączenie się urywa. Muszę co rusz naciskać dzwonek. - Przepraszam, tak ustawiliśmy - tłumaczy moja rozmówczyni. 

Początkowo nieufny głos, staje się ciepły, życzliwy. Ale znajoma Schuetza nie chce rozmawiać twarzą w twarz, nawet przez ogrodzenie. Mówi, że to niestosowny moment, choć rozmowa przez oko kamery zajmie nam prawie godzinę.
- To, co pani mówi, jest szokujące - powtarza ciągle. Sądzi, że jego żona i dzieci o niczym nie wiedziały, nawet o procesie. 

To niemożliwe. Żona Schuetza pisała listy do prokuratury, to ona po procesie chciała przeprowadzki. Dzieci miały już po kilkanaście lat. Na pewno pytały. 

Pokazuję wycinki prasowe. Nawet "Der Spiegel" pisał o procesie. Zostawiam kopię w skrzynce pocztowej. - To był taki dobry człowiek. Pielęgnuję jego grób. Chodzę tam i rozmawiam z Heinrichem...

O czym porozmawia z nim teraz? Zapyta go o Dachau? 

Milczenie.

Czas wielkiej próby

Wrzesień 1939 roku. Kazimierz Majdański ma 23 lata, jest studentem (alumnem) ostatniego roku Seminarium Duchownego we Włocławku. 

Po zajęciu miasta Niemcy rozpoczynają systematyczne aresztowania polskiej inteligencji, w tym duchownych, profesorów i kleryków włocławskiego seminarium. Kazimierza Majdańskiego gestapowcy zastają w mieszkaniu jego profesora, ks. Stefana Wyszyńskiego, który przed wyjazdem poprosił go jako starostę roku o opiekę nad bogatym księgozbiorem. Księża i klerycy zostają wywiezieni najpierw do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranienburg, a potem do obozu w Dachau. 

Od 1940 roku trafia tam ponad 2700 duchownych różnych chrześcijańskich wyznań z całej Europy. Polaków jest najwięcej - 1777. Połowa z nich nie przeżyje obozu.

Polscy księża zajmują blok 28 i 30. W większości skierowani zostaną do morderczej pracy na przyobozowej plantacji ziół.   

Część z nich, wśród nich Kazimierza Majdańskiego, czeka jeszcze coś straszniejszego. Zaczyna się czas wielkiej próby. Czas cywilizacji śmierci. 

Staranny i niezawodny

Do obozu trafia też lekarz SS, Heinrich Schuetz. 

Karierę w SS i NSDAP zaczyna za radą kolegów. Jego ojciec, radny narodowo-konserwatywnej Niemieckiej Partii Ludowej, w stosunku do partii Hitlera jest powściągliwy, może nawet krytyczny. Zaczyna przez to mieć kłopoty finansowe. Wtedy, w latach 1936-1937, Heinrich wstępuje do SS i NSDAP. Koledzy radzą mu, że tak będzie łatwiej utrzymać stanowisko ordynatora w miejskim szpitalu w Chemnitz. Heinrich chce pomóc rodzicom. 

Szybko awansuje do sztabu lekarzy przy Reichsfuehrehrze SS Heinrichu Himmlerze i zostaje członkiem Waffen-SS. 

Do Dachau przyjeżdża wiosną 1940 roku. Na razie przy obozowym lazarecie jest wiceszefem urzędu badającego stan zdrowia członków Waffen-SS i policji. 

Dwa lata później, po półrocznym pobycie na froncie i ciężkiej chorobie, zaczyna kierować oddziałem chorób wewnętrznych lazaretu w obozie koncentracyjnym Dachau. Robi to "z niestrudzoną starannością i wyjątkową niezawodnością" - jak zaznaczono przy jego awansie na SS-Sturmbannfuehrera. 

Ale Dachau to centrum eksperymentów pseudomedycznych. Więźniów zaraża się malarią, wychładza, poi wodą morską, w komorach ciśnieniowych sprawdza wytrzymałość organizmu na duże wysokości.   

Schuetz będzie odpowiedzialny za eksperyment z sepsą i ropowicą. W ich leczeniu ma zastosować środki biochemiczne, które już wtedy uchodzą za nieskuteczne. Ale Reichsfuehrer SS Heinrich Himmler jest wielkim zwolennikiem niekonwencjonalnych metod leczenia. Naciska na ich testowanie w Dachau. 

W pierwszej grupie są Żydzi. Z sześciu nie przeżyje żaden. W drugiej - zawodowi przestępcy. Z dziesięciu przeżyje dwóch. W trzeciej i czwartej grupie znajdą się prawie wyłącznie polscy księża. Są stosunkowo zdrowi - uważają lekarze SS - spodziewając się jasnego obrazu doświadczenia.     

Eksperyment

Rok 1942. W obozie panuje głód i zimno. Wtedy w Dachau umiera najwięcej więźniów. 

W bloku I na oddziale sepsy krzyżują się drogi Kazimierza Majdańskiego i Heinricha Schuetza. 

Jest listopad, kiedy kapo rewiru wybiera czterdziestu księży. Po badaniach połowa z nich wróci do baraków. Ci, którzy zostają, losują. Jednym przypada karta z literą "A", innym z "B". 

Potem lekarze, tacy jak Schuetz, wstrzykują im ropę, pobraną od chorych więźniów.  Sztucznie zaraża się ich ropowicą. Przez trzy dni zakazuje jakiegokolwiek leczenia. Niektórzy umierają w ciągu 24 godzin. Ci, którzy przetrwają pierwsze dni, będą leczeni. Grupa "A" alopatycznie, skutecznym sulfonamidem o nazwie "tibatin". Grupa "B" biochemicznie. 

Kazimierz Majdański trafia do grupy "B" - biochemicznej. Stopniowo traci siły. Następnego ranka po zastrzyku nie może już siedzieć. Ropowica się rozwija - odnotuje komisja, która zaczyna regularnie przychodzić na oddział. Nadzoruje prowadzone badania. 

Więźniowie z grupy Majdańskiego dostają pastylki. Pielęgniarze podają im je co cztery godziny, mierzą temperaturę, pobierają krew do badania, a wyniki zapisują na kartach pacjenta zamocowanych na szpitalnych łóżkach.  
Karty te dokładnie ogląda Heinrich Schuetz. Jest najważniejszym członkiem kilkuosobowej komisji. Pierwszy podchodzi do pacjenta, zadaje pytania pielęgniarzom, dyktuje bardzo dokładny protokół. Nie interesuje się losem więźniów, nie ratuje ich życia. Są dla niego tylko królikami doświadczalnymi. 

Esesmani, którzy przechodzą przez izbę, z przerażeniem odwracają wzrok od pożółkłych ciał pacjentów. Z ich ran sączy się ropa. Niektórym trzeba amputować kończyny. Umierają powoli, w nieludzkich cierpieniach. Umrzeć ma także Kazimierz Majdański.

Anioł z Dachau

"W Dachau widziałem ludzi i bestie" - powie Majdański pod koniec życia w jednym z wywiadów. "Bestiami byli ci, którzy zagubili swoje człowieczeństwo". Ludźmi okazywali się czasem ci, po których polski kleryk by tego nie oczekiwał.
Na bloku doświadczalnym jako pielęgniarze pracują niemieccy więźniowie polityczni, antyfaszyści, głównie socjaldemokraci i komuniści. Podobnie jak polscy duchowni noszą na pasiakach czerwone trójkąty - "winkle". 

Wśród nich jest Heinrich Stoehr, pełniący funkcję przełożonego pielęgniarzy. Przez więźniów nazywany "Heini". Zawsze bezpośredni, zawsze zatroskany, prawdziwy pielęgniarz, choć "w cywilu" ponoć rzemieślnik - powie po latach Majdański. Heini dużo pyta, nie robi - jak inni - złośliwych uwag pod adresem religii, nie manifestuje swoich przekonań. Mówi się, że jest socjalistą. 

Majdański zapamięta jego troskliwy uśmiech, kiedy Heini budzi go po bolesnych operacjach. W nieludzkim obozowym królestwie zła był jak kojący ból dotyk matki. 

To od Heiniego młody kleryk usłyszy, że grozi mu sepsa, niebezpieczne zakażenie krwi, które może skończyć się śmiercią. "Chciałbym cię uratować" - powie Heini. "Ale masz obowiązek milczeć o tym najzupełniej, bo gdyby sprawa wyszła na jaw, mnie zdejmą głowę, a ty zginiesz". 

Stoehr w tajemnicy przed doktorem Schuetzem podaje Majdańskiemu serię zastrzyków, które uratują mu życie. Heini ratuje też innych, wśród nich polskiego duchownego, ks. Stanisława Biłkę.   

Majdański dotrwa do wyzwolenia obozu 29 kwietnia 1945 roku. Ta data będzie powracać w jego życiu i znaczyć ważne etapy. Dokładnie 30 lat później komunistyczne władze wydadzą pozwolenie na utworzenie dzieła jego życia - Instytutu Studiów nad Rodziną, działającego do dziś w podwarszawskich Łomiankach. 

Obozowe piekło do końca życia powracać będzie jednak w jego snach. 

Lekarz bogatych

Krótko po wkroczeniu wojsk amerykańskich do Dachau Schuetz targnie się na swoje życie. Podetnie sobie żyły. Powodem nie jest jednak obozowa działalność, tylko zawód miłosny. 

Po wojnie były SS-Sturmbannfuehrer zamieszkuje w Essen w Zagłębiu Ruhry. Prowadzi tam gabinet lekarski, jest specjalistą chorób wewnętrznych. Chwali się, że do jego pacjentów należą bogaci przemysłowcy, właściciele banków z całymi rodzinami. Sam zresztą jest członkiem ekskluzywnego klubu charytatywnego Rotary. 

Kiedy Schuetz zaczyna karierę lekarską w Essen, w Norymberdze toczą się procesy zbrodniarzy Trzeciej Rzeszy. Świadkiem jest także były pielęgniarz z Dachau. W zeznaniach Heini Stoehr wymieni nazwisko Schuetza, ale nikogo to nie zainteresuje.  

Przez następne ćwierćwiecze oprawca z Dachau wiedzie spokojne życie w jednej z najlepszych dzielnic Essen - Bredeney. W 1955 roku 49-letni Schuetz zakłada rodzinę z o wiele od siebie młodszą studentką historii sztuki. Na świat przychodzi czwórka dzieci.

"Zabili mi ojca"

- To był taki dobry człowiek. W Essen leczył wszystkich Kruppów. Troskliwy, usłużny... znałam go dobrze - mówi kobieta, która w Feldafing podlewa kwiaty na jego grobie i woli rozmawiać przez oko kamery. 

To dlaczego w Dachau zadawał cierpienia? Nie leczył, tylko zabijał? 

Bliskim znajomym, takim jak ona, Heinrich Schuetz mówi, że w czasie wojny pomagał ludziom, troszczył się o chorych. Powtarza to także jego żona. W czasie, gdy to mówi, Schuetz ma już prawomocny wyrok sądowy. Tylko ekspertyzy lekarskie odwlekają pójście do więzienia. 

- Nie mam nic do czynienia z nazistami - podkreśla kobieta, niegdyś sąsiadka Schuetza. - Hitlerowcy zabili mi ojca, bo sprzeciwiał się im. Zniszczyli naszą rodzinę. Dorastałam bez niego. Gdybym tylko wiedziała... Pielęgnuję grób Heinricha - przypomina. - Jego dzieci i żona mnie o to prosiły. 

Żona Schuetza ma dzisiaj około 90 lat, jest schorowana - uprzedza kobieta. Gdy proszę o pomoc w skontaktowaniu się z dziećmi, obiecuje z nimi porozmawiać. 

Proces

Dopiero w 1966 roku niemiecka prokuratura zaczyna interesować się byłym lekarzem z Dachau. Wszczyna śledztwo i w maju 1971 roku aresztuje Heinricha Schuetza. 

Jego wpływowi znajomi zaczynają poświadczać za niego. Przewodniczący klubu Rotary Ernst Schmid jest przekonany o niewinności Schuetza. "Znam go na tyle, by móc powiedzieć, że do zarzuconych mu czynów - nawet pod presją - nigdy nie byłby zdolny. Osobistość, która od wielu dziesięcioleci mieszka w naszym mieście, działa i zalicza się do poważanych obywateli, musiałaby już dawno ujawnić tak negatywne cechy. Nie znam tu nikogo, kto nie byłby gotów poświadczyć o uczciwym charakterze dra Schuetza" - pisze w lipcu 1971 roku. 

Inny przyjaciel rodziny i chrzestny córek Schuetza poświadczy, że Heinrich jest obowiązkowym obywatelem, myślącym w duchu narodowym, który cierpiał w obliczu warunków, w jakich znalazł się w czasie wojny i których nie mógł zmienić, ale przed którymi nie mógł też uciec. Przez swój profesjonalizm i poczucie etyki. 

Zbrodnia bez kary

W areszcie Schuetz spędza tylko dwa miesiące. W tym czasie rodzina tłumaczy pacjentom, że wyjechał na dłuższą terapię. Prywatny bank z Essen - Burgkhardt & Co wpłaci do sądu horrendalną kaucję w wysokości 250 tys. marek. To mało znany bank, ale jego poprzedni właściciel, niemiecko-żydowski bankier Simon Hirschland, został wydziedziczony przez nazistów. 

W październiku 1975 roku przed sądem krajowym w Monachium rozpoczyna się proces Heinricha Schuetza. Chodzi o pseudomedyczne eksperymenty prowadzone w listopadzie 1942 roku. Ich ofiarami padli głównie polscy księża.
Nawet na sali sądowej Schuetz próbuje się ukryć. Pierwszego dnia siada na miejscach przeznaczonych dla publiczności, potem wchodzi nakryty togą, siedzi na sali w ogromnych okularach przeciwsłonecznych i kapeluszu. Fotoreporterzy obecni na procesie, nie są w stanie zrobić Schuetzowi zdjęcia, na którym można by go rozpoznać. 

Wyrok zapada po pięciu tygodniach. Były lekarz SS zostaje skazany na dziesięć lat pozbawienia wolności. 



"Zabijał, bo życie tych, na których wykonywano eksperymenty, było dla niego bezużyteczne i bezwartościowe. (...) Swoim ofiarom zadawał cierpienie i ból, kierując się obojętnością, okrucieństwem i fanatyzmem rasowym" - głosi akt oskarżenia. 

Wyrok uprawomocni się, ale Schuetz nigdy nie trafi za kratki. Znajomi lekarze zaświadczą, że jest niezdolny do odbycia kary. Napiszą, że rozwija się u niego choroba Parkinsona, że cierpi na depresję i opada z sił. Później zachoruje na raka prostaty. 

Zamiast do więzienia przeprowadza się do Feldafing. Tylko 50 km od Dachau. Tam nikt nie wie o jego przeszłości. Schuetz nie rzuca się w oczy. Mieszka na skraju wsi, jeszcze mało zabudowanym. Przebywa w domu, czasem wychodzi na spacery. 

W lesie, tuż koło jego domu, jest wzgórze kalwaryjskie. Czternaście stacji drogi krzyżowej. Czy chodzi tam? Myśli o swojej winie? 

Umiera w 1986 roku, mając 80 lat. 

Spojrzeć w oczy

Ks. Majdański jest wtedy biskupem-ordynariuszem diecezji szczecińsko-kamieńskiej. 

Kiedy jesienią 1975 roku przyjeżdża na proces do Monachium, w sali sądowej spotyka twarzą w twarz swojego oprawcę. 

Majdański podaje Schuetzowi rękę w geście przebaczenia. Relacjonujący rozprawę Norbert Stahl, późniejszy redaktor naczelny zachodnioniemieckiej Katolickiej Agencji Informacyjnej, napisze ponad 40 lat później, że ten moment był największym przeżyciem w całej jego karierze zawodowej. 

Niezwykły gest ofiary musiał wstrząsnąć też samym Schuetzem. "Dr Schuetz nie chciał puścić ze swych dłoni mojej prawicy, gdy mu na sali sądowej powiedziałem: Przecież możemy spojrzeć sobie w oczy! I szeptał: Musiałem. Ale czyniłem mniej, niż musiałem... Czy zbrodniarz nie należy do najbiedniejszych istot, jakie nosi ta ziemia?" - pisze Majdański w swoich wspomnieniach. 

- To pytanie nurtowało go do końca - mówi Danuta Bazyluk z Instytutu Świętej Rodziny w Łomiankach, która pomagała organizować życie sędziwego arcybiskupa do jego śmierci i do dziś nazywa go "ojcem“. Co znaczyło, że Schuetz "musiał"? Był bardziej zniewolony niż sami więźniowie? 

Od dzieci Schuetza chcemy dowiedzieć się, czy ich ojciec mówił o wzruszającej scenie przebaczenia? Czy żałował? Mimo telefonów i listów natrafiamy na mur milczenia. 

- Zmarłych trzeba zostawić w spokoju. Inaczej ich dusza nie zazna spokoju - uważa też sąsiadka Schuetzów. Nalega, by nie pisać o Heinrichu. - Niech spoczywa w pokoju.

I w zapomnieniu. 

Pojednanie

Inaczej niż jego imiennik Stoehr. Były pielęgniarz z Dachau działa po wojnie w SPD, jest posłem do bawarskiego parlamentu, dyrektorem oddziału kasy chorych i działaczem społecznym. Razem z żoną angażuje się na rzecz budowy domu opieki i spokojnej starości w rodzinnym Weissenburgu. Dziś dom ten nosi imię Heinricha Stoehra i jego żony Elsy. W mieście jedna z ulic nazwana jest jego imieniem. Nawet dzisiaj mieszkańcy miasta wiedzą, kim był ich "Anioł z Dachau".   

Po wojnie ks. Majdańskiemu nie udaje się podziękować osobiście swojemu wybawcy. Heini umiera w 1958 roku. Jego siostrzenica Irmgard Forster przypomina sobie, że biskup Majdański przyjechał na grób Heiniego. Na nagrobku widnieje napis:

"Wasze życie było walką,
Wasze czyny dobrem
Niezrównane Wasze umiłowanie ludzi"

Heini wierzył w ludzi i w dobro. Jak Kazimierz Majdański. Biskup stanie się orędownikiem przebaczenia i pojednania. W listopadzie 1965 roku, ciągle naznaczony chorobą spowodowaną obozowymi torturami, podpisuje słynne orędzie polskich biskupów do niemieckich zawierające słowa "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". 

- Każdego z biskupów polskich, który podpisywał to orędzie, kosztowało to dużą osobistą ofiarę. Ale jako biskup, który brał udział w jego przygotowaniu i brał odpowiedzialność za jego treść uważam, że orędzie było bardzo słuszne - powie w wywiadzie w 1995 roku, podkreślając, że uruchomiło ono proces polsko-niemieckiego pojednania. 

Sam daje przykład. Do końca życia przyjaźni się z wieloma niemieckimi hierarchami. Gości ich wielokrotnie w swojej szczecińskiej katedrze, odprawia wspólne nabożeństwa, stając się dla wiernych ikoną pojednania. Zawsze jednak podkreśla, że warunkiem pojednania jest prawda, a samego siebie nazywa "świadkiem".

Kazimierz Majdański umiera 29 kwietnia 2007 roku - w rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Dachau. 

Najbliżsi współpracownicy arcybiskupa są pewni - Kazimierz Majdański do końca życia modlił się za Heiniego Stoehra, swojego niewierzącego anioła z Dachau. I za swojego kata, Heinricha Schuetza.

Katarzyna Domagała-Pereira, Bartosz Dudek , Deutsche Welle

ZOBACZ RÓWNIEŻ

"Zbrodnia bez kary" w serwisie specjalnym Deutsche Welle i Wirtualnej Polsce

Zginęli, bo ratowali Żydów. Brutalne morderstwo rodziny Ulmów

Wilhelm Koppe. Zbrodniarz, który ukrył się w fabryce czekolady

IPN wszczyna śledztwo w sprawie centralnego obozu aborcyjnego

"Co u pana słychać?" Kąkolewski nie odpuścił hitlerowcom

Esesman z pierwszej ławki. Josef Mengele, prymus z Auschwitz

Kiedy lekarze byli mordercami. Elisabeth Hecker i dzieci z Lublińca

Horst Pilarzik. Postrach krakowskiego getta

Hans Krueger. "Morderca w białych rękawiczkach"

"Lekarz Hitlera", Kurt Blome

Wrzesień 1939: Niewidzialna broń, która sprzyjała likwidacji Polaków

Strażniczka z Majdanka: "Nic nie widziałam"

"Do widzenia w niebie". Likwidacja szpitala w Kobierzynie

Należał do "rasy panów". Był w swoim żywiole

Peter Grubbe, czyli Claus Volkmann. Podwójne życie lewicowego dziennikarza

Jakob Loelgen - kat Bydgoszczy. Po wojnie robił karierę w Niemczech

Firma Topf & Soehne "zawsze do usług". Przedsiębiorcy bez moralności

"Tatuś kanalia". Po niemiecku "Vati Schweinehund"

"Zaczęło się. Jest wojna". Dziennik bojowy por. Kurta Hartmanna

1 września 1939 r., Wieluń. Masakra na bezbronnym mieście

Germanizacja Łodzi. Werner Ventzki i jego Litzmannstadt

Czaszki Polaków i Żydów oferuję po umówionej cenie

Pierwsza zbrodnia II wojny. Alfred Naujocks i prowokacja gliwicka

Bezkarni naziści w powojennej RFN. "Amnezja i brak empatii dla ofiar"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje