Reklama

Reklama

Zamieszki w Bośni i Hercegowinie

Bośnia: Demonstranci oskarżają policję o brutalność

W Bośni, gdzie przez kilka dni trwały gwałtowne protesty, w niedzielę demonstranci żądali uwolnienia osób zatrzymanych w poprzednich dniach i oskarżali policję o brutalne traktowanie. Jedna z partii koalicji rządowej zaapelowała o przedterminowe wybory.


W Sarajewie odbył się kilkusetosobowy marsz. Naczelnik jednego z komisariatów zapewnił protestujących, że nikt z 44 zatrzymanych nie był źle traktowany i że wszyscy oprócz dziesięciu osób zostali zwolnieni.

Reklama

Jednak 17-latek Harun Ćehajić, który twierdził, że był wśród zwolnionych, powiedział, że był bity w piwnicy komisariatu wraz z innymi demonstrantami.

Uczestnicy marszu przeszli następnie pod budynek prokuratury w centrum Sarajewa, ponieważ według niektórych doniesień tam przewieziono zatrzymanych. Nie doszło do żadnych incydentów.

W celu uspokojenia nastrojów jedna z partii wchodzących w skład koalicji rządowej, Socjaldemokratyczna Partia Bośni i Hercegowiny zaapelowała o przeprowadzenie przedterminowych wyborów parlamentarnych. Do apelu przyłączył się Bakir Izetbegović, który w spełniającym rolę głowy państwa trzyosobowym Prezydium BiH reprezentuje Bośniaków (Muzułmanów).

Wybory według terminu powinny odbyć się w październiku.

Protesty przeciwko bezrobociu, biedzie i bezczynności władz rozpoczęły się we wtorek od Tuzli. W ostatnich latach miasto to boleśnie odczuło zamykanie prywatyzowanych fabryk. Demonstranci domagali się działań przeciwko właścicielom czterech zakładów, które po prywatyzacji przestały wypłacać pensje, a w końcu ogłosiły bankructwo. Do byłych pracowników zakładów dołączyli się bezrobotni i młodzież.

Protesty przybrały gwałtowny charakter, rozszerzając się w piątek na ponad 30 miast. W Tuzli, Mostarze, Zenicy i Sarajewie demonstranci podpalili w piątek budynki administracji lokalnej. Bilans kilkudniowych zajść to 700 rannych.

Według Deutsche Welle w rezultacie prywatyzacji, którą rozpoczęto w Bośni i Hercegowinie w 1998 roku, pół miliona robotników znalazło się na ulicy, a 100 tys. straciło etaty. Bezrobocie w BiH według danych oficjalnych sięga aż 44 procent. Realne jest, jak ocenia bank centralny, niższe - na poziomie 27,5 proc., ponieważ wiele osób pracuje na czarno.

Równowartość przeciętnego wynagrodzenia to 420 euro. Jeden na pięciu mieszkańców żyje w ubóstwie.

Dowiedz się więcej na temat: sarajewo | Bośnia i Hercegowina | protesty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy