Reklama

Reklama

Ptaszki śpiewają, słońce świeci, ludzie się zabijają...

Jedna z podstawowych zasad wojennej reporterki brzmi: "nie dyskutuj z ludźmi, którzy trzymają w ręku karabin". "Nie dyskutuj! Nie dyskutuj! Nie dyskutuj!" - powtarzałem sobie w myślach, choć stojący przede mną żołnierz Noworosji opowiadał bzdury, na które trudno było nie reagować.

Korespondencja Interia.pl ze wschodniej Ukrainy

Reklama

- Tam - mówił, wskazując ręką drugą stronę linii frontu. - Tysiąc metrów stąd są twoi przyjaciele. Całe dwie kompanie polskiego wojska. Chcesz, możesz do nich pójść. My ci w plecy nie strzelimy.

- Jakiego naszego wojska, o czym wy mówicie...? - oponowałem. "Gdyby tu było nasze wojsko, a więc i całe NATO, donbaski front wyglądałby zupełnie inaczej. A właściwie to pewnie by już go nie było" - tę myśl zachowałem dla siebie, na głos zaś mówiąc. - Polacy to walczą po waszej stronie - miałem na myśli najemników, których co najmniej kilkunastu znalazło się w szeregach armii Donieckiej Republiki Ludowej. - Naszego wojska tam nie ma.

- Nie ma, nie ma... - około 50-letni mężczyzna z potężnymi jak bochny chleba dłońmi nie dawał za wygraną. - Tam niby tylko Ukraińcy, co? Cała zgniła Europa tam siedzi, ja swoje wiem - twardo zaakcentował ostatni zwrot. Byłem absolutnie pewien, że mnie nie podpuszcza, że wierzy w to, co mówi. - Słuchaj - jego twarz złagodniała nieco. - A czy w Polsce stacjonują oddziały DRL-u?

Pokręciłem głową.

- A będą... - usłyszałem, widząc jednocześnie niemal dobrotliwy, ojcowski uśmiech na twarzy mojego rozmówcy. - Już niebawem...

*          *          *

Pod koniec kwietnia br. - wraz z trzema innymi dziennikarzami - przedostaliśmy się na teren DRL. Wojnę, którą w styczniu relacjonowaliśmy z pozycji ukraińskich, tym razem zobaczyliśmy z perspektywy prorosyjskich separatystów oraz ludności cywilnej, pozostałej na zajętych przez rebeliantów terenach. Kilka dni temu - jako jedni z nielicznych polskich reporterów - odwiedziliśmy opuszczone przez większość mieszkańców dzielnice Doniecka, przyległe do lotniska, w okolicach którego nadal trwają zacięte walki. Na miejsce dojechaliśmy... miejskim autobusem, który wciąż miał na sobie tabliczkę z napisem "port lotniczy" jako miejsce docelowe. Tyle że pojazd w pewnym momencie zatrzymał się na szerokiej alei i - pozbywszy się nielicznych pasażerów - zawrócił w stronę centrum.

Kilkadziesiąt metrów dalej zaczynały się pozycje wojsk DRL-u. I to właśnie na jednym z takich posterunków usłyszeliśmy o obecności Wojska Polskiego na donbaskim froncie.

- Już niebawem - powtórzył swoją zapowiedź o rychłej "wizycie" prorosyjskich oddziałów w Polsce mój noworuski rozmówca. A ja znów ugryzłem się w język, chcąc w pierwszym odruchu odpowiedzieć coś w stylu: "zapraszamy, zrobimy wam w każdej wiosce mały Stalingrad".

- Najpierw musielibyście pokonać ukraińską armię - powiedziałem tylko.

Mundurowy uśmiechnął się szeroko.

- A co to za problem? - jego uśmiech naznaczony był typowymi dla tego regionu złotymi plombami. - Niech nam tylko dadzą rozkaz. Co to jest niecałe osiemset kilometrów? Doba, i jesteśmy w Kijowie.

*          *          *

- Doba, to potwornie długi czas... - wyraz twarzy pani Lili stał się na moment nieobecny. Trwała tak przez kilka sekund, po czym szepnęła. - Potwornie długi. - Tu - ruszyła w stronę dużej szafy. - Tu się schowałam, gdy któregoś dnia grady padały jeden po drugim, w całej okolicy. Huczało tak strasznie, że nakryłam głowę wielką poduszką. Płakałam, modliłam się, znowu płakałam. I tak przez całą dobę, póki nie ustało. Człowiek o podstawowych fizjologicznych potrzebach wtedy zapomina. A mąż - 62-letnia kobieta głęboko westchnęła. - Widzieliście go przed domem, prawda?

Skinąłem głową, przypominając sobie starszego mężczyznę, który ze splecionymi na plecach dłońmi chodził wzdłuż płotu, oddzielającego niedużą posesję od ulicy. Zgarbiony, powolny, z przejmującą rezygnacją malującą się na twarzy.

- No właśnie - kobieta jakby czytała w moich myślach. - Coś w nim pękło. Zmizerniał, zestarzał się. Wciąż chodzi smutny...

- Ale - twarz pani Lili rozjaśniała - ... żyjemy, dom cały, choć grad upadł ledwie pięć metrów stąd.

Dom - nieduża, trzyizbowa chałupka, jedna z wielu w tej okolicy - znajdował się jakieś 600 metrów od pierwszych pozycji wojsk DRL. W czasie najbardziej intensywnych walk o donieckie lotnisko - na przełomie 2014-15 roku - stanowił najbliższe zaplecze frontu.

- Zostaliśmy na miejscu, bo gdzie nam było pójść? - wyjaśniała nasza rozmówczyni. - Od 18 lat mieszkam w Doniecku, ale pochodzę ze Słowiańska. A ten przecież w ukraińskich rękach, za linią frontu. No i pies, Rem nasz kochany. Gdzie ja - baba stara - będę się z tak dużym psem tułać?

- Taaak - westchnąłem, właśnie zdając sobie sprawę, że zdarzenie, które po ukraińskiej stronie odebrano jako wielki dramat - wyparcie słynnych "cyborgów" z ruin portu lotniczego - dla tych ludzi oznaczało ulgę. W efekcie bowiem linia frontu przesunęła się nieco na zachód. I choć domostwo wciąż pozostawało w zasięgu artylerii, od wielu tygodni było tu po prostu dużo bezpieczniej. - Owczarek niemiecki, tak? - spytałem. Wcześniej słyszeliśmy tylko szczekanie dużego psa, zamkniętego w jakiejś komórce.

- Strasznie mądry owczarek - kobieta wyraźnie się ożywiła. - Wystrzały z broni ręcznej nie robią na nim żadnego wrażenia, dział i moździerzy też się nie boi. Ale grady go przerażają. Przybiega zanim jeszcze zaczynają strzelać i chowa się w przedsionku. Jakby wiedział, że tamci za chwilę odpalą rakiety...

*          *          *

"Tamci" nie próżnowali. Artyleryjska kanonada - choć nie tak intensywna, do jakiej przywykliśmy w styczniu - trwała właściwie przez cały czas. Raz bliżej nas słychać było wybuchy, innym razem - wystrzały. Najwyraźniej obie strony okładały się nawzajem. "Prawdziwe zawieszenie broni" - skonstatowałem smutno, mając na myśli mińskie porozumienia z lutego br., zakładające m.in. wycofanie z linii frontu ciężkiego uzbrojenia.

Co nie zmieniało faktu, że front rzeczywiście zastygł. Jeszcze na początku kwietnia sporo mówiło się o planowanej przez separatystów ofensywie. Po ukraińskiej stronie przewidywano, że nastąpi ona zaraz po święcie wielkiej nocy (które według prawosławnego kalendarza przypadało tydzień później niż w Polsce). Ba, nie brakło opinii, wedle których islamiści z Czeczenii - licznie służący w wojskach DRL-u - "nie uszanują święta i zaczną ataki jeszcze w jego trakcie". Ofensywa zaś miała być błyskawiczna - dająca nowe, poważne zdobycze terytorialne jeszcze przed wielkim świętem zwycięstwa z 9 maja. Oczywiście, prowadzona przy potężnym wsparciu Rosji.

Szczerze mówiąc, właśnie ów scenariusz miał wpływ na naszą decyzję o wyjeździe na Ukrainę w drugiej połowie kwietnia. Tymczasem to, co zastaliśmy, bardziej przypominało pierwszowojenny pat - szczęśliwie o mniejszej intensywności niż ta sprzed stu lat.

*          *          *

Choć mechanizmy psychologiczne pozostały bez zmian.

Wśród wysokich bloków w innej części Doniecka dźwięki wystrzałów i wybuchów niosły się jeszcze donośniej. Tymczasem w jednej ze szkół dzieci biorące udział w kursie tańca ani na moment nie zaprzestały zajęć. 9-letnia Ewa zdawała się być bardziej przejęta faktem, że rozmawiała z cudzoziemskim dziennikarzem, niż odgłosem kolejnej salwy gradów, które upadły daleko, ale i tak wprawiły ściany i szyby budynku w drżenie.

- Miesiące walk sprawiły, że oswoiliśmy się z tymi dźwiękami - zarówno dorośli, jak i dzieci - tłumaczyła mi później Andżelika, nauczycielka muzyki. - Potrafimy odróżnić te zagrażające, od tych, które są tylko tłem.

- Zajęcia lekcyjne trwają normalnie, prawda? - chciałem się upewnić.

- Tak, tylko na kilkanaście dni musieliśmy przerwać nauczanie. Na szczęście przez cały czas działał Internet, mogliśmy więc wysyłać dzieciakom zadania i instrukcje - usłyszałem.

- A teraz, gdyby nagle zaczęły spadać obok pociski...? - drążyłem temat.

- Nie odeślemy dzieciaków do domów, bo to niebezpieczne. Nie wezwiemy po ich odbiórkę rodziców, bo ci przecież też powinni się schować. W szkolnych piwnicach urządziliśmy schron - i mamy dobrze przećwiczoną ewakuację - odpowiedziała Andżelika. Potem zaś, gdy na zewnątrz znów rozległo się charakterystyczne dudnienie, dodała: - Zwykła artyleria, daleko, tło. Normalnie nie zwróciłabym na to uwagi. I wam radzę to samo. Chłopaki, wiosna przyszła. Tym, czego trzeba nasłuchiwać, i z czego trzeba się teraz cieszyć, jest śpiew ptaków.

*          *          *

"Śpiew ptaków...". Przypomniałem sobie ten zwrot kilka dni później, jadąc pociągiem już po ukraińskiej stronie. Do przedziału, w którym oprócz mnie siedziała starsza para, weszła kobieta po czterdziestce. Cała trójka na własnej skórze doświadczyła donbaskiej wojny, mieszkając w miejscowościach, o które toczono walki. Tyle że moi wcześniejsi współpasażerowie wciąż żyli na Ukrainie, "nowa" zaś - już w DRL. Co stało się przyczyną kłótni - kobieta bowiem bardziej złorzeczyła na rząd w Kijowie niż na separatystyczne władze. Pojednanie przyszło jednak bardzo szybko, wraz ze stwierdzeniem, że "wszystkim nam się po dupach oberwało".

- A ja wciąż tego nie rozumiem - westchnęła młodsza z kobiet. - Jak to możliwe? Przecież ptaszki śpiewają, słońce świeci. A ludzie się zabijają...

Marcin Ogdowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje