Reklama

Reklama

"Polacy nas wspierają, a Wielki Brat daje granaty, by nas zabijać"

"W Polsce wsparcie jest po prostu fenomenalne" - mówi w rozmowie z RMF FM Jan Falkiewicz, który leczył się w Polsce po zamieszkach na kijowskim Majdanie. "Mamy Wielkiego Brata, który robi straszne rzeczy. To jest jak żart: kochający Wielki Brat daje granaty, żeby nas zabijać, a niekochający brat polski leczy" - dodaje.

Krzysztof Berenda: Proszę powiedzieć, jak zdrowie?

Jan Falkiewicz: - Już lepsze. Miałem problemy z prawym okiem. Teraz tendencja jest pozytywna. Widzę prawym okiem chyba na 20 procent.

Jak to się stało, że Pan trafił tutaj do Polski na leczenie?


- Na początku byłem na ulicy Hruszewskiego. Nagrywałem walki z 19 stycznia. Berkut rzucał granaty i granat hukowy trafił mnie w nogę. Wybuch uszkodził mi też prawe oko, którym dobrze widziałem. Byłem w Szpitalu Aleksandrowskim w Kijowie, gdzie od razu zrobili mi operację. Za dwa dni trzeba było uciekać, bo była możliwość, że milicja albo służby bezpieczeństwa mogą nas zabrać lub po prostu zabić. Przetransportowali mnie chłopcy do Lwowa, a z Lwowa już do Polski. W Polsce mam dużo znajomych. Na początku pojechałem do Grudziądza, do kliniki. Tam troszkę odnowili mi wzrok, a później już przetransportowali mnie do Warszawy, gdzie byłem mniej niż tydzień.

Pan nie jest jedyną osobą, która przyjechała na leczenie do Polski. Jak wyglądało wsparcie, czy asystowała wam polska dyplomacja, Ministerstwo Spraw Zagranicznych?


- Nas na sali było pięć osób z Majdanu, ranni 19-20 stycznia. Dwójka została w tym szpitalu. Jeden chłopak był przetransportowany do innego szpitala, do najlepszych profesorów okulistyki.

Teraz pan wyszedł ze szpitala i co dalej? Zostaje pan tutaj na rehabilitację? Ma pan tu jakąś pomoc, opiekę?


- We wtorek mam konsultacje z profesorami, tutaj w klinice MSW. Później będę decydował, czy wracać na Ukrainę, czy jeszcze troszkę tutaj zostać. To zależy od tego, jak będzie ze wzrokiem.

A chce pan wracać na Ukrainę?


- Gdybym miał dobry wzrok to bym od razu na Majdan wrócił. Jasne, że chcę wracać. Tym bardziej, że moi bracia stoją na Majdanie, na ulicy Hruszewskiego, a ja jestem tutaj. Chciałbym tam być, ale z takim wzrokiem to mało co pomogę.

Co pan dokładnie robił w Kijowie na Majdanie?


- Byłem dwa razy na Majdanie. Pierwszy raz to było 2-27 grudnia. Wtedy byłem na blokadzie budynków rządowych. Później pracowałem trochę na kuchni, a później jeden przyjaciel powiedział "Janek, przyjdź do spilno.tv i pomóż nam". No i zacząłem pracować w spilno.tv jako dziennikarz-amator, dawałem komentarze, nagrywałem to wszystko. Tak było do 27 grudnia, później pojechałem na sylwestra. Pochodziłem po górach, po Karpatach, odpocząłem troszkę Boże Narodzenie obrządku wschodniego poświętowałem, a później znowu wróciłem na Majdan. Wtedy nagrywałem walki z 19 stycznia, które odbywały się na Hruszewskiego. Wtedy trafił mnie granat.

W Polsce dostajecie jakieś wsparcie, nie tylko medyczne?


- W Polsce bardzo dużo ciepłych słów dostajemy. Personel jest bardzo miły - bardzo ważne, żeby leczyli nie tylko umiejętnościami, ale dobrym słowem, dobrym humorem i to otrzymaliśmy. Również w Polsce wszyscy bardzo dobrze nastawieni są do Ukraińców, pomagają. Wsparcie jest po prostu fenomenalne. Dużo radości i ciepłego serca otrzymujemy i od Polaków, i Ukraińców tutaj w Polsce.

Jak pan patrzy na to, co się dzieje teraz w Kijowie na Majdanie? W którą to idzie stronę?


- Teraz trudno powiedzieć. Jak dla mnie to wielka, wielka niewiadoma. Ludzie nie chcą żyć po staremu, a władza nawet nie może sobie wyobrazić, jak można po nowemu rządzić. Na dialog z Janukowyczem już nikt nie pójdzie, bo to jest bandyta, zabójca, oszust i po prostu najgłupszy człowiek, który może być. To człowiek niezdolny do dialogu.

- Od samego początku można było naprawić sytuację, nawet po pobiciu studentów przez Berkut. Można było wyjść, zdymisjonować ministra spraw wewnętrznych, nawiązać dialog z ludźmi. Tego nie było. Jak ludzie znikają, zabijają ich, wykradają itd. to dialogu nie może być. Władza chce zastraszyć stalinowskimi metodami wszystkich, ale już nie da się zastraszyć tego pokolenia. Ono wychowało się w biedzie w 90 latach i rozumie, że tylko walką, tylko pracą ciężką można zdobyć jakieś środki, odnowić państwo.

- Natomiast trudność jest w tym, że nie ma lidera charyzmatycznego. Z jednej strony to jest pozytywna rzecz, bo wszyscy rozczarowani są przywództwem Juszczenki po 2004 roku. Z drugiej strony nie ma osoby, która by to wszystko skierowała w jednym kierunku, zebrała te wszystkie idee, fantastyczne idee ludzi: miłość do ojczyzny, ofiarowanie samego siebie... Dlatego proces na pewno będzie bardzo, bardzo długi i trudno połapać się, co będzie. Mam wrażenie, że albo Janukowycz zrobi taki terror jak Łukaszenka czy Putin albo ludzie zrobią to, co zrobili w Rumunii z Ceausescu.

- To na końcu chciałem spytać, czy pana zdaniem zagranica może pomóc czy rozwiązanie tego konfliktu leży w samej Ukrainie?


- Ja myślę, że na poziomie międzynarodowym. Mamy takiego wielkiego brata, Władimira Władimirowicza (Putina - przyp. red), który robi straszne rzeczy. To jest jak żart: kochający Wielki Brat daje granaty, żeby nas zabijać, a niekochający brat polski leczy. Jak byliśmy w szpitalu, to milicja ukraińska zabijała nas, a Polacy leczyli. Tylko to nie żart, ale prawda. W środku Ukrainy napięcie rośnie i wszyscy zbierają siły do ostatecznego starcia między sobą. Europa musi bardzo silnie działać, żeby neutralizować Wielkiego Brata.

Krzysztof Berenda

Reklama


Dowiedz się więcej na temat: zamieszki na Ukrainie | zamieszki w Kijowie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje