Reklama

Reklama

Ekspert: Rosja uznaje Krym za swój, ale nie musi odrywać go siłą

​Rosja uznaje Krym za swój. Może grozić interwencją w obronie rosyjskiej większości, ale wystarczy, że sięgnie w tym celu po presję ekonomiczna. Jej Flota Czarnomorska ma na Krymie zapewniony byt do 2047 r. - powiedział szef instytutu ECAG Marcin Domagała.

19 lutego 1954 roku Nikita Chruszczow przekazał Krym Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej; jak napisał "The Economist" - podobno po pijanemu. W 1991 roku obwód krymski stał się Autonomiczną Republiką Krymu jeszcze w składzie ZSRR, a rok później w składzie niepodległej Ukrainy. Zakres tej autonomii i funkcjonowanie jej władz określa osobny rozdział ukraińskiej konstytucji oraz konstytucja krymska. Republika obejmuje niemal cały Półwysep Krymski - poza Sewastopolem.

Po upadku ZSRR poradziecka Flota Czarnomorska została podzielona przez Rosję i Ukrainę; większa część, która przypadła Federacji Rosyjskiej pozostała na Krymie, a jej główna baza, na zasadach dzierżawy, znajduje się w Sewastopolu. Rosja i Ukraina podpisały w 1997 roku umowę, na mocy której rosyjska flota miała przebywać na terytorium Ukrainy do 2017 roku. W 2010 roku ówcześni prezydenci Wiktor Janukowycz i Dmitrij Miedwiediew podpisali tzw. porozumienie charkowskie, przewidujące przedłużenie stacjonowania rosyjskiej floty na Krymie do co najmniej 2042 roku w zamian za obniżenie ceny rosyjskiego gazu dla strony ukraińskiej. Dodatkowa klauzula przewiduje, że rosyjska flota może tam pozostać do 2047 roku.

Reklama

Wprawdzie po II wojnie światowej Moskwa znacznie rozbudowała Flotę Czarnomorską, która miała demonstrować potęgę ZSRR na Morzu Śródziemnym i kontrolować działania VI Floty USA stacjonującej na tym akwenie, ale od tego czasu splendor Floty Czarnomorskiej poszedł w zapomnienie.

- Obecnie to przestarzałe, poradzieckie okręty, wykorzystywane przez Rosjan głównie w celach szkoleniowych. Znaczenie tej floty na Morzu Czarnym, które z perspektywy geostrategicznej jest tylko sadzawką, jest niewielkie - mówi w rozmowie z PAP szef Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych Marcin Domagała. Podkreśla zarazem, że dla Moskwy flota ta i jej główna baza w Sewastopolu mają duże znaczenie symboliczne.

- Wykorzystano ją podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 roku. Jednak w dobie międzykontynentalnych rakiet balistycznych jej znaczenie jest marginalne, a uwaga Moskwy zwrócona jest na Flotę Pacyfiku - dodaje Domagała.

W marcu 2013 roku kijowski tygodnik "Dzerkało Tyżnia" napisał, że de facto nie istnieje żadna umowa dzierżawy ani jednego obiektu lub działki, zajmowanych przez rosyjską flotę na Krymie. A dzieje się tak, ponieważ od początku lat 90. nie została zakończona inwentaryzacja i wycenianie wartości obiektów oraz działek. Według "Dzerkała Tyżnia" umowa "o rozliczeniu za rozmieszczenie Floty Czarnomorskiej Rosji na Krymie wyznacza podstawowe parametry dzierżawy, ale ten dokument nie jest umową wynajmu".

"Rosja i Ukraina porozumiały się w sprawie inwentaryzacji majątku bazy w Sewastopolu, lecz proces ten wciąż nie został sfinalizowany. Moskwa blokuje go, nie dopuszczając ukraińskich ekspertów do obiektów lub nie uznając wyników inwentaryzacji" - napisał tygodnik cytowany przez Ośrodek Studiów Wschodnich.

Napięcia na Krymie stały się widoczne po ogłoszeniu niepodległości przez Ukrainę. Na półwyspie nasiliły się tendencje separatystyczne i uaktywniły ugrupowania prorosyjskie. Warto jednak pamiętać, że Krym zamieszkuje (według spisu z 2001 roku) licząca ponad 58 proc. większość rosyjska; Ukraińcy stanowią niespełna 25 proc. populacji, a krymscy Tatarzy - nieco ponad 12 proc.

We wtorek w Symferopolu przed parlamentem Autonomicznej Republiki Krymu zawisła rosyjska flaga państwowa; nasilają się wystąpienia prorosyjskich organizacji także w Sewastopolu. Flota Czarnomorska została postawiona w stan podwyższonej gotowości bojowej. Rosyjscy politycy ogłosili, że w razie czego Moskwa przyjdzie z pomocą rosyjskim obywatelom Ukrainy. "The Economist" przypomniał, że Rosja zaatakowała Gruzję w 2008 roku pod tym samym pretekstem; teraz posługując się tą samą retoryką może chcieć zagarnąć Krym.

Zdaniem Domagały scenariusz, w którym Kreml decyduje się na militarną interwencję na Krymie, jest jednak mało prawdopodobny, a wieści o mobilizacji floty, czy wysłaniu rosyjskich pojazdów opancerzonych na rogatki Sewastopola nie należy traktować jako zapowiedzi operacji wojskowej. "Należy pamiętać, że baza w Sewastopolu ma zapewniony (na mocy umowy) byt do 2047 roku. Niemniej nie można wykluczyć, że Rosja podjęłaby jakąś interwencję, gdyby w jakiś szczególny sposób zaczęto szykanować rosyjską ludność w tym regionie" - mówi ekspert.

Rosja nie musi się uciekać do działań wojennych - podkreśla Domagała. Presja ekonomiczna, którą może wywrzeć na Ukrainę, będzie i tak przemożna, a sianie zamętu wśród prorosyjskiej ludności na wschodzie i południu kraju jest proste - dodaje.

Środowy "Moskowskij Komsomolec" zamieścił tekst pod tytułem "Krym nie jest wart wojny". "Ten, który nie żałuje utraty przez Rosję Krymu, nie ma serca; ten, który chce go odzyskać, nie ma głowy" - napisał wielkonakładowy dziennik w podtytule. Jednocześnie dziennik wyraża pogląd, że Rosja powinna bronić wszelkimi sposobami "swoich słusznych interesów na Krymie, a także interesów tych mieszkańców Krymu, którzy uważają Rosję za swoją obrończynię".

Ośrodek Stratfor w opublikowanej we wtorek analizie na temat Ukrainy przewiduje, że nowe władze w Kijowie będą musiały uwzględnić interesy ludności ze wschodniej, prorosyjskiej części Ukrainy i zapewnić jej słuszną reprezentację. To zaś stworzy takie warunki brzegowe dla działania władz w Kijowie, że każdy prezydent stanie się z czasem "nowym (Wiktorem) Janukowyczem, tyle że sympatyczniejszym i bardziej fotogenicznym".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy