Reklama

Reklama

Ukraina: Tak wygląda granica, której nie ma

Władze mówią: Tu nie ma żadnej granicy. A mieszkańcy tzw. Donieckiej Republiki Ludowej czekają godzinami w skwarze, by dostać się do „macierzy”. Jak Olga z rocznym dzieckiem.

Lepki, gorący dzień w samym środku lata. Kolejka aut i ludzi z bagażami rozciąga się na polnej drodze w Zajcewie na północ od Doniecka na kilka kilometrów. Takie obrazy Ukraińcy znali do tej pory tylko z telewizyjnych doniesień nt. wojen czy klęsk żywiołowych. A właśnie tak wygląda teraz codzienność na linii demarkacyjnej między separatystycznym wschodem Ukrainy, a - jak mówią niektórzy - "macierzą".

Reklama

Choć granicy oficjalnie tu nie ma, to faktycznie istnieje. Przejście między terenami kontrolowanymi przez Kijów, a samozwańczymi republikami doniecką i ługańską, to w języku lokalnej biurokracji "militarny punkt wjazdowo-wyjazdowy". W Zagłębiu Donieckim są trzy takie miejsca.

W kolejce samochodowej od 2,5 godziny czeka młoda kobieta z rocznym dzieckiem. Olga - przedstawia się. Wszystko powinno iść sprawnie, bo to kolejka specjalna, dla rodzin z dziećmi i seniorów. Ale nie idzie. Dziecko źle się czuje i Olga zabiera je na pobocze do namiotu, w którym mieści się punkt pierwszej pomocy.

Namiot ustawili tu zaledwie kilka dni temu wolontariusze z organizacji Lekarze bez Granic. - Przychodzą do nas głównie rodzice z małymi dziećmi oraz ludzie starsi - mówi jeden z nich. Tylko dziś mieli trzy nagłe przypadki - ludzi z nadciśnieniem: - Ale jedyne, co możemy tutaj zaoferować, to pierwsza pomoc.

Poza punktem pierwszej pomocy jest tu kabina z wodą do picia i toaleta. Jedna, a to za mało na tylu czekających godzinami ludzi. Większość z nich jest więc zmuszona udać się na pobocze. - Rozumiemy, że dla obywateli jest to mało wygodne - przyznaje w rozmowie z Deutsche Welle Oleg Słobodian, rzecznik ukraińskich służb granicznych. - Ale trzeba zrozumieć, że tu właściwie nie ma żadnej granicy i odpowiedniej infrastruktury.

Mimo to dokumenty i bagaże są dziś sprawdzane jak na najprawdziwszej granicy. Wiz, co prawda, nie potrzeba, ale strona ukraińska wydaje swego rodzaju przepustki. Wnioskujący o nie muszą wyjaśnić, dlaczego chcą przekroczyć "granicę“. Do niedawna takie przepustki wydawano na papierze, a 7 lipca Służba Bezpieczeństwa Ukrainy wprowadziła je w formie elektronicznej. - Najważniejsze, że prawie nie ma przy tym korupcji - zapewnia Słobodian. Choć sprawdzić tego nie można. Faktem jest natomiast, że na czarnym rynku chodziły przepustki w formie papierowej.

W każdym razie po wprowadzeniu elektronicznych przepustek kolejki na przejściach nie zmalały. Władze podają, że linię demarkacyjną między Ukrainą a jej zbuntowanymi terytoriami przekracza tu dziennie do 700 samochodów i do 2 tys. osób. Mieszkańcy obszarów zajętych przez separatystów jeżdżą na teren kontrolowany przez Kijów, by wypłacać renty i emerytury oraz taniej robić zakupy. Produkty spożywcze i leki są w "macierzy" dwa-trzy razy tańsze niż w samozwańczych republikach ludowych.

Władze ukraińskie obiecują, że lepiej zaopatrzą te przejścia. W pobliżu "granicy" mają zostać otwarte nowe sklepy spożywcze i apteki. Mają pojawić się też bankomaty.

Wciąż nie wiadomo, czy dotrze tu transport publiczny, np. autobusy, które przekraczałyby "granicę". Dziś wiele osób zdanych jest na carpooling. Dla właścicieli aut to czysty interes. Za szybki przejazd przez przejście biorą - w przeliczeniu - ok. 10 euro. To niemal tyle, co koszt biletu na pociąg, którym można przejechać pół Ukrainy.

Jedni przeklinają te niedogodności i ceny, inni się z nimi godzą. Od ponad roku miliony Ukraińców żyją praktycznie w stanie wojennym - teraz przynajmniej się cieszą, że nie ma już tak dużo strzelania.

Inna Kuprijanowa, Donieck, tłum. Monika Margraf, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje