Reklama

Reklama

Dlaczego Ukraina straci Donbas?

Przyjmując założenie, że w 2008 roku w Gruzji Władimir Putin chciał w mniej lub bardziej zaplanowany sposób przetestować Zachód, możemy wysnuć dwa wnioski. Pierwszy, że czas trwania wojny z Ukrainą, liczba ofiar oraz koszty, które Kreml zdecydował się ponieść, nie powinny nastrajać optymistycznie nikogo, kto wciąż wierzy, że walka toczy się tylko o autonomię dla dwóch obwodów wschodniej Ukrainy i na tym się zakończy. Drugi natomiast, to fakt, że liderzy Zachodu niczego się nie nauczyli. Za prawie 7 lat ich naiwności rachunek wystawiony zostanie na początek ukraińskiemu społeczeństwu.

Jak stwierdza Judy Dempsey w komentarzu dla think tanku Carnegie Europe, sytuacja z Debalcewem pokazuje, że dyplomacja zawiodła, a Europejczycy zupełnie nie rozumieją konsekwencji utracenia integralności terytorialnej przez Ukrainę. Trudno się z tym nie zgodzić.

Groźby nowych sankcji przeciwko Rosji nie zmieniają bowiem prostego faktu, że od aneksji Krymu Kreml podważył cały fundament, na którym budowano ład międzynarodowy od upadku ZSRR. A właściwie od podpisania aktu końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie z 1975 roku, mówiącego m.in. o powstrzymywaniu się od użycia siły, nienaruszalności granic i integralności terytorialnej państw.

Reklama

Europa natomiast, firmując Mińsk-2, zaakceptowała praktyczne osiągnięcie nowego-starego rosyjskiego imperializmu - na razie jedynie w obrębie części Donbasu. Chyba że naprawdę ktoś jeszcze jest tak naiwny, że wierzy, iż po wstrzymaniu działań wojennych, jeżeli w ogóle do tego dojdzie, na terenach opanowanych przez wojska "rosyjsko-terrorystyczne", jak nazywa je ukraiński analityk Dmytro Tymczuk, uda się przeprowadzić wolne i demokratyczne wybory.

Kłamstwa i manipulacje Putina

Francja i Niemcy, które same wybrały się na przedstawicieli całej Europy, usilnie próbują nie dopuścić do eskalacji napięcia, rezygnując z podjęcia jakiegokolwiek ryzyka, wykorzystania argumentów siłowych. Wysiłek godny podziwu, jednak nie głów państw, biorących na siebie odpowiedzialność za losy regionu, a potencjalnie i kontynentu. Nie wspominając o tym, że ich postawa jest jednocześnie tłem i katalizatorem dalszych działań wojennych, w których ginie coraz większa liczba cywili, a która zdaje się być odporna na jakiekolwiek wnioski z wcześniejszych kłamstw, manipulacji, metod i polityki faktów dokonanych Putina. 

Warto też przytoczyć argument Dempsey o podwójnych standardach europejskich - z jednej strony na Ukrainie za wszelką cenę Europa chce trzymać się soft power, a w tym samym czasie kilka rządów dołącza się do koalicji pod przywództwem USA, mającej zbrojnie walczyć z zagrożeniem Państwa Islamskiego.

Jak tłumaczy niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen, Rosja jest już przez Berlin rozpatrywana jako zagrożenie, jednak wciąż można z nią rozmawiać, może być partnerem w negocjacjach. W przypadku dżihadystów i Państwa Islamskiego - nie ma z kim negocjować.

Trzeba przyznać, że jest to dosyć ciekawa konstrukcja logiczna. Co bowiem wynika z tego, że z rosyjskim prezydentem można rozmawiać, kiedy nie tylko nieustannie mówi on nieprawdę o rosyjskiej roli i zaangażowaniu w wydarzenia na Donbasie, to jeszcze nie wywiązał się z ani jednej swojej deklaracji? 

Zachód popełnia poważne błędy

Zachód popełnił i wciąż popełnia poważne błędy, zadowala się półśrodkami, deklaracjami, zapewnieniami, wolą fikcyjnego dialogu i spotkań przed kamerami. Tymczasem OBWE nie może od tygodni w pełni wykonywać swojej misji na Ukrainie nie tylko dlatego, że wspierani przez Rosję terroryści nie dopuszczają jej obserwatorów na terytorium działań wojennych, ale też dlatego, że organizacja nie dostała wystarczającej ilości i ludzi i sprzętu, aby móc być skuteczna. Jej ostrzeżenia i raporty z dramatycznej sytuacji cywili czy żołnierzy pozostają bez odpowiedzi w postaci zdecydowanej reakcji, więc nie ma co się dziwić, że nic sobie z obecności obserwatorów nie robią finansowani i uzbrojeni przez Kreml lokalni watażkowie. 

W ukraińskich mediach coraz szerzej dyskutowane są informacje od rosyjskich dziennikarzy wydania "Novaya Gazeta". Są oni w posiadaniu dokumentów, napisanych przez wysokich urzędników z otoczenia Putina, z których wynika, że jeszcze przed ucieczką Janukowycza ułożony został scenariusz wydarzeń na Ukrainie - od aneksji Krymu po aneksję wschodnich obwodów.

Wynikało to z dwóch czynników: 1) obawiano się, że Janukowycz się wyłamie i za cenę utrzymania się przy władzy będzie dążył do wyrwania się spod wpływów Kremla; 2) utracenie Ukrainy spowodowałoby dla Rosji nie tylko utratę ukraińskiego rynku zbytu surowców energetycznych, ale przede wszystkim kontroli nad systemem przesyłowym na jej terytorium, co uderzyłoby w pozycję Gazpromu w Europie Centralnej i Południowej. Obecne koszty działań wojennych i sankcji zdają się więc być chłodną kalkulacją Kremla. 

Plan przygotowany na lata

Co więcej, zajęcie Krymu i zwiększenie uprawnień dla regionów to tylko początek. Następnym krokiem będzie przystąpienie "wyzwolonych" regionów do Unii Celnej z Rosją, jako "niezależnych" podmiotów, a w dalszej kolejności nastąpi faktyczne przyłączenie tych terytoriów do FR. Wygląda to na plan przygotowany na lata, stąd i trudno oczekiwać, że obecne sankcje Zachodu w jakikolwiek sposób zmodyfikują stanowisko Putina, kiedy dzięki nieustannie rozbudowywanej machinie propagandowej wciąż ma 90% poparcia w kraju. 

Jeśli weźmiemy pod uwagę "polskie realia" i okres, podczas którego tajne dokumenty czy nagrania krążą w nieujawnianej dla opinii publicznej sferze, zanim zostaną upublicznione, można spokojnie założyć, że wywiady państw zachodnich również znały potencjalny scenariusz wydarzeń, a dzięki nim i decydenci, którzy działając opieszale lub ignorując fakty i ostrzeżenia, doprowadzili do obecnego status quo.

W tak trudnej i złożonej sytuacji jak obecnie nikt nie będzie szukał winnych, jednak to tylko kwestia czasu, niezależnie od rozwoju sytuacji, kiedy ponad 50 mln Ukraińców - w kraju i za granicą, zwłaszcza w USA i Kanadzie, zacznie to wszystko analizować. Zapewne przed nimi zajmie się tym z rozmachem rosyjska propaganda, kontynuując długą tradycję rozbijania jedności Zachodu.  

Ciekawą opinię wyraził Andrew Kornbluth na łamach "The Moscow Times": 

"Na bardziej podstawowym poziomie, Europejczycy nie wiedzą zbyt wiele o sobie nawzajem. Tak bardzo jak uwielbiają ośmieszać Amerykanów z powodu ich ignorancji odnośnie podstawowych faktów o Europie, są winni tego samego, jeżeli chodzi o ich własne sąsiedztwo.

Zapytajcie wykształconego Niemca, jak nazywa się urzędujący premier Polski i nie otrzymacie odpowiedzi w 9 na 10 przypadków. Bardzo niewiele państw Europy Zachodniej wie niewiele, jeśli w ogóle, odnośnie języka, kultury czy historii swoich wschodnich sąsiadów. Mimo to NATO zakłada, że wyślą one swoich żołnierzy, którzy będą walczyć o państwa, które są im obce. (...)

Jeżeli optymiści mają rację i pozwolenie na pochłonięcie Ukrainy [przez Rosję] jest ceną za "pokój w naszych czasach", to biorąc pod uwagę fakt braku zainteresowania opinii publicznej losem tego kraju, będzie to sukces kupiony bardzo tanio. Powinno to jednak dać Europejczykom chwilę na rozważenie faktu, że wymaga to tylko lekkiego klepnięcia w ramię jednego, nieobliczalnego człowieka - Putina - żeby domek z kart, którym jest zachodni system sojuszy, całkowicie zniszczyć".

Aneksja Krymu możliwa dzięki efektowi zaskoczenia

Aneksja Krymu była możliwa dzięki zamieszaniu wynikającemu z obalenia reżimu Janukowycza i - jak wskazują dostępne informacje - efektowi zaskoczenia. Sformalizowanie federalizacji niepodległego europejskiego państwa i przejęcie kontroli nad jego obwodami przez nielegalnie działające formacje zbrojne, przeszkolone, wyposażone i dowodzone przez Rosjan, innymi słowy - terrorystów, w szeregach których od początku walczą rosyjscy żołnierze ("ochotnicy", będący na urlopie), staje się możliwe dzięki naiwności przywódców dwóch najpotężniejszych państw Europy i kompletnej porażce biurokratycznego molocha, jakim jest Unia Europejska.

Ta ostatnia jest całkowicie niezdolna do wykorzystania skumulowanego potencjału gospodarczego swoich państw członkowskich i przekucia go w skuteczny instrument z zakresu hard power, który poza oczywiście czynnikiem militarnym, jako jedyny byłby w stanie wymusić na Putinie jakąkolwiek weryfikację prowadzonej przez niego polityki i zmusić do ustępstw.

Pyskówki z Rosjanami i brak pomysłów

W polityce zagranicznej nie są ważne motywy, idee i deklaracje. Liczy się bezpieczeństwo, strategia i skuteczność. Jeden z najpoważniejszych problemów Unii Europejskiej to dysonans między oficjalną nowomową biurokratyczno-ideologiczną a rzeczywistością.

Unia formalnie reprezentuje interesy wszystkich państw,  a najpotężniejsi gracze zabiegają o realizację przede wszystkim własnych celów. Nie chodzi też bynajmniej w stosunkach międzynarodowych o to, kto będzie bardziej moralnie oburzony czy kto ma rację. Jednak biorąc pod uwagę brak pomysłów i bierność chociażby premiera czy prezydenta Polski w kwestiach ukraińskich, naszemu ministrowi spraw zagranicznych, bez szeroko zakrojonego wsparcia instytucjonalnego i politycznego, zostają już tylko pyskówki z Rosjanami o interpretacje historii czy własne racje, heroicznie bronione przez różnych komentatorów, jednak pozostające marnym substytutem realnych działań czy osiągnięć na odcinku wschodnim.  

Jeżeli wyjść więc z założenia, że dla mocarstw priorytetowa jest realizacja własnych interesów, to wciąż pozostaje pytanie - czy aby na pewno "reprezentujące" Unię Europejską Niemcy prawidłowo owe interesy zdefiniowały?

Ewidentnym bowiem wydaje się fakt, że prowadzona przez Berlin (ale nie tylko) polityka zakłada, że integralność terytorialna państwa ukraińskiego i agresywna polityka faktów dokonanych Federacji Rosyjskiej nie mają priorytetowego znaczenia dla własnego bezpieczeństwa. Nie wymagają też podjęcia bardziej zdecydowanych kroków, podniesienia kosztów kolizyjnej i imperialnej polityki dla drugiej strony czy po prostu - postawienia jasno i zdecydowanie nieprzekraczalnej granicy. Taką diagnozę potwierdza też niezwykle powolna ewolucja własnego stanowiska i założeń strategicznych, a przede wszystkim dobór metod i narzędzi polityki zagranicznej.  

"Jeszcze 3 rozejmy i będziemy pod polską granicą"

Martwić może to, że współcześni liderzy idą śladami swoich poprzedników sprzed II wojny światowej, i tak bardzo próbują wprowadzić pokój za wszelką cenę, że tracą z pola widzenia szerszą perspektywę, nie dostrzegając, że już od dawna, wskutek własnych błędów, wcale nie walczą obecnie o realne, długoterminowe lub całkowite rozwiązanie konfliktu, tylko o jego "zamrożenie", odłożenie trudnych decyzji w czasie.

Bardziej jednak martwiące jest to, że procesy ewolucji politycznej Zachodu, wzmacniane na różnych odcinkach przez rosyjskich propagandystów i agentów wpływu, całkowicie niemal zredukowały instynkty samozachowawcze liderów Europy. Jak bowiem można wciąż zakładać, znając cele Kremla, do których realizacji dąży ze znacznie większą skutecznością i determinacją, że jest on dalej wiarygodnym "partnerem", z którym wciąż jest szansa na porozumienie na zasadzie wymiany argumentów przy kawie? 

Można zaryzykować twierdzenie, że już teraz jest o jedno nic nie warte porozumienie o zawieszeniu broni za dużo. Struktury UE, zamiast zastanawiać się, jak bardzo nie wspierać finansowo Ukrainy jako państwa członkowskiego, powinny chyba bardziej myśleć o tym, jak bardzo nie chcą mieć u swoich granic Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Jak głosi podpis pod jedną z grafik, krążącą w mediach społecznościowych, przedstawiającą rozbawionego Putina z Miedwiediewem: "Jeszcze 3 rozejmy i będziemy pod polską granicą". A jeżeli by się to udało, to co dalej? Łotewska, litewska czy estońska "republika ludowa"? 

Dr Adam Lelonek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy