Reklama

Reklama

Zamach w Paryżu

"Sami byliście ofiarami zamachu terrorystycznego"

Francuski prezydent Francois Hollande wezwał sekretarza stanu USA Johna Kerry'ego, by "wspólnie znaleźć konieczne odpowiedzi" po atakach dżiadystów.

"Sami byliście ofiarami zamachu terrorystycznego 11 września 2001 r." i "dobrze wiecie, co to może oznaczać dla kraju. Dlatego też  razem musimy znaleźć konieczne odpowiedzi, co jest istotą naszego dzisiejszego spotkania, nie wspominając już o przyjaźni, której jest ono dowodem" - oświadczył Hollande.

"Dzielimy ból" z narodem francuskim - powiedział szef amerykańskiej dyplomacji, składając kondolencje Francuzom. Kerry - z opóźnieniem jak zauważa agencja AFP - przybył do Paryża, żeby oddać hołd ofiarom zamachów. AFP dodaje, że wcześniej Hollande i Kerry gorąco uścisnęli się przed Pałacem Elizejskim.

Reklama

Sekretarz stanu USA podkreślił, że zjednoczenie się francuskiego narodu po zamachach było "wielką lekcją dla całego świata". "Po raz kolejny Francja ze swym zaangażowaniem na rzecz wolności oraz swym oddaniem ideałom przekazała światu przesłanie" - dodał. "Nasze serca są z wami i chciałem się tym z wami podzielić osobiście" - wskazał.

Wcześniej podczas spotkania z szefem francuskiego MSZ Laurentem Fabiusem Kerry tłumaczył, że nie mógł w niedzielę przybyć na "marsz republiki" przeciwko terroryzmowi w Paryżu, gdyż był w podróży zagranicznej, w Bułgarii i w Indiach.

Administracja prezydenta Baracka Obamy została ostro skrytykowana przez część amerykańskich mediów za niewysłanie wysokiego rangą przedstawiciela na niedzielny marsz. W demonstracji wzięło udział ponad milion ludzi oraz około 50 przywódców europejskich, w tym kanclerz Niemiec Angela Merkel, premier Wielkiej Brytanii David Cameron, przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i polska premier Ewa Kopacz.

W poniedziałek Biały Dom przyznał, że błędem było niewysłanie na marsz którejś z wyższych rangą osobistości. Rzecznik Białego Domu Josh Earnest zapewniał, że choć Waszyngton nie wysłał nikogo takiego, nie powinno być żadnych wątpliwości, iż więzi USA z Francją są mocne. Nie powiedział jednak, co legło u podstaw decyzji, by Stany Zjednoczone reprezentowała na marszu w Paryżu tylko ambasador. Sugerował, że mogło chodzić o skomplikowane procedury bezpieczeństwa związane z podróżami prezydenckimi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje