Reklama

Reklama

Zamach w Berlinie ujawnia pewne luki w systemie walki z terroryzmem

Zamach w Berlinie, o który podejrzany jest 24-letni Tunezyjczyk Anis Amri, ujawnia luki w międzynarodowej współpracy na polu walki z terroryzmem i pewną bezradność Europy wobec mechanizmów, które pozwalają "profesjonalnym" terrorystom na werbowanie morderców.

Amri w wieku 18 lat, w marcu 2011 roku - właśnie rozpoczęła się arabska wiosna - opuścił nielegalnie Tunezję i dotarł na tratwie, jak tysiące innych, na  włoską wyspę Lampedusę, najbliższą afrykańskich wybrzeży. Zarejestrował się jako nieletni - podały w czwartek włoskie media.

Jednak MSW i Ministerstwo Sprawiedliwości w Rzymie, a także prokuratura nie miały nic do powiedzenia pytającym o niego dziennikarzom - pisze z Rzymu AFP.

Agencja Reuters jako datę przybycia Amriego na Lampedusę podaje luty 2011 roku.

Według agencji synowie kilku rodzin zamieszkałych w małym miasteczku tunezyjskim Oueslatia, leżącym niedaleko historycznego ośrodka religijnego islamu, Kairuanu, w 2014 roku opuścili Tunezję, przyłączyli się do bojowników Państwa Islamskiego i zginęli w Syrii, Iraku i Libii.

Reklama

Rodzina Anisa Amriego, do której dotarł dziennikarz AFP, żyje w biedzie i jest wstrząśnięta tym, co się wydarzyło.

"Anis żył jak wszyscy młodzi tutaj: Pił, nie modlił się"

"Anis - przytacza dziennikarz AFP słowa jego kuzyna, Walida - wyjechał, aby uciec od nędzy. Nie miał w Tunezji żadnej przyszłości i za wszelką cenę chciał pomóc rodzinie pogrążonej w biedzie, jak większość mieszkańców naszego miasteczka".

"Żył jak wszyscy młodzi tutaj: pił, nie modlił się, nie robił w ogóle nic" - mówi Walid.

Krewni prawdopodobnego sprawcy zamachu w Berlinie skłonni są przypisywać zmiany, jakie zaszły w umyśle Anisa Amriego, pobytowi we włoskich więzieniach wraz z osadzonymi z miejscowych organizacji przestępczych.

W marcu 2011 roku młody imigrant znalazł się w ośrodku dla nieletnich uchodźców w Belpasso w prowincji Katania na wschodnim wybrzeżu Sycylii, ponieważ zataił, że jest pełnoletni, podając, że ma 17 lat. Zapisał się do szkoły, do której uczęszczał przez parę miesięcy, aż wykryto jego prawdziwy wiek.

Kilka miesięcy później, 24 października 2011 roku, został zatrzymany wraz z trzema rodakami za podpalenie szkoły, z której go wcześniej wydalono. Otrzymał wyrok czterech lat więzienia - informuje włoski dziennik "Corriere della Sera".

"Tunezja nie spieszyła się, aby odzyskać swego obywatela"

Zaczął odbywać karę w Katanii, potem przeszedł przez kilka innych sycylijskich więzień, a z zakładu karnego w Palermo został przedterminowo zwolniony za nienaganne sprawowanie. Tunezja nie spieszyła się jednak, aby odzyskać swego obywatela, gdy władze włoskie próbowały go skłonić do powrotu do ojczyzny.

Dziennik kończy tekst na jego temat refleksją dotyczącą wpływu pobytu młodego Tunezyjczyka we włoskich więzieniach: "Czyżby tam właśnie Anis Amri tak się ostatecznie zradykalizował?".

Do Niemiec dotarł wraz z falą uchodźców przez Badenię-Wirtembergię w lipcu 2015 roku i starał się zalegalizować swój pobyt, pracując w gospodarstwach rolnych.

W czerwcu 2016 roku otrzymał odmowną odpowiedź na prośbę o azyl.

Amri posługiwał się sześcioma tożsamościami

W tym momencie rozpoczął się proces jego wydalenia z Niemiec. Nie zdołano go przeprowadzić z powodu braku współpracy ze strony władz tunezyjskich, które początkowo zaprzeczały, że jest obywatelem tego kraju. Dokumenty niezbędne do tego, aby mógł być wydalony, przysłały do Niemiec dopiero dwa dni po zamachu dokonanym prawdopodobnie przez Amriego.

Europejski nakaz aresztowania podaje, że Amri posługiwał się sześcioma tożsamościami: używał trzech różnych imion i pięciu nazwisk. Podawał pięć dat urodzenia i trzy narodowości - tunezyjską, egipską i libańską.

Według niemieckich mediów, w tym roku przeniósł się do Berlina, gdzie mieszkał przez większość czasu, aż do dnia ataku na uczestników świątecznego jarmarku. Kilkakrotnie jeździł do Nadrenii Północnej-Westfalii, gdzie nawiązał kontakty ze środowiskiem salafitów.

Jego ruchy śledziło kilka niemieckich tajnych służb. Zakwalifikowały go jako "niebezpieczny element", ale na liście takich osób w 80-milionowym kraju znajduje się 549 nazwisk. Służby śledziły Amriego od marca do września tego roku, ale - jak już informowały miejscowe władze - zaniechano tego, ponieważ podejrzenia nie znalazły wtedy potwierdzenia.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje