Reklama

Reklama

Sprawca zamachu w Berlinie zastrzelony w Mediolanie

Źródła bezpieczeństwa podały, że podejrzany o dokonanie zamachu na jarmarku w Berlinie zginął w strzelaninie w Mediolanie w północnych Włoszech. Poinformowała o tym Agencja Reutera. Szef włoskiego MSW Marco Minniti potwierdził, że zastrzelony mężczyzna to "bez cienia wątpliwości" Anis Amri, minister poinformował też o okolicznościach tego zdarzenia.

Policjanci, którzy w piątek zastrzelili pod Mediolanem Tunezyjczyka podejrzanego o dokonanie zamachu terrorystycznego w Berlinie, nie wiedzieli, że mógł się on znajdować w ich mieście - powiedział szef mediolańskiej policji Antonio De Iesu.

Reklama

- Dzisiejszej nocy pod Mediolanem podczas rutynowej kontroli zatrzymana została osoba, która zachowywała się w sposób podejrzany. Podczas zatrzymania mężczyzna strzelił do agenta policji. Na szczęście obrażenia, jakich doznał policjant, nie zagrażają jego życiu. - poinformował podczas konferencji prasowej Marco Minniti, włoski minister spraw wewnętrznych.

Minister dodał, że mężczyzna, który napadł na włoski patrol, został zabity. - Osoba zastrzelona okazała się bez cienia wątpliwości Anisem Amrim, głównym podejrzanym o poniedziałkowy zamach w Berlinie - zaznaczył Minniti.

Rzecznik MSW Niemiec Tobias Plate powiedział z kolei, że strona niemiecka nie otrzymała jeszcze od władz włoskich urzędowego potwierdzenia, iż zastrzelona w Mediolanie osoba jest poszukiwanym Anisem Amrim.

Plate powiedział, że oficer łącznikowy Federalnego Urzędu Kryminalnego BKA w Rzymie został poinformowany przez włoskich przedstawicieli, że poszukiwany w związku z zamachem w Berlinie został zastrzelony i zidentyfikowany.

- To nie jest jeszcze urzędowe potwierdzenie. Proszę o trochę cierpliwości - dodał rzecznik. - Napływające informacje utwierdzają nas w przekonaniu, że chodzi o (poszukiwaną) osobę - podkreślił. Jeśli to się potwierdzi, to MSW odczuwa wielką ulgę, że zagrożenie zostało zlikwidowane - dodał Plate.

Niemiecki MSZ podziękował Włochom za dobrą współpracę i wymianę informacji.

Włoski minister spraw wewnętrznych oświadczył również, że obowiązujący we Włoszech stan podwyższonych środków bezpieczeństwa i wzmocnionych kontroli pozwala na natychmiastową identyfikację i "neutralizację" uciekającego osobnika, który dostaje się na terytorium kraju.

"To oznacza, że system bezpieczeństwa działa"

- Pozwólcie mi podziękować włoskiej policji za nadzwyczajna pracę, którą codziennie wykonuje. Akcja mediolańskich funkcjonariuszy jest dowodem na to, że system działa poprawnie i jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo obywatelom - podkreślił włoski minister.

Jak podaje dziennik "Corriere della Sera" w swoim mediolańskim wydaniu, domniemany terrorysta miał zginąć w strzelaninie około godz. 3. w nocy z czwartku na piątek na placu przed stacją metra Primo Maggio w dzielnicy Sesto San Giovanni na północnym wschodzie Mediolanu. Dziennikarze podają, że mężczyzna został zatrzymany przez policję do rutynowej kontroli. Kiedy funkcjonariusze poprosili go o dokumenty, miał  wyciągnąć z torby pistolet i zacząć krzyczeć "Allahu Akbar!". Strzelił do policjantów, raniąc jednego w ramię. Później próbował uciekać, ale policjanci odpowiedzieli ogniem i zabili  napastnika na miejscu.

Z kolei agencja prasowa Ansa podała powołując się źródła w oddziałach policji do walki z terroryzmem, że Amri przyjechał do Włoch z Francji. Przybył najpierw do Turynu, na północy kraju, i tam wsiadł do pociągu do Mediolanu, gdzie dotarł około 1 w nocy z czwartku na piątek. Z dworca głównego w stolicy Lombardii pojechał do Sesto San Giovanni; tam zatrzymał go patrol policji do kontroli.

Zamach w Berlinie

19 grudnia uprowadzona została ciężarówka, należąca do polskiej firmy przewozowej. Sprawca wjechał w jarmark świąteczny na berlińskim Breitscheidplatz, zabijając 12 osób i raniąc 48. W szoferce policja znalazła ciało z ranami postrzałowymi 37-letniego Polaka, kierowcy ciężarówki. Służby podały, że pod siedzeniem kierowcy znaleziono dokumenty należące do Anisa Amriego.

Za pomoc w ujęciu urodzonego w Tunezji 24-latka niemiecka federalna prokuratura generalna wyznaczyła nagrodę do 100 tysięcy euro.

Historia Anisa Amriego

W marcu 2011 roku młody imigrant znalazł się w ośrodku dla nieletnich uchodźców w Belpasso w prowincji Katania na wschodnim wybrzeżu Sycylii, ponieważ zataił, że jest pełnoletni, podając, że ma 17 lat. Zapisał się do szkoły, do której uczęszczał przez parę miesięcy, aż wykryto jego prawdziwy wiek.

Kilka miesięcy później, 24 października 2011 roku, został zatrzymany wraz z trzema rodakami za podpalenie szkoły, z której go wcześniej wydalono. Otrzymał wyrok czterech lat więzienia - informuje włoski dziennik "Corriere della Sera".

Zaczął odbywać karę w Katanii, potem przeszedł przez kilka innych sycylijskich więzień, a z zakładu karnego w Palermo został przedterminowo zwolniony za nienaganne sprawowanie. Tunezja nie spieszyła się jednak, aby odzyskać swego obywatela, gdy władze włoskie próbowały go do skłonić do powrotu do ojczyzny.

Dziennik kończy tekst na jego temat refleksją dotyczącą wpływu pobytu młodego Tunezyjczyka we włoskich więzieniach: "Czyżby tam właśnie Anis Amri tak się ostatecznie zradykalizował?".

Do Niemiec dotarł wraz z falą uchodźców przez Badenię-Wirtembergię w lipcu 2015 roku i starał się zalegalizować swój pobyt, pracując w gospodarstwach rolnych.

W czerwcu 2016 roku otrzymał odmowną odpowiedź na prośbę o azyl.

W tym momencie rozpoczął się proces jego wydalenia z Niemiec. Nie zdołano go przeprowadzić z powodu braku współpracy ze strony władz tunezyjskich, które początkowo zaprzeczały, że jest obywatelem tego kraju. Dokumenty niezbędne do tego, aby mógł być wydalony, przysłały do Niemiec dopiero dwa dni po zamachu dokonanym prawdopodobnie przez Amriego.

Europejski nakaz aresztowania podaje, że Amri posługiwał się sześcioma tożsamościami: używał trzech różnych imion i pięciu nazwisk. Podawał pięć dat urodzenia i trzy narodowości - tunezyjską, egipską i libańską.

Według niemieckich mediów, w tym roku przeniósł się do Berlina, gdzie mieszkał przez większość czasu, aż do dnia ataku na uczestników świątecznego jarmarku. Kilkakrotnie jeździł do Nadrenii Północnej-Westfalii, gdzie nawiązał kontakty ze środowiskiem salafitów.

Jego ruchy śledziło kilka niemieckich tajnych służb. Zakwalifikowały go jako "niebezpieczny element", ale na liście takich osób w 80-milionowym kraju znajduje się 549 nazwisk. Służby śledziły Amriego od marca do września tego roku, ale - jak już informowały miejscowe władze - zaniechano tego, ponieważ podejrzenia nie znalazły wtedy potwierdzenia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy