Reklama

Reklama

​USA: Cztery lata Donalda Trumpa. Kadencja chaosu

Donald Trump /AFP

Prezydentura republikańskiego przedsiębiorcy i telewizyjnego celebryty zachwyciła jego zwolenników i zatrwożyła przeciwników. Były to cztery lata chaosu decyzyjnego, kadrowego, a także, a może przede wszystkim, geopolitycznego. Same klęski? Niekoniecznie. Większość Amerykanów - mimo epidemii - uważa, że żyje im się lepiej niż cztery lata temu.

Nie ma ręki do ludzi Donald Trump i jest to ta korzystniejsza dla niego interpretacja.

Reklama

Współpracownicy z najbliższego otoczenia z czasów kampanii wyborczej okazali się grupą kryminalistów:

Paul Manafort, były szef sztabu Trumpa, został skazany za oszustwa podatkowe, bankowe, pranie brudnych pieniędzy, nielegalny lobbing, wpływanie na świadków. Jego zastępca Rick Gates przyznał się do konspiracji przeciw Stanom Zjednoczonym i okłamywania śledczych. Osobistego prawnika prezydenta, Michaela Cohena, skazano za nielegalne opłacanie milczenia kobiet twierdzących, że miały romans z Trumpem, a także za składanie fałszywych zeznań. Roger Stone, ekscentryczny doradca Trumpa i innych republikańskich prezydentów, został z kolei skazany za składanie fałszywych zeznań dot. rosyjskiej ingerencji w wybory z 2016 roku, obstrukcję śledztwa i zastraszanie świadka. Inny doradca Trumpa, George Papadopoulos, przyznał się do okłamywania śledczych FBI w sprawie swoich kontaktów z rosyjskimi urzędnikami.

Sprawy kolejnych osób z najbliższego otoczenia Trumpa z okolic 2016 roku są w toku: Steven Bannon, były główny strateg Białego Domu, jest oskarżony o defraudację pieniędzy na budowę muru na granicy z Meksykiem. Generał Michael Flynn, były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, przyznał się do okłamania FBI w sprawie swoich kontaktów z rosyjskim ambasadorem, teraz twierdzi, że FBI go "wrobiło" - sprawa trafiła do sądu apelacyjnego.

W gronie umoczonych ludzi Trumpa pomija się już pedofila George'a Nadera - dlatego że był doradcą nieformalnym.

Część tych spraw to pokłosie śledztwa prokuratora specjalnego Roberta Muellera w sprawie rosyjskiej ingerencji w wybory z 2016 roku. Po zakończeniu dochodzenia powstał obszerny raport. W jego konkluzjach nie stwierdzono wprost, że Trump popełnił przestępstwo, a wszczęta przez demokratów procedura impeachmentu zakończyła się uniewinnieniem prezydenta.

Obrotowe drzwi w Białym Domu

Tymczasem w Białym Domu niczym perpetuum mobile kręciły się obrotowe drzwi, przez które przechodzili zatrudniani i zwalniani przez Donalda Trumpa urzędnicy.

Żaden inny prezydent nie zafundował amerykańskiej administracji takiej karuzeli nazwisk na najwyższych szczeblach. Co kogoś zatrudniał, to zaraz popadał z nim w konflikt.

Z Białym Domem pożegnało się około 70 zatrudnionych przez Trumpa najważniejszych urzędników. Mówimy teraz o stanowiskach typu sekretarz stanu, szef personelu prezydenta czy prokurator generalny. Licząc wiceszefów czy dyrektorów rozmaitych departamentów, możemy mówić już o setkach zwolnień. I, podkreślmy, nie chodzi o pracowników z czasów poprzednich administracji.

Donald Trump, żegnając się z wcześniejszymi nominatami, nie miał dla nich ciepłych słów.

O sekretarzu stanu Rexie Tillersonie: "Jest głupszy niż kamień". O prokuratorze generalnym Jeffie Sessionsie: "Był katastrofalny. Nie miał kwalifikacji. Nie był mentalnie przygotowany". O głównym strategu Stevie Bannonie: "Rozlazły Steve płakał, kiedy go zwalniałem i błagał o pracę. Teraz prawie wszyscy go wyrzucają jak psa. Niedobrze!". Metafora psa powróciła w kontekście zwolnionej Omarosy Newman, dyrektorki ds. komunikacji jednego z departamentów: "Kiedy dajesz pracę w Białym Domu ześwirowanej, zapłakanej 'patolce'... po prostu nie wyszło. Dobrze że generał Kelly szybko zwolnił tego psa". Jednak i generał John F. Kelly, szef personelu Białego Domu, szybko popadł w niełaskę, podobnie jak inne osoby na tym stanowisku. "Nie radził sobie z presją, nie był w stanie normalnie funkcjonować" - ocenił Kelly’ego Trump. I tak o niemal każdej kolejnej osobie.

Kapryśność przywódcy wyrażała się nie tylko w kadrach. Nałożyła się również na jego obietnice wyborcze - dotyczące podważenia niekorzystnych, według niego, dla USA umów - i spowodowała wywrócenie dotychczasowej geopolityki do góry nogami. Trump z nieskrywaną radością wypowiedział porozumienie paryskie (klimatyczne), porozumienie nuklearne z Iranem, umowę NAFTA o wolnym handlu z Meksykiem i Kanadą, publicznie kwestionował artykuł piąty traktatu północnoatlantyckiego, wypowiedział wojnę handlową Chinom, zadecydował o porzuceniu Kurdów w obliczu tureckiej ofensywy w Syrii ("Nie pomogli nam w czasie II wojny światowej. Nie pomogli nam na przykład w Normandii" - oświadczył Trump).

Część powyższego to spełnienie obietnic wyborczych, a część to "poryw serca". Emocjonalność Trumpa wykorzystywali zagraniczni przywódcy, którzy starali się go wziąć "pod włos". Prowadziło to do tego, że Trump zaczął prowadzić swoją politykę zagraniczną, a Departament Stanu swoją - będącą kontynuacją dotychczasowej.

Widać to było zwłaszcza w stosunku do autorytarnych reżimów. Tutaj rozdźwięk był najbardziej widoczny. Mówiąc wprost, Donald Trump nie mógł się nachwalić autorytarnych przywódców.

"Jest bystry, kocha swój naród i kocha swój kraj. Chce wielu dobrych rzeczy". "Jest osobą, którą bardzo dobrze znam i bardzo szanuję". "Napisał do mnie piękne listy, to są świetne listy. Zakochaliśmy się w sobie". To wszystko fragmenty trzech różnych wypowiedzi na temat jednego człowieka - przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Una.

Donald Trump bardzo polubił się także z tureckim przywódcą Recepem Tayyipem Erdoganem. "To zaszczyt być tutaj z moim przyjacielem, z kimś, kto stał mi się bardzo bliski, i kto w wielu aspektach wykonuje bardzo dobrą pracę" - mówił w 2019 roku.

Ciepłe słowa dla Una, Erdogana czy Putina często idą w parze z krytyką sojuszników. "Rujnuje Niemcy" - tak ocenił choćby pracę Angeli Merkel. I regularnie krytykował niemieckie władze za niewystarczający wkład w budżet NATO.

Mijanki z prawdą

Krytycy Donalda Trumpa, zwłaszcza gospodarze wieczornych programów telewizyjnych, lubują się w wytykaniu Trumpowi wpadek i kłamstw. Tak, Donald Trump ma wręcz patologiczną skłonność do mijania się z prawdą.

"Miałem największą widownię w historii mów inauguracyjnych" - chwalił się w styczniu 2016 roku, odnośnie danych dotyczących telewizyjnej oglądalności. W rzeczywistości widownia ta była o 19 proc. mniejsza w stosunku do zaprzysiężenia Baracka Obamy w 2009 roku.

"Odniosłem najwyższe zwycięstwo na Kolegium Elektorów od czasów Ronalda Reagana" - mówił miesiąc później. Nie mógł być dalej od prawdy - jego poprzednicy (Obama, Bush junior, Clinton, Bush senior) uzyskali więcej głosów elektorskich od niego.

Cztery lata później nic się nie zmieniło. Trump nadal konfabulował. "Mamy najniższy współczynnik śmiertelności COVID-19 na świecie" - oświadczył w Fox News. Gdy wypowiadał te słowa, USA miały, według oficjalnych danych, siódmy najwyższy współczynnik śmiertelności. Z covidem zresztą Trump walczył w swoim stylu - konfliktując się z dyrektorem Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych, doktorem Anthonym Faucim (nazwał go "katastrofą", a innych epidemiologów "idiotami"). A we wspomnianym wywiadzie dla Fox News Trump stwierdził przy okazji, że jego konkurent Joe Biden w swoim programie zawarł wstrzymanie finansowania policji. Nic takiego tam nie było.

Każdego dnia prezydent USA wygłasza po kilkadziesiąt nieprawdziwych stwierdzeń. Nie chodzi o ich ocenę - czy się z nimi zgadzamy, czy nie - one są po prostu nieprawdziwe.

Po części wynika to z ograniczonych horyzontów prezydenta - nie ma on głębokiej wiedzy o gospodarce, historii czy geopolityce. Jego wiedza jest powierzchowna, telewizyjna, a przede wszystkim - intuicyjna. Dziennikarze Michael Wolff czy Bob Woodward pisali w swoich książkach, na podstawie rozmów z pracownikami administracji, o deficycie uwagi Donalda Trumpa. Według tych relacji prezydent nie czyta długich dokumentów, łatwo się rozprasza, lubi efektowne tezy, stroni od materii bardziej skomplikowanej. I ma to później przełożenie na jego działania.

Trochę komedii

W tym kontekście już na drugi plan schodzi to, że Donald Trump wypowiada się często w sposób koślawy, komiczny wręcz. W maju w ten sposób informował o wyniku testu na koronawirusa:

"Mój test wypadł bardzo pozytywnie. W innym sensie. To znaczy zostałem przetestowany pozytywnie w stronę negatywnego. Mój test był perfekcyjny, co oznacza, że był negatywny. Ale tak się mówi. Pozytywny w stronę negatywnego" - wywodził.

A atakując zdolności poznawcze Joe Bidena (który skądinąd też ikoną koherencji nie jest), nie omieszkał pochwalić się, że sam przeszedł test w tym kierunku i że wypadł on brawurowo:

"Ostatnie pytania są najtrudniejsze, to jak pytania o pamięć. Pięć słów: osoba, kobieta, mężczyzna, kamera, telewizja. I mówią: 'czy może pan to powtórzyć'? A ja na to: 'tak'. Więc mówię: 'osoba, kobieta, mężczyzna, kamera, telewizja'. Za prawidłową kolejność są dodatkowe punkty. (...) Po 10, 15, 20 minutach każą to powtórzyć. I wtedy: osoba, kobieta, mężczyzna, kamera, telewizja. Powiedzieli, że nikomu się nie udaje we właściwej kolejności. To nie takie proste, ale dla mnie to było proste" - podkreślił prezydent Stanów Zjednoczonych.


Przywrócił godność

Ale akurat ten aspekt tylko przydaje mu wiarygodności w elektoracie. Potwierdza, że on nie jest jak inni, skrojeni według jednego wzoru politycy ze swoim nudnym bla, bla, bla. Republikańscy wyborcy uwielbiają naturalność Trumpa, z tymi wszystkimi wpadkami, a szyderstwa waszyngtońskich czy też hollywoodzkich elit utwierdzają ich w powziętym w 2015 roku przekonaniu, iż jest on kandydatem antysystemowym.

Donald Trump daje poczucie wyborcom ze środkowych stanów, białym mężczyznom w średnim, starszo-średnim i zaawansowanym wieku, że nie są gorsi. Że te elity, które mają ich za nieokrzesanych rasistów i homofobów, nienawidzą również jego. Wielotysięczne wiece Donalda Trumpa to jeden wielki środkowy palec wyciągnięty w ich stronę. I nie zmienia tego legislacyjna praktyka jego rządów, sprzyjająca bardziej wielkiemu biznesowi niż pracownikom. Liczą się emocje, właśnie poczucie godności.

Demokraci natomiast nie potrafią odzyskać białej klasy robotniczej, a często nawet nie próbują, koncentrując się na elektoracie z obu wybrzeży i na mniejszościach.

Nie tylko wyborcy. Partia murem za Trumpem

W 2015 roku wiele się mówiło o wzajemnej niechęci między republikańskimi liderami a w gorącej wodzie kąpanym celebrytą, który postanowił zostać prezydentem.

Z czasem jednak te stosunki się ocieplały. Nie na poziomie międzyludzkim, tylko na poziomie czysto politycznym. Po pierwsze, republikański elektorat swojego prezydenta uwielbia. Zatem ktokolwiek by się otwarcie z Trumpem skonfliktował, ten popadłby w niełaskę wyborców.

Po drugie, Trump okazał się dla republikanów wielką szansą na realizację postulatów, na kształtowanie kraju według własnej wizji. Zwłaszcza gdy na początku kadencji mieli wszystko: Izbę Reprezentantów, Senat, Biały Dom.

Nie udało się wprawdzie całkowicie obalić Obamacare, systemu opieki zdrowotnej wprowadzonego przez poprzednika. Jednak wielką obniżkę podatków już republikanie zdołali przeprowadzić. Sprzedawano ją jako głęboki ukłon w kierunku ciężko pracujących Amerykanów, jednak najwięcej zyskał tzw. jeden procent (najbogatszych). W ustawie przemycono takie rozwiązania jak podatkowe ulgi dla posiadaczy prywatnych odrzutowców, pól golfowych czy winiarni. Projekt zakładał również stopniowe wygaszanie podatku spadkowego. No i podatek korporacyjny spadł z 35 do 20 proc.

Jednak największym wkładem Donalda Trumpa w konserwatywną wizję Ameryki jest skuteczne nominowanie aż trzech sędziów Sądu Najwyższego, którzy swoją funkcję pełnią dożywotnio: Neila Gorsucha, Bretta Kavanaugha, Amy Coney Barrett. To bardzo cenieni i gorąco rekomendowani przez konserwatywne środowiska kandydaci. Dzięki nim konserwatyści mają największą przewagę w SN (sześć do trzech) od dekad. Republikańscy politycy są przekonani, że dla takiego składu SN warto było znosić wybryki prezydenta. I to właśnie SN może niebawem zdelegalizować Obamacare, uznając, że jest on sprzeczny z zasadami wolności, w tym wolności gospodarczej.

Co z tym murem?

A czy wyborcy mają prawo być zadowoleni z kadencji Trumpa z perspektywy kampanijnych obietnic?

Z całą pewnością prezydent zgodnie z nimi obniżył podatki, a także zakwestionował wolny handel w obecnym kształcie. Nie da się jednoznacznie ocenić skutków tego kroku, ponieważ nowy handlowy ład wciąż się kształtuje, a pandemia mocno tym procesem wstrząsnęła.

Drugą, dużo bardziej nośną obietnicą było wybudowanie muru na granicy z Meksykiem. Można nawet powiedzieć, że był to motyw przewodni jego kampanii wyborczej.

W 2015 roku Donald Trump zapowiadał tysiąc mil (1609 km) betonowego muru powstrzymującego nielegalną imigrację i przemyt narkotyków z Meksyku.

Po czterech latach prezydentury administracja chwali się 371 milami (597 km) ogrodzenia (już nie ma mowy o betonie). Z tego tylko 30 mil (48 km) to nowe zabudowania, reszta to wzmocnienie dotychczasowych barier.

"Dodajemy 10 mil każdego tygodnia. Mur jest prawie gotowy" - oświadczył w sierpniu prezydent. W kampanii zapowiadał, że za mur zapłaci Meksyk. Tak się jednak nie stało.

Gospodarka sukcesem Trumpa?

Trudno oceniać wskaźniki gospodarcze, gdy nastąpiła tak gigantyczna anomalia jak światowa pandemia koronawirusa.

Jednak warto podkreślić, że już we wrześniu tego roku, a więc w trakcie pandemii, 56 proc. zarejestrowanych wyborców oceniło, że żyje im się lepiej niż cztery lata temu, a 32 proc. wygłosiło ocenę przeciwną. Jest to najlepszy wynik, od kiedy Gallup przeprowadza to badanie przed każdymi wyborami (od czasów prezydenta Reagana).

Jeszcze w lutym, a więc tuż przed kryzysem pandemicznym, bezrobocie spadło do 3,5 proc. - najniższego poziomu od półwiecza. Rosły też realne płace (czyli z uwzględnieniem inflacji), choć odrobinę wolniej niż za prezydentury Obamy. W ciągu roku (2018 -> 2019) o ponad cztery miliony spadła liczba osób żyjących w biedzie, do najniższego poziomu, od kiedy prowadzone jest to badanie.

Wyniki gospodarcze to as w rękawie Donalda Trumpa, a po wielkim tąpnięciu związanym z epidemią bezrobocie znów maleje.

Jednocześnie Stany Zjednoczone pozostają państwem o gigantycznych nierównościach społecznych, z najdroższą opieką zdrowotną wśród cywilizowanych państw, z najsłabszą prawną ochroną pracowników i bardzo ograniczonymi, według badań, możliwościami awansu społecznego (mimo mitu ciężkiej pracy, od pucybuta do milionera itd.). To się akurat nie zmienia, niezależnie od tego, czy rządzi demokrata, czy republikanin.

Michał Michalak

-----

Tymczasem w nocy z wtorku na środę zapraszamy na naszą relację na żywo, gdzie na bieżąco będziemy relacjonować spływające wyniki i komentarze do wyborów prezydenckich w USA. Startujemy już około godz. 22!

Przebieg wyborów będzie można śledzić również w Polsat News w specjalnym programie "Ameryka Wybiera", który poprowadzą Agnieszka Laskowska i Marta Budzyńska. Wśród gości będą m.in. były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, były szef polskiego MSZ Witold Waszczykowski oraz Daniel Fried, były ambasador USA w Polsce. Relacje zza oceanu prowadzić będzie z kolei korespondentka Polsat News w Stanach Zjednoczonych - Magda Sakowska. Program rozpocznie się o godz. 22.30 i potrwa do godz. 2 nad ranem. 

Zobacz naszą zapowiedź starcia Donalda Trumpa z Joe Bidenem

Jaka może być prezydentura Joe Bidena, gdyby zdołał wygrać?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje