Reklama

Reklama

Wybory w USA. Republikanie chcą ponownego przeliczenia głosów

Rozczarowani rezultatami wyborów prezydenckich w USA republikanie twierdzą, że w ich trakcie doszło do nadużyć i fałszerstw. Domagają się ponownego przeliczenia głosów i audytów w sprawie głosowania.

Zarzuty prezydenta Donalda Trumpa i Partii Republikańskiej (GOP) w sprawie nieprawidłowości dotyczą głównie przebiegu wyborów w tzw. wahających się stanach (ang. swing states). Od lat decydują one, który z rywalizujących kandydatów trafi do Białego Domu.

Reklama

Pośród najczęściej wskazywanych znajdują się oskarżenia o fabrykowanie na masową skalę kart do głosowania. Przedstawiciele GOP twierdzą też, że dochodziło do przesyłania kart do głosowania w imieniu zmarłych i do fałszowania dat, aby nie przekroczyć obowiązującego terminu ich dostarczenia. Zgłaszają też skargi w sprawie - jak utrzymują - kilkakrotnego głosowania przez te same osoby oraz niesprawdzania autentyczności podpisów wyborców głosujących korespondencyjnie.

"To spisek. Kradzież wyborów"

- Musimy walczyć w sądach, aby obnażyć fałszerstwa i kryjący się za tym spisek, żeby ponownie przeliczyć i przeprowadzić audyty w sprawie głosowania - powiedziała w poniedziałek (9 listopada) w Fox News prawniczka Sidney Powell.

Jej zdaniem doszło do masowych i skoordynowanych wysiłków, by "skraść wybory". Mówiła o unieważnianiu i niszczeniu głosów oddanych na Trumpa. Twierdziła, że aby wzmocnić szanse Bidena, wysyłano karty wyborcze w imieniu zmarłych.

Powell jest obrońcą w procesie emerytowanego generała Michaela Flynna, pełniącego przez krótki czas funkcję doradcy Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, oskarżonego o okłamanie agentów FBI w sprawie rozmów z ambasadorem Rosji w USA w styczniu 2017 roku.

- Zidentyfikowaliśmy w kluczowych stanach co najmniej 450 tys. głosów, na których w cudowny sposób zaznaczony jest tylko Joe Biden, ale nie ma innych kandydatów - przekonywała prawniczka.

Jak podała Fox News, Powell szacuje, że 90 tys. takich kart było w Pensylwanii, 80-90 tys. w Georgii, 42 tys. w Arizonie, 69-115 tys. w Michigan i 62 tys. w Wisconsin. Jak zaznaczyła, jeśli to prawda, to sprawa może mieć charakter systemowy.

W opinii Powell demokraci używali także algorytmu, aby wytropić głosy, które trzeba zmienić i przy pomocy komputerów przerzucić z Trumpa na Bidena.

Wpisy w mediach społecznościowych

Sporo informacji o przypadkach rzekomych nadużyć pojawiło się w mediach społecznościowych. Zgłaszali je m.in. przedstawiciele kampanii wyborczej Trumpa oraz republikańscy politycy. 

Rzeczniczka krajowa kampanii prezydenta Elizabeth Harrington przytoczyła na Twitterze wypowiedź osoby pracującej w jednym z lokali wyborczych. "Zostałem poinstruowany przez mojego przełożonego, aby poprawić datę wysłania pakietów do głosowania korespondencyjnego na wcześniejszą niż faktycznie zostały wysłane. Przełożony mówił wszystkim pracownikom, aby stosowali tę praktykę" - powiedziała ta osoba.

Kolejne oskarżenia

Do zaprzestania nadużyć wzywała nowo wybrana do Izby Reprezenantów USA Marjorie Taylor Greene z Georgii. "Mój mąż nigdy nie prosił o kartę do głosowania korespondencyjnego, ale kiedy poszedł głosować, powiedzieli mu, że otrzymali już (jego) kartę wyborczą pocztą" - tweetowała.

Przewodniczący American Conservative Union, najstarszej konserwatywnej organizacji lobbystycznej, Matthew Aaron Schlapp krytykował urzędników komisji wyborczych w Nevadzie. Twierdził na Twitterze, że karty do głosowania wysłano tam w imieniu osób, które już nie żyły. Według niego głosowały osoby niepełnoletnie, a także co najmniej 9000 osób mieszkających poza stanem.

Do sytuacji w Nevadzie nawiązał też były prokurator generalny stanu Adam Laxalt. Tweetował, że żaden pracownik komisji wyborczej nie sprawdził, czy specjalny sprzęt dokładnie badał autentyczność podpisów przy głosach oddanych drogą korespondencyjną.

Różne przepisy w różnych stanach

W USA organizatorami wyborów są stany; obowiązujące w nich przepisy są zróżnicowane. Niektóre zarzuty nie uwzględniały faktu, że np. w tym roku według jednej z osób zaangażowanych w pracę komisji wyborczej w Pensylwanii z powodu dużej liczby głosów przesłanych pocztą, tamtejsza legislatura dopuściła możliwość niesprawdzania autentyczności podpisów na kartach wysłanych pocztą, aby nie opóźniać ich obliczania. Głosy przesłane pocztą, które w ogóle nie miały podpisu, były jednak odrzucane.

Wobec przeciążenia członkowie komisji wyborczych obawiali się, że jeśli w ich rejestrze nie było odnotowane, iż wyborca już nie żyje, a fałszerstwo występowało na masową skalę, nie sposób było tego w krótkim czasie sprawdzić.

Ostateczną decyzję podejmie SN?

Niektórzy demokraci podawali w wątpliwość trafność zarzutów republikanów. Wypowiedział się na ten temat na Twitterze m.in. amerykański senator reprezentujący Delaware Chris Coons.

"Jeśli republikanie mają wspierać prezydenta Trumpa w jego oporze przed zaakceptowaniem wyników wyborów, prezydent musi pokazać kilka faktów, a nie tylko gniewne tweety" - ocenił.

Niektóre z zarzutów zgłoszonych przez republikanów odrzuciły już sądy stanowe. W poniedziałek osobisty prawnik Trumpa, Jay Sekulow, powiedział dziennikarzom, że jego zdaniem ostateczną decyzję w sporze podejmie Sąd Najwyższy USA. Zdecydowaną większość mają tam obecnie sędziowie nominowani przez republikańskich prezydentów.

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje