Reklama

Reklama

Kongres USA zatwierdza wyniki. Demonstranci wdarli się do budynku

Do amerykańskiego Kongresu, który w środę miał zatwierdzić wyborczą wygraną demokraty Joe Bidena, wtargnęli sympatycy prezydenta Donalda Trumpa. W Waszyngtonie doszło do starć z policją. Funkcjonariusze mieli użyć gazu łzawiącego i granatów hukowych.

W środę w Waszyngtonie odbył się wiec poparcia Donalda Trumpa. 

Reklama

Jak podają media, m.in. Fox News, tłumy protestujące przeciwko zwycięstwu Bidena zachowywały się agresywnie i doszło do starć z policją. 

Funkcjonariusze mieli użyć gazu łzawiącego i granatów hukowych.

Sympatycy Trumpa, którzy wcześniej otoczyli Kongres, wdarli się do środka. Fox News donosi, że protestujący wybijali okna amerykańskimi flagami. Po centrum Waszyngtonu niesie się głos syren.

Według dziennikarzy Bloomberga ewakuowano wiceprezydenta Mike Pence'a. 

Kongresmanka Haley Stevens napisała na twitterze, że schroniła się w swoim biurze, a budynek w pobliżu Kapitolu został ewakuowany. 

Trump apeluje

Na działania grupy swoich sympatyków zareagował Trump, apelując na Twitterze o zachowanie spokoju.

"Służby są po stronie naszego kraju" - napisał.

W związku ze starciami protestujących z policją burmistrz Waszyngtonu Muriel Bowser ogłosiła godzinę policyjną w mieście, która rozpocznie się o godz. 18 czasu miejscowego w środę (od północy w Polsce). 

Debata nad głosami elektorskimi z Arizony

Republikańscy parlamentarzyści zgłosili obiekcje wobec zatwierdzenia głosów elektorskich z Arizony, oddanych w listopadowych wyborach prezydenckich na demokratę.  

Przed Arizoną żaden z parlamentarzystów nie zgłosił zastrzeżeń do głosów elektorów z Alaski i Alabamy. Część republikanów zapowiada, że obiekcje będzie wnosić także wobec innych stanów, w tym m.in. Pensylwanii i Georgii. Posiedzenie parlamentu trwać więc może kilkanaście godzin lub nawet dłużej.

Wybory w USA

Elektorzy ze wszystkich stanów oraz Dystryktu Kolumbii wybrali 14 grudnia stosunkiem głosów 306-232 Bidena na 46. prezydenta USA. Głosowanie tego gremium nie oznacza jednak końca konstytucyjnego, zawiłego, często uznawanego za anachroniczny procesu przed zaprzysiężeniem nowego szefa państwa.

Podczas posiedzenia Kongresu po złożeniu zastrzeżeń do głosowania z danego stanu przez minimum jednego członka Izby Reprezentantów i jednego senatora w ciągu dwóch godzin w obu izbach powinny odbyć się równoległe debaty oraz głosowania nad ewentualnym wnioskiem. W kontrolowanej przez demokratów Izbie Reprezentantów próby zablokowania zaprzysiężenia prezydenta elekta niemal z pewnością zostaną odrzucone. Podobnie w Senacie, gdzie wielu senatorów GOP uznało zwycięstwo wyborcze Bidena. Grupa ta wraz z demokratami stanowi większość w izbie wyższej parlamentu.

Zazwyczaj uznanie przez Kongres wyborczych rezultatów to formalność, która nie przyciąga większego zainteresowania mediów. Tym razem jednak - w związku z oskarżeniami ze strony prezydenta Donalda Trumpa o fałszerstwa wyborcze - proces może trwać dłużej.

Pence w centrum uwagi

W centrum uwagi znajduje się Mike Pence, dla którego w ocenie portalu Hill środa jest "testem lojalności" wobec prezydenta. Trump uważa, że jego zastępca może "decertyfikować rezultaty" lub "odesłać je do stanów do zmiany i certyfikacji". Publicznie deklaruje, iż oczekuje, że wiceprezydent stanie w Kongresie po jego stronie. Wiceprezydent uważa, że nie może jednostronnie odrzucić głosów elektorów.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje