Reklama

Reklama

Wybory do sejmików. "Stawką jest realny udział we władzy"

"PiS może w skali kraju zdobyć więcej mandatów w sejmikach, ale ma bardzo umiarkowaną zdolność koalicyjną. Tu wiele może zależeć od tego, ilu reprezentantów uda się wprowadzić Ruchowi Kukiza, który wydaje się potencjalnym koalicjantem PiS" - mówi Interii dr Adam Gendźwiłł, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Reklama

Jolanta Kamińska: Wybory do sejmików będą ważnym prognostykiem na kolejne wybory parlamentarne?

Reklama

Dr Adam Gendźwiłł: - To jest oczywiście powszechne przekonanie wielu polityków i publicystów. Jednak ja się z tym nie zgadzam.

Dlaczego?

- Jeśli przeanalizuje się wyniki w odniesieniu do trzech ostatnich cyklów wyborczych, kiedy wybory samorządowe sąsiadowały w odstępie roku z parlamentarnymi - czyli w 2006-07, 2010-11, 2014-15, to wyraźnie widać dość duże różnice pomiędzy poparciem dla poszczególnych partii. Ponadto miejsca w parlamencie zdobywały nowe ugrupowania, które nie startowały wcześniej w wyborach samorządowych. Wystarczy przypomnieć Ruch Palikota w 2011 roku, czy Nowoczesną i Kukiz'15 w 2015 roku. To były partie, które w wyborach samorządowych rok wcześniej nie istniały. Wydaje mi się, że podobnie może być teraz z projektem politycznym Roberta Biedronia.

Stworzenie nowej partii politycznej po wyborach samorządowych zapowiada też Ryszard Petru.

- Wszystko wskazuje więc na to, że zestaw opcji politycznych, który zostanie zaprezentowany Polakom w wyborach parlamentarnych w 2019 roku, będzie inny niż zestaw, który będzie w wyborach sejmikowych. Ale to nie jedyny problem. Pomija się fakt, że elektorat, który chodzi do wyborów samorządowych różni się od tego z wyborów parlamentarnych, mimo że frekwencja na poziomie całego kraju - w przypadku pierwszych i drugich - jest podobna i kształtuje się zwykle na poziomie ok. 50 procent.

Na czym polegają różnice?

- Badania pokazują, że do wyborów samorządowych idzie więcej mieszkańców mniejszych, bardziej peryferyjnych gmin. Dla nich najważniejsze są wybory ich radnych i wójtów. Ci sami wyborcy mniej chętnie uczestniczą w wyborach parlamentarnych.

Które z kolei bardziej angażują mieszkańców dużych miast?

- Tak, dlatego te różnice w składzie elektoratów mogą być znaczące. Mamy jeszcze kwestię głosów nieważnych.

W 2014 roku odsetek głosów nieważnych w wyborach do sejmików stanowił prawie 18 proc.

- Niektórzy nazywali to nawet partią głosów nieważnych. I coś w tym jest. Kiedy prawie 18 proc. osób głosuje w sposób, który nie przekłada się na wybór ich przedstawicieli, to naprawdę istotnie zmienia to ogólny wynik wyborów.

Co pana zdaniem spowodowało, że nieważnych głosów było tak dużo? Wszystkiemu winna książeczka, która myliła wyborców?

- Tu nałożyło się kilka kwestii. Pamiętajmy, że już wcześniej w wyborach do sejmików notowano wysokie odsetki głosów nieważnych. Właściwie już od 1998 roku funkcjonuje taki wzorzec, że najmniej głosów nieważnych pada na szczeblu gminnym, a najwięcej na szczeblu wojewódzkim.

Jednak w wyborach w 2006 i 2010 odsetek głosów nieważnych utrzymywał się na poziomie 12 proc. W poprzednich wyborach wzrósł więc prawie o połowę.

- 12 proc. to i tak dużo w porównaniu do tego, co notujemy w wyborach do Sejmu. W szczególności, że ordynacja wyborcza jest bardzo podobna - to też są wybory proporcjonalne. Natomiast analiza głosów nieważnych, którą przeprowadziła Fundacja Batorego, wykazała, że dodatkowym problemem w 2014 roku rzeczywiście był projekt karty wyborczej - tzw. książeczka, oraz brzmienie instrukcji informujących wyborców jak głosować. Pustych kart było sporo, podobna liczba jak przy poprzednich wyborach do sejmików, natomiast prawie trzykrotnie wzrosła liczba głosów wielokrzyżykowych, i to był główny powód tego przyrostu odsetka głosów nieważnych.

Po zmianach w ordynacji zmniejszyła się liczba kandydatów na radnych. Dlatego PKW zdecydowała, że karta wyborcza w głosowaniu do sejmików będzie mieć formę płachty. To ułatwi wyborcom głosowanie?

- Na pewno przyczyni się do większej przejrzystości. Jestem zadowolony, że w sytuacji, kiedy książeczka nie jest konieczna, PKW zaproponowała rozwiązanie, dzięki któremu wszyscy kandydaci będą widoczni na jednej karcie. Uważam, że dzięki płachcie, głosów nieważnych będzie mniej. Poza tym wierzę, że ten cały kryzys, który się pojawił wokół sytuacji w 2014 roku, sprawi, że media poświęcą tematowi więcej uwagi, a wyborcy będą uważniejsi podczas głosowania. Dalej jednak spodziewam się sporego odsetka głosów nieważnych w wyborach do sejmików.

Na jakim poziomie?

- Nie zdziwiłbym się, gdyby ten odsetek przekroczył 10 proc. Uważam, że szczebel wojewódzki samorządu ciągle wielu wyborcom wydaje się mało ważny lub nie potrafią tam znaleźć kandydatów, na których mogą zagłosować. Chciałbym się oczywiście mylić i chciałbym, żeby ten odsetek był jak najniższy, bo to by znaczyło, że wyborcy włożyli pewien trud, żeby odnaleźć się w tych opcjach, które zostaną im zaprezentowane. Mam jednak poczucie, że przed nami do przebycia jeszcze długa droga, żeby wyższe szczeble samorządu - powiatowy, wojewódzki - bardziej zakorzeniły się w świadomości głosujących, i by ten wybór rzeczywiście miał dla nich znaczenie.

O uwagę wyborców mocno walczą partie, chcąc zachować lub zwiększyć swoje wpływy w poszczególnych sejmikach. Najliczniejszą reprezentację radnych mają PiS i PSL. Partii rządzącej bardzo zależy na tym, by zwiększyć swój stan posiadania. Odbędzie się to kosztem właśnie PSL-u?

- To trudne pytanie, choć wiele wskazuje na to, że tradycyjny elektorat PSL-u jest pod ogromną presją wysiłków PiS-u, zmierzających do tego, żeby ich pozyskać. Pamiętajmy jednak, że PSL jest organizacyjnie silnie zakorzeniony w społecznościach lokalnych, dlatego jego wynik w wyborach samorządowych jest zwykle lepszy niż wskazują na to ogólnopolskie sondaże preferencji partyjnych. I tego zjawiska nadal bym się spodziewał. Z kolei PiS nad długo przed zwycięstwem z 2015 r. w kolejnych cyklach wyborczych bardzo konsekwentnie budowało swoją pozycję w Polsce samorządowej. Od trzech lat jest partią władzy - i to jedyną. Ma dostęp do zasobów państwowych, jest eksponowane w mediach publicznych. To może spowodować, że wielu samorządowców z mniejszych gmin może się bardziej niż do tej pory orientować na PiS. Dalej mogą być formalnie bezpartyjni, ale dogadani z PiS.

Jaki wynik będzie dla PiS-u realnym sukcesem? 

- Uchylę się od odpowiedzi o liczby, ponieważ czuję, że nie mam dobrych danych, żeby o tym mówić. Wyniki wyborów samorządowych jest dużo trudniej przewidywać, bo rolę odgrywa mnóstwo lokalnych czynników. Z perspektywy partii kluczową stawką jest nie tyle liczba mandatów, które zdobędzie w samorządzie, ale zdobycie większości, czy realnego udziału we władzy. Na szczeblu wojewódzkim PiS może wygrywać i pewnie będzie wygrywać częściej niż w 2014 r., choć w zależności od regionu, wahadło będzie wychylać się w różne strony. Województwa wyraźnie różnią się od siebie. Pamiętajmy, że Polska jest coraz bardziej geograficznie spolaryzowana. O ile PiS może w skali kraju zdobyć więcej mandatów w sejmikach, o tyle ma bardzo umiarkowaną zdolność koalicyjną. Tu wiele może zależeć od tego, ilu reprezentantów uda się wprowadzić Ruchowi Kukiza, który wydaje się potencjalnym koalicjantem PiS. W tych wyborach istnieje dosyć wysoki, wyższy niż w przypadku wyborów sejmowych, naturalny próg wyborczy - czyli odsetek poparcia, które trzeba uzyskać, żeby móc dostać choć jeden mandat. Ten próg wyborczy zależy od wielkości okręgów, a te w wyborach sejmikowych są mniejsze niż w wyborach do Sejmu. W związku z tym partie mają dość wysoko postawioną poprzeczkę, dużo wyżej niż 5 proc., do których wielu komentatorów się odwołuje. 

To jeden z powodów, dla którego Nowoczesna przystąpiła do koalicji z Platformą Obywatelską.

- Jednak jeśli Nowoczesna czy Kukiz'15 chcą zachować swoją autonomię, muszą zbudować organizacje w terenie. I wydaje mi się, że to wciąż szwankuje. Myślę, że historia Ruchu Palikota - jako partii, która przeżyła swój wzlot a potem upadek, bo nie zbudowała struktur - jest tu pouczająca.

Koalicja Obywatelska zbierze premię za zjednoczenie? To opłaci się obu partiom?

- System wyborczy w Polsce jest tak skonstruowany, że większe ugrupowania mają szansę zdobyć więcej, niż gdyby przy takim samym poparciu startowały oddzielnie. Dlatego jeśli PO i Nowoczesna w naturalny sposób myślały o działaniu koalicyjnym po wyborach, to podjęły rozsądną decyzję, żeby startować wspólnie, dzięki czemu mogą liczyć na więcej mandatów. 

A kto bardziej na tym zyska - Platforma czy Nowoczesna?

- To zależy, co przyjmiemy za punkt odniesienia. Dla Nowoczesnej bazowym scenariuszem było ogromne ryzyko niewejścia do sejmików. A koalicja właściwie gwarantuje jej obecność w samorządzie wojewódzkim. Natomiast w przypadku PO, widzę potencjalną korzyść jeśli chodzi o pulę mandatów. Jeśli spojrzymy na proporcje kandydatów, to PO dominuje, na listach znajdzie się o wiele więcej kandydatów z ugrupowania Grzegorza Schetyny.

Kiedy PO i Nowoczesna zawiązały Koalicję Obywatelską podpisały list intencyjny, w którym podzielono miejsca na listach. Partia Katarzyny Lubnauer dostała 24 proc. wszystkich jedynek.

- Pamiętajmy o tym, że jednak ostateczny głos mają wyborcy, a w wyborach samorządowych częściej niż w parlamentarnych, wyborcy przetasowują kolejność kandydatów umieszczonych na listach. Tzw. jedynki na listach zwykle mają mandat w kieszeni, jeśli partia zdobędzie co najmniej jeden mandat w danym okręgu. Jednak w odniesieniu do kolejnych mandatów, to już wcale nie jest takie oczywiste. Może się zdarzyć tak, że lokalnie popularni kandydaci, albo tacy, którzy przeprowadzili skuteczną kampanię wyborczą, choć zajmują niższe miejsca lub zamykają listy, to mimo to otrzymają mandat. Pamiętajmy, że o przydziale konkretnych mandatów decyduje to, na których kandydatów wyborcy konkretnie zagłosują.

Wygra ten, kto będzie w stanie rządzić w większej liczbie województw. Języczkiem u wagi - jeśli chodzi o zawieranie koalicji - może być SLD? Wyniki sondaży są obiecujące dla partii Włodzimierza Czarzastego. 

- Tutaj można łatwo popełnić błąd, stosując prostą metodę, w której ogólne poparcie - nawet w skali konkretnego województwa - próbuje się przeliczyć na liczbę mandatów. Partia, która przekracza ustawowy próg wyborczy, czyli 5 proc., formalnie bierze udział w podziale mandatów. Jednak w wyborach do sejmików, 5 proc. to zwykle za mało, żeby ten mandat w danym okręgu zdobyć. Dlatego, jeśli poparcie dla SLD przekracza 5 proc. próg wyborczy, czy nawet oscyluje w granicach 8 proc., to wciąż nie jest to przekonujący argument, że uda im się mieć swojego przedstawiciela w sejmiku. I to może być spory problem SLD.

***

Adam Gendźwiłł jest doktorem socjologii, adiunktem w Katedrze Rozwoju i Polityki Lokalnej na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego i członkiem zespołu ekspertów Fundacji Batorego.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje