Reklama

Reklama

Kłopotliwe daty wyborów. Premier zwleka z ogłoszeniem terminu

Według nieoficjalnych informacji, wybory samorządowe odbędą się 21 października - podaje serwis internetowy tygodnika "Polityka". Jednak każdy z zaproponowanych przez PKW terminów jest niefortunny. - W takiej sytuacji bardzo często następuje odwlekanie decyzji, bo trudno zdecydować się, co poświęcić. Czy ryzykować niską frekwencję czy problemy polityczne - mówi Interii dr hab. Jarosław Flis, socjolog i ekspert ds. wyborów z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Premier wciąż nie ogłosił daty wyborów samorządowych. Wiadomo na pewno, że odbędą się one w jednym z trzech terminów: 21 października, 28 października lub 4 listopada. 

Zgodnie z kodeksem wyborczym, wybory są zarządzone nie wcześniej niż na cztery i nie później niż na trzy miesiące przed końcem kadencji obecnych władz samorządowych.

Mateuszowi Morawieckiemu nie spieszy się jednak z oficjalnym podaniem daty. Ma na to czas do 16 sierpnia, i wszystko wskazuje na to, że ogłosi ją dopiero po 10 sierpnia - informuje "Polityka", choć wcześniej padały zapewnienia, że stanie się to jeszcze w lipcu. 

PiS nie musi grać na ograniczenie szans zaprezentowania się konkurentom i skrócenie kampanii bo ta, mimo oficjalnego zakazu, trwa w najlepsze. Kandydaci nic nie robią sobie z tego, że agitować można dopiero po oficjalnym ogłoszeniu terminu, a PKW jest bezsilna. 

Premier ma twardy orzech do zgryzienia. Każdy z możliwych terminów wyborów jest niefortunny.

Jeśli pierwsza tura wyborów odbędzie się 21 października, to druga wypadnie 4 listopada, czyli w długi weekend po święcie zmarłych. 

Polacy będą wtedy zajęci jeszcze odwiedzaniem grobów bliskich i nie w głowie będą im wybory. Wiele osób będzie przebywało poza miejscem zamieszania, a przy wyborach lokalnych nie można głosować w innym miejscu, tak jak to jest możliwe w przypadku wyborów parlamentarnych czy prezydenckich (z tych samych powodów nieracjonalna jest ogłoszenie pierwszej tury na 4 listopada). 

Ale 21 października to też jedyna z wymienionych niedziela niehandlowa. PiS może liczyć, że dzięki temu frekwencja będzie wyższa, co będzie partii rządzącej na rękę zwłaszcza w wielkich miastach. 

Z kolei 28 października wypada zmiana czasu letniego na zimowy, co może rodzić problemy organizacyjne w lokalach. A druga tura 11 listopada oznacza skumulowanie jej ze świętem narodowym i okrągłą rocznicą 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę. 

Reklama

11 listopada co roku odbywają się uroczystości i stałym elementem są przemówienia polityków. Trudno byłoby zapanować w takiej sytuacji nad ciszą wyborczą. 

Druga tura 11 listopada byłaby też niefortunna, gdyby jednak doszło do referendum konstytucyjnego, planowanego na 10-11 listopada. Wiele jednak wskazuje na to, że Senat nie zgodzi się na inicjatywę prezydenta.

Nieoficjalnie posłowie PiS przyznają, że Polacy do urn pójdą w pierwszym możliwym terminie.

- Wybór pomiędzy drugą turą 4 listopada a 11 listopada nie należy do najszczęśliwszych. Oba terminy są złe. W takiej sytuacji bardzo często następuje odwlekanie decyzji, bo trudno zdecydować się, co poświęcić. Czy lepiej ryzykować zamieszanie organizacyjne i niską frekwencję, robiąc drugą turę wyborów w długi weekend po Wszystkich Świętych, czy raczej ryzykować problemy polityczne i zaburzenie święta narodowego, robiąc drugą turę 11 listopada - mówi w rozmowie z Interią dr hab. Jarosław Flis, socjolog i ekspert ds. wyborów z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ekspert zauważa, że odpowiedzialność za niedogodne możliwe terminy wyborów ponoszą posłowie i można było tego uniknąć.

- To tego niełatwego dylematu doprowadziła niedbałość posłów. Ktoś nie zwrócił uwagi, że wybory samorządowe mają też drugą turę. Zupełnie świeża zmiana doprowadziła do takiej sytuacji - mówi. 

Nowelizacja kodeksu wyborczego była przeprowadzana w wielkim pośpiechu. PiS do własnego projektu wnosiło kilkadziesiąt poprawek, a pracom towarzyszył chaos. 

Po zmianie przepisów, datę wyborów wyznacza się na dzień wolny od pracy, przypadający nie wcześniej niż na 30 dni i nie później niż na siedem dni przed upływem kadencji rad.

Przed nowelizacją kodeks stanowił, że wybory samorządowe odbywały się w ostatni dzień wolny od pracy poprzedzający upływ kadencji rad. 

Kadencje wszystkich ciał samorządowych kończą się 11 listopada 2018 r. PKW ogłosiła, że wybory powinny odbyć się pomiędzy 17 października a 9 listopada.

Jak zauważa dr hab. Jarosław Flis, przez zmianę w kodeksie brakło trzech dni to tego, żeby wybory mogły odbyć się w najbardziej - jego zdaniem - racjonalnym terminie, czyli pierwsza tura 14 października a druga 28 października. 

- Ewidentnie posłowie tego nie dopatrzyli - dodaje ekspert.

Wybory samorządowe 2018. Śledź najnowsze informacje w naszym Raporcie Specjalnym




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne