Reklama

Reklama

Czego uczy wino

- Francja nie byłaby Francją bez wina, strajków i narzekania – opowiada Interii Jean-Christophe Meyrou, dyrektor winnicy zlokalizowanej nieopodal Saint-Émilion.

Pogoda pod psem, bo jakże by inaczej.

To zdanie mógłby wygłosić zarówno Polak, jak i Francuz. Więcej - po tych kilku intensywnych dniach jestem w stanie przyznać żółtą koszulkę lidera w malkontenctwie Francuzom, ale może to wybory tak na nich działają depresyjnie.

A pogoda rzeczywiście była pod psem. Padało w Libourne, padało w Saint-Émilion, wreszcie padało w winnicy Château Tour Saint Christophe, gdzie mieliśmy przyjemność gościć.

- Ale ma pan szczęście - znienacka obwieszcza taksówkarz algierskiego pochodzenia, wiozący mnie z Libourne do winnicy.

Reklama

- Jak to szczęście, jak pada i zimno?

- Proszę pana, widzi pan tę okolicę? Caaałą okolicę?

Nieskończone rzędy winorośli, nieśmiałe pagórki, budynki z kamienia. Widzę, pewnie że widzę.

- Proszę pana - tu jest osiem taksówek na całą okolicę. Ha, ha! Ma pan szczęście, że akurat zjechałem na przerwę.

Uznawszy i przyjąwszy ten dar od losu, dowiedziałem się również, że w tejże okolicy, a więc między Libourne a Saint-Émilion i jeszcze trochę dalej znajduje się około 900 winnic. Nieźle. A taksówkarz, zagadany o wybory, śmieje się:

- Mamy kobietę-Trumpa! Widział pan? Woman-Trump!

- A wygra?

- A kto to wie.

W Château Tour Saint Christophe wita mnie Jean-Christophe Meyrou - directeur general, jak ma napisane na wizytówce. To on odpowiada za to, by z 20 hektarów winnicy pozyskiwać jak najlepsze wino. Zarządza pracą 22 osób. Część z nich ma swoje własne gabinety, wiecie, z komputerami, telefonami stacjonarnymi, kalendarzami i tak dalej. Bo dziś winnice coraz rzadziej kojarzą się ze starszym panem ugniatającym winogrona własnymi nogami, a następnie naklejającym nocami etykiety i pakującym butelki do skrzynek. Dziś większość winnic to sprawne przedsiębiorstwa, w których każdy ma swoje zadanie do wykonania.

Jean-Christophe oprowadza mnie po przybytku, a jego opowieść jest na tyle zajmująca, że proponuję, byśmy niezwłocznie...

...oddali głos Jeanowi-Christophe'owi

Jestem jak Obeliks. Jako małe dziecko wpadłem do beczki z winem i tak to się zaczęło. Naprawdę! Moi dziadkowie trudnili się winiarstwem, ale rodzice już nie. To właśnie dziadkowie zarazili mnie tą pasją.

W Château Tour Saint Christophe pracuję od 2011 roku. Właścicielem winnicy jest Peter Kwok, inwestor z Hongkongu. Odwiedza nas cztery razy w roku, był tu raptem dwa tygodnie temu.

Wie pan, wiele się mówi, że kapitał taki czy inny. A mnie jest wszystko jedno, czy właściciel jest z Azji, USA czy Francji. Dla mnie ważne jest, czy zależy mu na jak najlepszym winie. To nie jest inwestycja, która zwróci się po roku. Tu nie będzie 10-procentowych zysków. Nowy szczep, zanim zacznie być sprzedawany, potrzebuje sześciu lat. Sześć lat produkcji bez sprzedaży! Potrzeba więc cierpliwego inwestora, pasjonata, który rozumie ten rynek.

My tutaj w okolicy wszyscy się znamy. Nie ma rywalizacji. Moi sąsiedzi to nie są moi konkurenci. Każdy wnosi coś innego, każdy ma swój styl, każdy po swojemu wykorzystuje uwarunkowania tego miejsca.

Większość pracy wykonujemy ręcznie. Dysponujemy jednak nowoczesnymi technologiami na przykład do utrzymywania odpowiedniej temperatury i wilgotności w spiżarni. W domu mogę sprawdzać na telefonie, jakie są aktualne parametry. Jak coś się dzieje, jak coś jest nie tak, od razu dostaję powiadomienie.

Jeżeli ktoś sprzedaje wino po dwa euro za butelkę, to większość jego produkcji jest zmechanizowana. Po prostu żeby uzyskać taką cenę, winiarz oszczędza na kosztach pracy. No i nie stać go na przykład na dębowe beczki, bo to już podniosłoby cenę. Więc tak - dobre wino musi być nieco droższe. Mieszczą się w tym koszty ludzkiej pracy, znakomitych fachowców, ale jest też druga składowa - rynek. To odbiorcy w końcu decydują, ile są gotowi zapłacić za dane wino, windując ceny jednych trunków kosztem innych.

Ostatnio wraca moda na wina białe i różowe. Jeszcze 10 lat temu piło się przede wszystkim czerwone.

Cieszy mnie to, że młodzi ludzie też sięgają po wino, a nie po wysokoprocentowe alkohole.

Wino to składnik francuskiego DNA, to synonim pięknej chwili spędzonej w gronie bliskich. Nie ma dobrego posiłku bez dobrego wina. Każdy region pije swoje wina, panuje tu swego rodzaju szowinizm. W Bordeaux pijemy bordeaux i koniec.

Wiadomo że przy butelce wina zaczynają się rozmowy o polityce. Zwłaszcza w niedzielę przy rodzinnym obiedzie! Znacie to zapewne doskonale.

Teraz rozmawia się szczególnie dużo, a proszę pamiętać, że wybory prezydenckie nie kończą tematu, później są jeszcze wybory parlamentarne. Wszystko wskazuje na to, że Macron będzie prezydentem, ale nie będzie miał swojej większości w parlamencie. To bardzo niedobrze. Lepiej żeby prezydent i większość parlamentarna byli z jednego obozu, obojętnie którego. Macie takie słowo jak koabitacja? No właśnie, to jest koszmar.

Rzeczywiście strasznie tu narzekamy. Nawet ja zacząłem. Ale Francja nie byłaby Francją bez wina, strajków i narzekania.

Dziś "Made in France" znaczy naprawdę wiele w świecie wina, serów czy mody... Trzeba być z tego dumnym. Ale nie możemy się izolować, to droga donikąd. Mnie akurat Unia Europejska bardzo pomaga w robieniu biznesu. Podróżując, uświadamiam sobie przy okazji swoje miejsce w świecie. Jestem Francuzem, Europejczykiem i lokalnym patriotą Saint-Émilion. Uważam, że te tożsamości się ze sobą nie kłócą.

Wielu polityków to dogmatycy, a wino uczy cię, że nie można być dogmatykiem. Każdy rocznik to nowy rozdział i nowa przygoda. Za każdym razem dowiadujesz się czegoś nowego. Musisz się stale rozwijać. W tym biznesie nie można być dogmatykiem, bo to jest śmierć. Albo gorzej niż śmierć - nudne wino.

Michał Michalak, Saint-Émilion

Francuscy winiarze narzekają na Polskę! Nie zgadniecie dlaczego:

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

"Francja jest wspaniała i wszyscy jej słuchają"

Macron kontra Le Pen, czyli gra pozorów

Francois "4 procent" Hollande

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne