Reklama

Reklama

Debata Le Pen-Macron. Wióry leciały, ale co z tego wyniknie?

"Bez względu na wynik wyborów Francją będzie rządzić kobieta. Albo będę to ja, albo Angela Merkel" – w pojedynku na bon moty środową debatę zdecydowanie wygrała Marine Le Pen. Jednak przy urnach wyborczych liczyć się będzie to, za którą wizją Francji opowiedzą się obywatele. 2,5-godzinna dyskusja między Emmanuelem Macronem a Marine Le Pen była jedyną debatą przed niedzielnymi wyborami prezydenckimi. Oglądało ją około 20 milionów Francuzów.

Marine Le Pen od pierwszych minut debaty ruszyła do ataku, co zrozumiałe, ponieważ wyraźnie przegrywa w sondażach, więc nie ma nic do stracenia.

Podczas gdy Emmanuel Macron próbował - raz lepiej, raz gorzej - wyjaśniać poszczególne podpunkty swojego programu, Le Pen nie traciła ani sekundy i przeprowadzała kolejne szarże.

Przede wszystkim bardzo zręcznie "przyklejała" Macrona do prezydenta Francois Hollande'a, u którego Macron był przecież ministrem gospodarki. Le Pen zwracała się więc do swojego konkurenta per "panie ministrze Hollande'a...". A gdy Macron zgłaszał jakąś propozycję, Le Pen ripostowała: "Skoro ma pan takie świetne pomysły, to czemu pan ich nie realizował jako minister gospodarki?". "Ma pan przydomek Hollande junior" - dodawała.

Reklama

To zresztą tylko jedna z kilku etykietek tak chętnie rozdawanych tego wieczoru przez Le Pen.

Liderka Frontu Narodowego podkreślała związki Macrona ze światem finansów i korporacji. Kreśliła podział: ona - adwokatka szeregowych pracowników i małych przedsiębiorców, on - przedstawiciel bankierów.

Macron reagował na te zaczepki nerwowo. "Kłamie pani jak wszyscy ekstremiści" - denerwował się.

A Le Pen próbowała obrócić poparcie kanclerz Niemiec Angeli Merkel przeciwko Macronowi.

"Widział się pan z Merkel, szukał pan jej poparcia, nie będzie się pan jej sprzeciwiał" - Le Pen kreowała obraz Francji podporządkowanej Niemcom. Zresztą słowa "podporządkowanie" wprost użyła w jednej z wypowiedzi na ten temat.

Lider En Marche! odpowiadał, że "oczywiście" chce mieć jak najlepsze stosunki z Niemcami. "Francja nie ma żadnego sporu z Niemcami. Będę współpracował z Merkel jak de Gaulle z Adenauerem" - zapowiedział.

Role odwróciły się, gdy rozmowa zeszła na Rosję i Władimira Putina. Teraz to Macron zarzucał Le Pen uległość, a ta broniła się ogólnikami: "Francja musi szanować wszystkie kraje, nie może ich pouczać". A Macronowi w to graj. "Nie pozwolę, by Putin dyktował, co mam robić. To nas różni" - łapał wiatr w żagle.

W drugiej godzinie debaty Macron zaczął odkuwać się za przespaną pierwszą część. Skutecznie dociskał Le Pen w sprawie euro.

Najpierw kandydatka znów zabłysnęła bon motem: "Euro to waluta bankierów, a nie waluta narodów", ale gdy Macron dopytywał o szczegóły wyjścia ze strefy euro, Le Pen zaczęła kluczyć, dopuszczając równoległe funkcjonowanie dwóch walut. Macron przekonywał, że wyjście ze strefy euro będzie zabójcze dla konkurencyjności francuskiej gospodarki. Wtedy Le Pen sięgnęła po przykład Wielkiej Brytanii: "Przed Brexitem straszono zawaleniem się gospodarki, a ta ma się świetnie. Niech pan nie straszy ludzi". "Ale Wielka Brytania nie ma nic wspólnego z euro!" - ripostował Macron.

W kwestiach gospodarczych zarysowały się dwie odmienne strategie: Le Pen kwestionowała cały system, mówiła o dominacji wielkiego biznesu, Macron natomiast zgłaszał różnorakie propozycje walki z bezrobociem i długiem publicznym, które można sprowadzić do postulatów obniżania podatków i cięcia wydatków.

"Chce pan przywrócenia upadłego ekonomicznego modelu z lat 80., tego co robili Thatcher i Reagan" - Le Pen starała się pokazać Macrona jako neoliberała, co było o tyle niekonsekwentne, że wcześniej stosowała argument "pan, tak jak wszyscy socjaliści...".

Gdy przyszło rozmawiać o terroryzmie, Macron miał na to gotową taktykę. Zaatakował Le Pen jako skrajnie naiwną. "Wyjście z Schengen nie zapobiegnie terroryzmowi. Pani propozycja to mydlenie oczu. Myśli pani, że celnicy zatrzymają terroryzm? To wspaniali ludzie, ale nie są do tego przygotowani" - perorował Macron.

Le Pen przekonywała widzów, że islamscy fundamentaliści są za kandydaturą Macrona. Po raz kolejny zapowiedziała wyplenienie muzułmańskiego radykalizmu "z francuskiej ziemi". "Popierają pana zwolennicy kamienowania homoseksualistów" - mówiła. "To wspaniałe słyszeć, że broni pani homoseksualistów" - odpowiadał rywal.

W trakcie całej debaty Macron uparcie powtarzał, że Le Pen nie przedstawia żadnego konkretnego planu i nie wyjaśnia, jak sfinansuje swoje obietnice. Próbował też, aczkolwiek dość nieśmiało, przypominać ojca swojej konkurentki. Le Pen z kolei portretowała Macrona jako człowieka "grubych ryb", oderwanego od zwykłych pracowników, na dodatek niebezpiecznego dla państwa, bo niewalczącego z islamskim radykalizmem. Oboje oczywiście z tymi tezami się nie zgodzili.

I jeszcze dwa słowa w kwestii wizerunkowej. Macron bardziej się pilnował, starał się wyglądać superprezydencko, natomiast Le Pen często kręciła się na krześle, krzyżowała ręce czy parskała śmiechem, słysząc wypowiedzi konkurenta.

W swoich ripostach szła często po bandzie. Gdy Macron protekcjonalnie wyjaśniał jej ekonomiczne zagadnienia, Le Pen od razu zdekonstruowała ten zamysł: "Widzę, że chce się pan bawić w nauczyciela i ucznia, ale mnie to nie kręci" - kandydatka nawiązała w ten sposób do małżeństwa Macrona, który poślubił swoją 24 lata starszą nauczycielkę.

W mowie końcowej Macron nie mówił o terroryzmie czy bezrobociu. Podkreślił, że priorytetem jego prezydentury będzie poprawienie losu osób niepełnosprawnych.

Przemawiająca po nim Le Pen była zmuszona zagrać na boisku konkurenta i znów zabłysnęła grepsem: "Jeśli chce pan pomóc niepełnosprawnym, to może pan zajrzeć do naszego programu".

Ostateczny werdykt widzów, wyborców w niedzielę, 7 maja.

Michał Michalak, Paryż

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy