Reklama

Reklama

Wyniki wyborów 2020. Paweł Kukiz komentuje porażkę Władysława Kosiniaka-Kamysza

"Kiedy do gry wszedł Rafał Trzaskowski, było już wiadomo, że wojna będzie się rozgrywała pomiędzy PO i PiS z trzecim kandydatem, który nie ma żadnej szansy" - ocenił Paweł Kukiz. O wyniki swojego koalicjanta Władysława Kosiniaka-Kamysz powiedział, że był on "kiepski, słaby".

Jak poinformowała w poniedziałek Państwowa Komisja Wyborcza, na podstawie danych z 99,78 proc. obwodów w niedzielnych wyborach prezydenckich ubiegający się o reelekcję prezydent Andrzej Duda zdobył 43,67 proc., a kandydat Koalicji Obywatelskiej Rafał Trzaskowski - 30,34 proc.

Reklama

Na kolejnych miejscach znaleźli się: Krzysztof Bosak - 6,75 proc. (1 mln 300 tys. głosów); Władysław Kosiniak-Kamysz - 2,37 proc. 457 tys.; Robert Biedroń - 2,21 proc. (425 tys.). Kolejni kandydaci uzyskali poniżej 0,3 proc.

"Kiepski, słaby"

Do wyniku wyborów odniósł się Paweł Kukiz. "Kiedy do gry wszedł Trzaskowski, było już wiadomo, że wojna będzie się rozgrywała pomiędzy Platformą Obywatelską i PiS-em z trzecim kandydatem w tle, który oczywiście nie ma żadnej szansy na wejście do II tury, tak jak ja nie miałem takiej szansy w 2015 roku" - ocenił.

Dodał, że różnice pomiędzy pozostałymi kandydatami były już bez znaczenia.

Pytany, jak ocenia wynik prezesa PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, którego w tej kampanii poparł i z którym jego ugrupowanie tworzy, z ludowcami, klub Koalicji Polskiej, odpowiedział, że był on słaby. "Wynik był kiepski, słaby, ale tak było w przypadku wszystkich pozostałych kandydatów" - powiedział.

Gratulacje dla Hołowni i Bosaka

"Jeżeli można komuś gratulować, to można gratulować wyniku Szymonowi Hołowni i Krzysztofowi Bosakowi, ale to też nie są rzeczy, które mogą cokolwiek zmienić, bo gra się toczy pomiędzy dwoma molochami" - podkreślał polityk.

Jak dodał, "podstawową sprawą, którą trzeba zrobić, to jest uniemożliwienie manipulacji, nakręcania opinii publicznej sondażami i robienia z polityki talk show". "To nie jest talk show; to są poważne sprawy, które wpływają na losy prawie 40 mln ludzi" - mówił.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy