Reklama

Reklama

Partner Roberta Biedronia Krzysztof Śmiszek ujawnia swoje plany. Mówi o szkołach

W rozmowie z Interią Krzysztof Śmiszek, który prywatnie jest partnerem Roberta Biedronia, opowiada o swoich planach po ewentualnej wygranej kandydata na prezydenta Lewicy. Choć nie chce odpowiedzieć na pytanie o to, czy zamieszkałby w Pałacu Prezydenckim, czy w Belwederze wierzy, że poradzi sobie jako pierwszy dżentelmen: - Protokół dyplomatyczny jest na tyle elastyczny, że znajdzie rozwiązanie w każdej sytuacji - mówi Interii poseł Lewicy.

Jakub Szczepański, Interia: Razem z politykami Lewicy poleciał pan do Brukseli. Nie boi się pan koronawirusa?

Krzysztof Śmiszek, poseł Lewicy: - Tego wymagają obowiązki posła. Mamy utrzymywać normalne kontakty z partnerami zagranicznymi, odbyliśmy bardzo dobre spotkanie z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, przewodniczącą naszej grupy, czyli Socjalistów i Demokratów. Rozmawialiśmy m.in. o tym, że Unia Europejska powinna się jeszcze bardziej włączyć w zwalczanie wirusa. Natomiast zachowujemy wszystkie środki ostrożności, bo tego wymaga sytuacja oraz stosujemy się do zaleceń wydawanych przez odpowiednie władze w tym zakresie.   

Reklama

Podczas kampanii kandydaci na prezydenta są bardziej narażeni na zakażenie.

- Z pewnością trzeba monitorować sytuację. Jak dotąd mamy pięć potwierdzonych przypadków zarażenia koronawirusem w Polsce. Niemniej wszyscy kandydaci odbywają spotkania na mniejsza lub większą skalę. Pewnie żaden sztab nie planował dotąd wstrzymania kampanii czy nietypowych kroków w wyścigu o prezydenturę. Nikt nie mógł przewidzieć pojawienia się wirusa, ale kampania trwa. Na pewno będziemy stosować się do zaleceń służb.

Publiczna deklaracja o wspólnym wyjeździe do Chin w obliczu epidemii to wpadka?

- Rozmawiajmy o kampanii, a nie o planach w dalekiej przyszłości. Każdy dzień w kampanii prezydenckiej Roberta Biedronia jest zaplanowany co do godziny.

Czy włączy się pan do kampanii jako partner Roberta Biedronia?

- W przeciwieństwie do wszystkich innych partnerów i partnerek kandydatów jestem osobą, która na co dzień komentuje bieżące wydarzenia. Działam w polityce, pracuję jako poseł. Podejmuję ważne decyzje, głosując w sprawie ustaw i inicjując moje polityczne działania. Co do kampanii, jestem w sztabie, odpowiadam za monitorowanie działań innych kandydatów. Wydaje mi się, że moja rola jest wystarczająca.

Niemniej czasem jest pan po chamsku, to chyba nie za mocne słowo, wywoływany do tablicy. Szerokim echem odbiła się wypowiedź Beaty Kempy, która nazwała pana pierwszą damą.

- Takie rzeczy zdarzają się i będą się zdarzać. Niestety. PiS wygrał wybory pięć lat temu, bo używał hejtu jako narzędzia polityki. Teraz takim ludziom jak Beata Kempa wydaje się, że nic się nie zmieniło i dalej można szczuć na innych, aby zyskać polityczne punkty. A żyjemy przecież w 2020 r. Wierzę w mądrość Polaków, głębokie pokłady empatii i sympatii. Mówiłem już, że dla mężczyzny - partnera prezydenta czy prezydentki odpowiedni byłby tytuł pierwszego dżentelmena. Ale, jak widać, do niektórych to nie dociera.

Pytam o rolę partnera, bo po konwencji Władysława Kosiniaka-Kamysza z ust komentatorów nie schodziło nazwisko jego żony.

- Zaangażowanie rodziny jest istotne dla kandydata, kampania to ciężkie chwile. Przeogromny wysiłek fizyczny i psychiczny. Wsparcie najbliższych jest bardzo ważne. Każdy kandydat czy kandydatka musi wypracować sobie styl prowadzenia tej kampanii, jeśli chodzi o rodzinę.

To wystąpienie było dobrym elementem?

- Nie zamierzam nikogo ani krytykować, ani chwalić. Jeśli tak, jak w przypadku Agaty Dudy, jest to zerowe, milczące zaangażowanie w kampanię - para prezydencka z pewnością to ustaliła, to nie mnie to oceniać. Trzeba mieć duży szacunek, bo to wszystko decyzje rodzinne. Tym bardziej, że partnerzy i partnerki innych kandydatów, w przeciwieństwie do mnie, nie są osobami publicznymi.

Panu jest łatwiej?

- Osobom spoza życia publicznego trudno do niego wejść. Mam już skórę nosorożca, jestem w domenie publicznej od lat. Rodzina, która decyduje się publicznie wesprzeć polityka, musi się liczyć z tym, że takie Beaty Kempy nie będą już tylko funkcjonowały w odniesieniu do mnie czy Roberta Biedronia, ale do każdego innego. Dlatego kandydaci muszą przygotować swoje rodziny na niewybredne ataki i ciężki chwile przez najbliższe osiem tygodni.

Kiedy to upublicznienie życia prywatnego idzie za daleko? Czy tak jak Paulina Kosiniak-Kamysz nazwała męża "tygrysem", pan pozwoliłby sobie na podobne określenie w kierunku do Roberta Biedronia?

- Nie chcę tego komentować. Każdy z nas jest dorosłą osobą, podejmuje decyzję, czy obecność w pobliżu kandydata lub kandydatki szkodzi lub pomaga. Weryfikację przyniosą wybory. Różnie wygląda codzienne życie par. Ile par, tyle różnych zwrotów. Wszystkim partnerom i partnerkom życzę dużo wytrwałości oraz grubej skóry.

Mówi pan o rodzinnych decyzjach. Jakie podjęli panowie?

- Nie ma tu żadnej tajemnicy. Jesteśmy czynnymi politykami, wspólnie przedyskutowaliśmy start Roberta. Teraz pracujemy jeszcze więcej. Ze swoimi wyborcami umówiłem się, że będę dla nich ciężko pracował. Kampania wyborcza nie zwalnia mnie z pracy poselskiej. Dlatego nie zamierzam zawieszać swojej aktywności, choćby ze względu na wielki kredyt zaufania, jakim obdarzyli mnie wyborcy. W Sejmie zajmuję się ważnymi kwestiami: prawami człowieka, sądownictwem, polityką zagraniczną. Myślę, że pani Paulina Kosiniak-Kamysz też nie zrezygnowała z prowadzenia swojego gabinetu stomatologicznego.

Załóżmy, że Robert Biedroń zostaje prezydentem. Pan z pracy nie zamierza rezygnować?

- Jesteśmy młodą demokracją, do tej pory mieliśmy kilku prezydentów. Praktyka wciąż się kształtuje, chociaż do tej pory pierwsze damy faktycznie nie pracowały. Nie ma przepisów, które regulowałyby status najbliższej osoby prezydenta. Mandat poselski traktuję bardzo poważnie, po Adrianie Zandbergu mam drugi najlepszy wynik wyborczy lewicy w Polsce (prawie 44 tys. głosów - red.). To zobowiązuje, dlatego nie zamierzam zostawić swoich wyborców.

Pan jako pierwszy dżentelmen, wbrew zwyczajowi, porzuciłby działalność charytatywną?

- Mam kilka pomysłów na siebie, wcale tego nie ukrywam. Widzę, jak bardzo potrzebna jest edukacja prawna w szkołach podstawowych czy średnich. Brakuje nam porządnego przygotowania obywatelskiego, nie znamy swoich praw. Chciałbym o tym mówić, promować te zagadnienia. W ostatnich latach niejednokrotnie prowadziłem społecznie lekcje w liceach i technikach, rozmawialiśmy o polskiej konstytucji. Dobrze byłoby jeszcze bardziej rozwinąć taki program.

Jako pierwsza para wybraliby panowie Pałac Prezydencki czy Belweder?

- Nie wiem, czy to jest poważne pytanie. Planowanie technicznych spraw na osiem tygodni przed wyborami to rzeczy, które mało interesują Polaków.

Dlaczego? Wszystkie gazety pisały o tym, że Bronisław Komorowski mieszkał w Belwederze, a Andrzej Duda wrócił do Pałacu Prezydenckiego.

- Dla mnie to mało ważna kwestia z punktu widzenia problemów Polek i Polaków. Na pewno Interia jako pierwsza dowie się o moich planach po majowych wyborach prezydenckich. Teraz skupiam się na pracy poselskiej oraz planowaniu tego, co będzie przez najbliższe osiem tygodni.

W kontekście urzędu pierwszej damy czy pierwszego dżentelmena wielokrotnie pojawiał się temat emerytury czy wynagrodzenia ze względu na przerwę w pracy zarobkowej. Powinniśmy wprowadzić coś takiego? 

- Mnie sprawa nie dotyczy, bo zamierzam pracować zawodowo. Na pewno jest to ważne zagadnienie. Społeczeństwo oczekuje, żeby osoba najbliższa prezydentowi zabierała głos. Wszak Agata Duda była wielokrotnie krytykowana za milczenie. Pytanie, w jakiej sytuacji stawia się kogoś, kto nie pracuje i musi towarzyszyć mężowi czy żonie. Trudno powiedzieć, czy chcemy na ten temat dyskutować legislacyjnie.

Powinniśmy czy nie?

- Na pewno trzeba zacząć rozmowę o tym, czy pierwszy partner lub partnerka powinni pracować, czy tylko towarzyszyć mężowi lub żonie. Z drugiej strony prezydent nie zarabia źle, a jego partner jest objęty ubezpieczeniem. To chyba nie jest tak, że po skończonej kadencji ktokolwiek zostaje nagle w nędzy.

Podczas oficjalnych wizyt, światowym przywódcom towarzyszą najczęściej ich partnerki. Zazwyczaj politycy rozmawiają ze sobą, zaś żony dyskutują we własnym gronie. Jak pan wyobraża sobie własną rolę w takiej sytuacji?

- To w ogóle nie zaprząta mojej głowy, zupełnie mnie to nie zajmuje. Myślę jednak, że protokół dyplomatyczny jest na tyle elastyczny, że znajdzie rozwiązanie w każdej sytuacji. Różne pary w polityce się zdarzały i to nie w ostatnich latach. Damy radę i na pewno znajdziemy dobre rozwiązanie!


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje