Reklama

Reklama

Donald Tusk zbierał w Brukseli podpisy dla Rafała Trzaskowskiego

Przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej Donald Tusk zbierał w czwartek (4 czerwca) w Brukseli podpisy pod listami poparcia dla kandydata na prezydenta Rafała Trzaskowskiego. Na zapowiedziane dzień wcześniej wydarzenie przyszły dziesiątki osób. Były premier oskarżał PiS o nieuczciwość i zaznaczył, że uzgadnia wszystkie kroki z kandydatem.

"Cieszę się, że można pokazać, że nie tylko Warszawa, nie tylko Gdańsk, ale też ci, którzy z różnych powodów są poza granicami, też pomogą" - mówił Tusk w belgijskiej stolicy.

Podpisy zbierał na rozległym placu przed Parlamentem Europejskim, który przed niemal dekadą dostał nazwę Esplanada Solidarności.

Tusk podkreślał, że konsultował z Trzaskowskim, czy ma się angażować. "Nikt w Polsce, kto w jakikolwiek sposób interesuje się polityką, nie ma wątpliwości, kogo popieram. Przyjaźnimy się od lat, ale ze względu na taką oczywistą ostrożność (...) uzgadniam wszystkie kroki z kandydatem" - zaznaczył polityk.

Reklama

"Takiej mobilizacji nie widziałem od dawna"

Ogłoszenie o zbieraniu podpisów zostało rozesłane przez kanały w mediach społecznościowych dzień wcześniej.

"Takiej mobilizacji nie widziałem od dawna" - mówił jeden z działaczy zaangażowanych w organizację wydarzenia. "Proszę zachować przynajmniej metr odległości" - instruował gromadzących się wokół byłego premiera jeden z jego współpracowników. "Przyszłam, bo chce, żeby było u nas normalnie, tak jak w innych krajach" - mówiła pani Ewa, która w Brukseli mieszka od połowy lat 90.

Były lider PO odmówił odniesienia się do krytyki okresu swoich rządów, jaka padła wcześniej tego samego dnia w Sejmie ze strony premiera Mateusza Morawieckiego. Tusk mówił, że stara się być człowiekiem dyskretnym, dlatego nie będzie zdradzał, co Morawiecki mówił o poprzednich rządach PiS-u w czasie, gdy był jego doradcą.

"Jeśli on nie czuje się zobowiązany do trzymania pewnej klasy, to już jest jego problem" - oświadczył.

"Odejdą w niesławie"

Były premier wykorzystał przy tym okazję, by skrytykować rządzących. Jak przekonywał, kryzys koronawirusa pokazał, że strategia PiS i prezesa Jarosława Kaczyńskiego to "strategia klęski". "Przy pierwszej poważnej próbie, jakiej został poddany ten rząd i ta ekipa, czyli pandemii, (...) wszystko się wysypało. W dodatku okazało się, że nie tylko nie potrafią sobie poradzić z sytuacją krytyczną, a do tego potrzebujemy władzy (...), to okazali się ekipą nieuczciwą. Od wszystkiego, co słyszymy o tych zdarzeniach wokół ministerstwa zdrowia, to włos się jeży na głowie" - przekonywał Tusk.

Jak zaznaczył, gdyby chciał wymyślić najczarniejszą propagandę na temat obecnej ekipy, to nie wpadłby na taki scenariusz, jaki możemy teraz obserwować. Dlatego - mówił - nie dziwi się nerwom w PiS. "Nie dość, że się skompromitowali, to w dodatku odejdą, tak sądzę, w niesławie" - powiedział Tusk.

Jak zaznaczył, nie będzie komentował wniosku o wotum zaufania dla rządu, bo kwestie zaufania nie zależą od tego, jak się głosuje w parlamencie. 

"Tu chodzi o to, żeby wygrać"

"Wiemy, jaka jest większość, jaka jest mniejszość. Zaufanie się albo ma, albo nie. Ta ekipa na pewno go nie ma, a w szczególności ci, którzy są odpowiedzialni za pandemię, te dwuznaczności i tę fatalną atmosferę wokół biznesów, jakie prowadzi ministerstwo zdrowia, zamiast zajmować się zdrowiem Polaków. Tu zaufanie utracili bezpowrotnie" - ocenił były szef Platformy.

Tusk tłumaczył też po raz kolejny, że jego decyzja, by nie brać udziału w wyścigu wyborczym wpisywała się w szerszy plan, którego istotą było znalezienie optymalnego kandydata mogącego ułatwić końcowy sukces. "Tu nie chodzi o to, żeby dobrze poczuć się w wyborach prezydenckich na poziomie 30-35, może 40 proc. Tu chodzi o to, żeby wygrać" - mówił.

Przyznał przy tym, że wybuch pandemii i zmiana kandydata PO z Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego wymagała improwizacji, ale - jak przekonywał - na końcu najważniejszy będzie wynik. "W polityce trochę tak jak w sporcie, choć wybory prezydenckie są ważniejsze niż mecz, liczy się ten końcowy efekt" - wskazał.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy