Reklama

Reklama

"DGP": Wybory zagrożone. Nie zgadzają się daty

Gdyby marszałek Sejmu Elżbieta Witek chciałaby wyznaczyć termin wyborów prezydenckich na 28 czerwca, musiałaby złamać prawo. Sprawa mogłaby się wyjaśnić, gdyby Senat szybko przyjął ustawę uchwaloną przez Sejm we wtorek 12 maja. Na to jednak się nie zanosi - zwraca uwagę "Dziennik Gazeta Prawna".

"DGP" zwraca uwagę, że po przyjęciu przez PKW uchwały w sprawie nieodbytych wyborów 10 maja weszliśmy w przyspieszony, 60-dniowy kalendarz wyborczy. Jednak terminy, które narzuca kodeks wyborczy, są w tym przypadku takie same jak przy tradycyjnym głosowaniu, w którym kalendarz jest rozłożony na ponad 90 dni.

Oznacza to, że jeśliby wybory miały odbyć się 28 czerwca - jak chce PiS, to właśnie mija termin zgłaszania kandydatów, a 10 dni temu minął termin zgłaszania komitetów. Wówczas nikt nie mógł tego jednak zrobić, bo marszałek Sejmu nadal nie zarządziła terminu wyborów. 

Zdaniem konstytucjonalisty prof. Ryszarda Piotrowskiego, terminy w kodeksie wyborczym są nienaruszalne. 

"Gdyby marszałek dziś, bez wejścia w życie procedowanej właśnie ustawy, zarządziła na 28 czerwca wybory, to złamałaby przepisy z kodeksu wyborczego" - mówi w rozmowie z "DGP" były przewodniczący PKW sędzia Wojciech Hermeliński.

"DGP" zwraca uwagę, że problem mógłby rozwiązać Senat, gdyby szybko przyjął zmiany w kodeksie wyborczym, bo przewidują one m.in. wyłączenie dotychczasowego kalendarza. Nic jednak nie wskazuje na to, żeby izbie wyższej się spieszyło (ma 30 dni na rozpatrzenie ustawy przysłanej przez Sejm).

Więcej w "Dzienniku Gazecie Prawnej".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje