Reklama

Reklama

Wybory prezydenckie 2015

Odliczanie Wyborcze Ziemkiewicza (dzień 8). Hiobowe wieści dla prezydenta

Na weekend - cała seria hiobowych wieści dla Bronisława Komorowskiego. Zacznijmy od sondaży. Pierwszy, firmy Millward-Brown dla "Faktów" TVN, podobno zrobiony tuż po pierwszej turze, przetrzymany przez kilka dni, bo w szoku ogarniającym Lemingrad nikt nie wiedział, co z tym fantem zrobić, i wreszcie ogłoszony w nietypowy sposób, by ten szok nieco złagodzić.

Zwykle podaje się wyniki z tzw. doważeniem, czyli prognozą, jak się ostatecznie zachowają niezdecydowani - każdy socjometra potwierdzi, że im wyraźniej któryś z kandydatów wygrywa, tym większa część niezdecydowanych ostatecznie dołącza do niego, bo ludzie coś takiego w sobie mają, że lubią być w obozie zwycięzcy, czy może raczej - lubią upewniać się co do słuszności własnej decyzji świadomością, że zdecydowali podobnie jak większość (dlatego właśnie publikowanie sondaży trudno oddzielić od agitacji). A jeśli nie stosuje się "doważenia", to podaje się samych zdecydowanych.

Reklama

We wspomnianym, poniedziałkowym sondażu dałoby to 52 do 48 proc. na rzecz Andrzeja Dudy.

Tymczasem TVN podał: Duda 44 do 40 Komorowskiego i 16 proc. niezdecydowanych, co dało Tomaszowi Lisowi asumpt do pokrętnych zapewnień, że Duda wcale w tym sondażu nie wygrywa, tylko ma przewagę, a do wygranej, czyli 50 proc. jeszcze daleko.

Śmieszne te słowa stały się już nazajutrz, gdy on sam zmuszony był "uwolnić" sondaż zamówiony przez "Newsweek" w pracowni Estymator, dający Dudzie jeszcze większą przewagę - 54 do 46 proc. A teraz TVN pokazał kolejny sondaż MB: 48 na Dudę, 43,2 na Komorowskiego, reszta niezdecydowana.

I ten ostatni jest naprawdę poważnym sygnałem, bo pokazuje już efekt szarpaniny z referendum o JOW i interpretacji podatkowej oraz innych przedsięwziętych przez prezydenta działań. A ściślej - brak ich efektu.

Nie skomentuję tego, bo sam nie lubię facetów mówiących: "a nie mówiłem?"

*

Ale prawdziwym wstrząsem dla zwolenników prezydenta powinien być sondaż IBRIS-u dla dzisiejszego "Super Expressu", badający postawę elektoratów tych kandydatów, którzy odpadli w pierwszej turze. W kluczowym dla wyniku II tury elektoracie Pawła Kukiza - obsuwa totalna, 52 proc. deklaruje głos na Dudę, tylko 26 proc. na Komorowskiego.

Tydzień nam upłynął na gdybaniach politologów i publicystów, czy Kukiz wezwie do głosowania na Dudę czy nie, a, jak widać - wcale nie musi wzywać. Poważnie zaś, to już wezwał, tylko zrobił to bardzo zręcznie, co zresztą pokazuje, że wcale nie jest takim politycznym "prawdziwkiem" jak niektórzy sądzą.

Zaproszenie Dudy i Komorowskiego do debaty prowadzonej przez siebie było przebiegłym ruchem, i gadanie, że taka debata to coś, delikatnie mówiąc, nie znanego w demokratycznych standardach, nic tu nie zmienia. Duda ochoczo przystał, Komorowski odmówił - poszedł sygnał, dużo silniejszy niż mało wiarygodna inicjatywa referendum.

A gdyby Komorowski się w porę skapował, jaką mu minę podłożył lekceważony do wczoraj rockman? Wyszłoby, że nieważne, który z kandydatów wygra w II turze, bo i tak nad-prezydentem, arbitrem, jako prawdziwy trybun ludowy i reprezentant społeczeństwa jest Kukiz.

Słowem, antysystemowi wyborcy Kukiza dostali sygnał bardzo wyraźny: ja wam nie mówię, na kogo macie głosować, ale Duda ze mną chce współpracować, a Komorowski ma was gdzieś.

Lećmy dalej. To, że na urzędującego prezydenta nie chce przenieść głosu żaden wyborca Korwina (połowa na Dudę, połowa zostaje w domu) to pikuś i rzecz od przewidzenia. Ale identyczna postawa wyborców Magdaleny Ogórek - to katastrofa. Owszem, połowa z 2,3 proc. to stosunkowo niewielki zysk dla Dudy, ale jest to dość reprezentatywna próbka elektoratu lewicy, pozyskanie którego było, jak to już omawiałem, drugim strategicznym celem sztabu prezydenta.

Nic nie wskazuje na to, żeby wiara, iż zadowolił się on "pokazaniem żółtej kartki w I turze", a w II jednak przyjdzie do woza, aby "powstrzymać powrót IV RP", była uzasadniona, skoro ani Kwaśniewski, ani Cimoszewicz jakoś do tego nie namówili.

A jeśli wyborców Adama Jarubasa uznać za reprezentatywną próbkę elektoratu wiejskiego, to i tu ma prezydent przerąbane, bo aż 67 procent wyborców kandydata PSL zamierza poprzeć Dudę, mimo iż PSL oficjalnie poparło Komorowskiego i weszło do jego sztabu. Zresztą z niezłym piruetem, jakim jest jednoczesne zapewnianie, że na żadne JOW nigdy ludowcy nie pozwolą.

Zadam przy okazji zagadkę: dlaczego kierownictwo PSL tak nieprzejednanie przeciwne jest ordynacji, która, gdyby ją teraz wprowadzić, prawie dwukrotnie zwiększyłaby stan posiadania tej partii w Sejmie? Hę? Jeśli ktoś naprawdę nie domyśla się odpowiedzi, znajdzie ją w moim wczorajszym felietonie z cyklu "Myśli Nowoczesnego Endeka".

Zakończmy ciekawostką, że na Dudę przenieść zamierza głos nawet jedna trzecia mikroskopijnego skądinąd elektoratu Palikota. To pokazuje, jak bardzo odmiennymi kryteriami kierują się w swych decyzjach wyborcy, niż to się wydaje politologom i komentatorom.

*

Powstaje oczywiście kwestia, czy można sondażom wierzyć? Te sprzed I tury zgodnie dawały prezydentowi przewagę 8-10 procent nad głównym rywalem, a wyszło wiadomo jak. Czy teraz należy czytać sondaże z odpowiednią poprawką, to znaczy, że czteroprocentowa przewaga Dudy w istocie oznacza przewagę czternastoprocentową? Czy uznać, że teraz, prawem wahadła, sondaże fałszują rzeczywistość w przeciwną stronę i PO nie ma co wpadać w panikę, a PiS w euforię? A może po prostu sondaże są u nas guzik warte i równie dobrze można czerpać wiedzę z horoskopów?

Odpowiadam szczerze - nie wiem. Osobiście nie podejrzewam pracowni prowadzących badania, z wyjątkiem CBOS, o świadome manipulowanie wynikami. CBOS, owszem, jest własnością państwa i to, że władza zawsze okazuje się w jego sondażach uwielbiana, ma racjonalne, wymierne przyczyny. Ale pozostałe pracownie żyją z badań rynku. Tam są prawdziwe pieniądze, nie w sondażach politycznych dla mediów, będących drobnym, dorywczym zarobkiem.

Tym firmom podlizywanie się komukolwiek za pomocą skręconych badań zwyczajnie się nie opłaca. Żaden rząd nie zrekompensuje im kasy, jaką stracą, jeśli poważni klienci, tacy, którzy wywalają miliony za zbadanie szans wprowadzenia na rynek tego czy innego produktu i sposób, w jaki najkorzystniej to zrobić, stracą przekonanie co do profesjonalizmu ich pracy.

No więc co się dzieje? Moim zdaniem trafnie wyjaśnia sprawę Szewach Weiss w ostatnim numerze "Do Rzeczy". W Polsce, wcześniej w Wielkiej Brytanii, Izraelu, Grecji, powtórzył się taki sam błąd sondażowy - poważne przecenienie popularności partii "jedynie słusznej", lansowanej mniej lub bardziej nachalnie przez media, przedstawianej jako wyborów "ludzi na pewnym poziomie" (jak mówiła o sobie Unia Demokratyczna, nota bene kuźnia dzisiejszych kadr PBK).

Presja liberalno-lewicowych mediów wciąż działa na tyle, że ludzie na wszelki wypadek okłamują ankietera, żeby nie wyjść przed nim na mohera, obciach i wiochę. Ale w zaciszu kabiny w punkcie wyborczym już na jedynie słuszne partie głosować tak chętnie nie chcą.

Zważywszy, że jazda wiodących mediów po PiS i jego kandydacie trwa i nawet nasila się, a zarazem wciąż prowadzona jest według tego samego od lat tępackiego strychulca, moim skromnym zdaniem obecne sondaże wciąż zaniżają realne poparcie dla Dudy. Choć możliwe, że po jego zwycięstwie, rozładowującym nieco "efekt obciachu", już w nieco mniejszym stopniu niż wcześniej.

*

Nie same sondaże powinny spędzać establishmentowi sen z powiek. Deklaracja Krystiana Legierskiego, że jakoś przełknie Macierewicza, ale zagłosuje przeciwko Komorowskiemu, to nowa jakość w debacie publicznej. Nie dlatego, żeby środowisko LGTBQ było w Polsce szczególnie liczne i wpływowe, nawet gdyby dodać do niego jeszcze parę literek. Ale taka wypowiedź z takich ust łamie jakąś barierę psychologiczną w głowach najbardziej nawet lemingowatych lemingów.

Jak się tak zastanowić, rzecz oczywista - a co to, geja nie dotykają umowy śmieciowe, kredyty we frankach, szajs w służbie zdrowia? Niby wszyscy homo są stylistami w TVN albo wziętymi projektantami mody? No, ale dla niektórych szok. I kolejna, że tak powiem, bronkołapka, bo za Legierskim poszedł zaraz Biedroń, oznajmiając, że albo Komorowski przekona go teraz, że zrobi coś dla wyżej wymienionych literek, albo on też - na Dudę... No i niech teraz PBK zacznie, jak w wypadku JOW, zapewniać, że zawsze był on i cała PO ze gejami i zawsze im obiecywała... Hm...

Ciekawe, czy prawica będzie to umiała wykorzystać? Już dawno pisałem, że w sumie mogłaby łatwo i bez bólu dla siebie wybić lewactwu z ręki sztandarowy postulat, bo stworzenie jakiejś formuły prawnej jakby-małżeństwa dla związków homoseksualnych nie jest problemem.

Granicą nieprzekraczalną jest próba utworzenia przy tej okazji prawnej formuły konkubinatu hetero z częścią uprawnień małżeństwa. Rzecz pchana uparcie pod pretekstem troski o homoseksualistów, nie mająca żadnego rozsądnego uzasadnienia, bo przecież małżeństwa od dawna już są cywilne i nie dożywotnie, zresztą nawet w Kościele uzyskać kwit o nieważności zerwanego związku coraz łatwiej - moim zdaniem jeden z dowodów, że, jakkolwiek spiskowo by to brzmiało, w lewackim barbarzyństwie naprawdę nie chodzi o nic innego, tylko o perfidne niszczenie podstaw prawnych naszej cywilizacji, aby na jej gruzach tworzyć jakąś kolejną leninowską utopię.

Niezły numer wyciąłby lewactwu prezydent Duda, występując ze stosowną inicjatywą...

*

Na domiar złego - to, co miało pomóc, jeszcze bardziej szkodzi. Wymęczone poparcie Donalda Tuska wyszło tak, że lepiej nie gadać. Niewiele przejaskrawiając: no, Bronek, jak tak na niego patrzycie teraz, wydaje się wam fujarą, i ja nie mówię, że nią nie jest, mówię tylko, popatrzcie, co robił przez pięć lat jako prezydent.

A co robił?!

To brzmi jak stary kawał: "Wszystko, co mam, zdobyłem uczciwą pracą! A co masz? No, właściwie to nic".

Nie dziwię się zresztą Tuskowi - jaki on ma interes ratować Komorowskiego? Jeśli nie zamierza już do Polski wracać, to zwisa mu wszystko, co się tu dzieje, a jeśli zamierza, to lepiej dla niego, żeby wrócił po kilku latach rządów PiS, jako zbawca i jedyna nadzieja anty-pisu.

Ale wypowiedź Anny Komorowskiej u Moniki Olejnik, że "emigracja to nie żadna tragedia, tylko szansa", w ogóle cała jej wizyta tam, to kolejny strzał w kręgosłup. To już się układa w mocną, pogrążającą obóz władzy i prezydenta narrację. "Nie oddamy Polski gówniarzom", "młode, radykalne pokolenie trzeba wypchnąć na emigrację", "młodzi Polacy nie emigrują, tylko wyjeżdżają, żeby poznać inne kraje", "trzeba zmienić pracę i wziąć kredyt"...

"Panie prezydencie" - to już nie cytat, tylko jeden z niezliczonych krążących po sieci żartów, ale w jakże "bronkowym" duchu - "nie starcza mi pieniędzy do pierwszego, co mam zrobić? Płacić kartą!".

Rafał Ziemkiewicz

-----

Rafał Ziemkiewicz - publicysta, felietonista Interii ze stałą rubryką "Myśli nowoczesnego endeka". Do końca kampanii wyborczej będzie śledził jej przebieg, zawirowania i manowce.


Dowiedz się więcej na temat: Odliczanie Wyborcze Ziemkiewicza

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje