Reklama

Reklama

Wybory prezydenckie 2015

Dr Annusewicz: Na debacie może stracić Paweł Kukiz

Największym przegranym telewizyjnej debaty z udziałem dziesięciu kandydatów na prezydenta może okazać się Paweł Kukiz. - Dla części jego wyborców umowa z Januszem Korwin-Mikkem zawarta w restauracji "Lotos" jest zdradą ideałów - ocenia w rozmowie z Interią dr Olgierd Annusewicz z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. - Gdyby zignorował deklarację Korwin-Mikkego lub pozostał przy swoim żarcie z debaty, straciłby mniej - dodaje. W ocenie eksperta, zastosowany przez Bronisława Komorowskiego unik był wizerunkowo dobrym chwytem, a druga tura, choć nadal bardzo prawdopodobna, nie jest przesądzona.

We wtorkowej debacie wzięło udział 10 kandydatów. Każdy z nich miał po dwie minuty na zaprezentowanie swoich poglądów na temat gospodarki, polityki zagranicznej i ustroju państwa.

W ocenie doktora Olgierda Annusewicza, wtorkowe wystąpienia z prawdziwą debatą miały niewiele wspólnego. - Możemy mówić raczej o autoprezentacji dziesięciu osób. Każdy z kandydatów mówił coś o sobie, a tylko momentami wchodzili w swobodne interakcje - wyjaśnia.

"Zdrada ideałów"

Najsilniejszym akcentem przykuwającym uwagę widza był konflikt pomiędzy kandydatami "antysystemowymi", czyli Pawłem Kukizem i  Januszem Korwin-Mikkem, który - jak wskazuje ekspert - był do przewidzenia.

Reklama

- Od jakiegoś czasu panowie unikali wzajemnego skakania sobie do gardeł i Kukiz trochę naiwnie myślał, że tak będzie do końca. Natomiast każdy, kto choć trochę liznął polityki, wiedział, że to musi nastąpić. Skoro Korwin-Mikke w sondażach ma dwa razy mniej głosów niż Kukiz, to musi atakować. Obaj kandydaci są swoją bezpośrednią konkurencją - tłumaczy.

- Różnego rodzaju badania pokazują, że niezdecydowani wyborcy, którzy nie chcą głosować na kandydata PiS-u czy Platformy Obywatelskiej, będą szukali wyboru pomiędzy tymi dwoma panami - dodaje. 

Ekspert zaznacza, że o ile ciężko wskazywać zwycięzcę starcia, bo żaden z kandydatów nie wybił się wyraźnie na tle pozostałych, to można zaryzykować wskazanie przegranego, którym jest Kukiz. I to nie ze względu na sam przebieg debaty, ale za sprawą postu na Facebooku, w którym opisuje porozumienie zawarte z Korwin-Mikkem. - To świadczy o dużej naiwności politycznej Kukiza   - Dla części wyborców Kukiza jego umowa z Korwin-Mikkem zawarta w restauracji "Lotos" jest zdradą ideałów. Gdyby  zostawił deklaracje Korwin-Mikkego i poprzestał na żarcie albo powstrzymał się od komentarza to straciłby mniej - dodaje.

"Jak nóż w plecy, jak Ruscy w '39"

Paweł Kukiz w kontrwywiadzie RMF FM oświadczył, że wycofuje się z jakiejkolwiek współpracy z Korwin-Mikkem.  Dodał też, że jego zachowanie w czasie debaty "było jak nóż w plecy, jak Ruscy w '39, 17 września".

"Już nie chodzi o to, co mówił, tylko o to, co ustalaliśmy znacznie wcześniej. Ustalaliśmy, że będzie nas łączył postulat zmiany ordynacji wyborczej na jednomandatową. I tutaj chodzi nie o same te okręgi jednomandatowe, tylko o to, że pan Janusz niestety nie dotrzymuje umowy. Pacta sunt servanda. Jeżeli na tym etapie dochodzi do takich sztuczek, to jak ja mogę poważnie traktować człowieka, który nie dotrzymuje słowa?" - pytał na antenie RMF FM.

"Lekcja polityki"

Kukiz odebrał wczoraj lekcję polityki, która na długo zostanie mu w pamięci. - Wszyscy kandydaci, poza Andrzejem Dudą, doskonale wiedzą, że nie mają najmniejszych szans, żeby wejść do drugiej tury. Walczą jednak o to, żeby ich ugrupowanie zaczęło cokolwiek znaczyć w przededniu wyborów parlamentarnych. Jeżeli partia Kukiza cieszyłaby się poparciem na poziomie 10 procent, a ugrupowanie Korwina miałoby tych procent pięć, to jeden jest dwa razy nad progiem wyborczym, a drugi nad nim balansuje. Zachowanie Janusza Korwin-Mikkego jest zatem zrozumiałe i polityczne uzasadnione - wyjaśnia. 

Annusewicz  zwraca też uwagę, że główny rywal urzędującego prezydenta, czyli Andrzej Duda, nie wykorzystał swojej szansy, a jego osobiste przymioty nie wynoszą go ponad pozostałych kandydatów.  - Ustawiony w jednym rzędzie z Januszem Palikotem, Magdaleną Ogórek, Pawłem Tanajno, Januszem Wilkiem, Adamem Jarubasem, Januszem Korwin-Mikkem, Pawłem Kukizem, czy Marianem Kowalskim wcale się nie wyróżniał - akcentuje. - Andrzej Duda jest dobrym mówcą i swoje opinie wygłasza ze swadą, natomiast gdyby przysłuchać się temu, co mówi, to nie ma w tym jakiegoś wielkiego efektu "wow" i dowodu na to, że na głowę bije pozostałych. Duda jest silny tym, że Prawo i Sprawiedliwość,  jest główną partią opozycyjną z ponad trzydziestoprocentowym poparciem - dodaje. 

"Jeden z dziesięciu"

Zdaniem politologa, większość uczestników debaty prezentowała się w klasyczny sposób, była przygotowana i miała swoje argumenty. - Nawet tak mało znani kandydaci jak Wilk, Tanajno, czy Kowalski potrafili  mówić logicznie. To były normalne wystąpienia. Wszystkie miały swój wstęp, rozwinięcie, zakończenie i zawierały określoną myśl. W wielu miejscach były też bardzo podobne, np. w kwestii kwoty wolnej od podatku. Poza Januszem Palikotem, nikt wyraźnie nie odróżniał się od reszty - wyjaśnia. 

 - Debata pokazała też dość dobitnie, że osobowościowo pomiędzy jej uczestnikami różnic wielkich nie ma. Oczywiście, w grę wchodzi kwestia sympatii politycznych i osobistych do poszczególnych kandydatów, czy przywiązania do jakichś idei na przykład jednomandatowych okręgów wyborczych czy do referendum - dodaje.

Zaskoczył jedynie Janusz Palikot, który był bardziej merytoryczny niż to mu się zwykle zdarza. - Palikot dość rozsądnie grał, dając do zrozumienia, że jest "on i ich dziewięciu". Taki komunikat przesyłał od samego początku. Miał też to szczęście, że jako ostatni wygłaszał autoprezentacyjne wystąpienie, które dość sprytnie rozpoczął mówiąc: Oto mieliście dziewięciu kandydatów prawicowych. Ja jestem dziesiąty- inny - podkreśla dr Annsuewicz.  - Pytanie tylko, na ile zostanie to zapamiętane, kto na to zwróci uwagę i na ile przesłoni to jego happeningi z przeszłości - dodaje.  

"Druga tura nie jest przesądzona"

W ocenie eksperta,  Bronisław Komorowski, który odmówił udziału w debacie, wyraźnie na tym nie straci, a zastosowany unik był wizerunkowo dobrym chwytem.  - Urzędujący prezydent uniknął ustawienia w jednym szeregu z pretendentami. Można oczywiście mówić o szacunku do wyborców itd., ale liczy się twarda polityka - zaznacza. 

Gra o najwyższą stawkę toczy się cały czas, a druga tura -  choć nadal bardzo prawdopodobna - nie jest przesądzona.  -  Przed nami uroczystości związane z zakończeniem drugiej wojny światowej  i to, co będzie się działo w najbliższych dniach,  wpłynie na ostateczny wynik. Podobnie jak debata. Ludzie, którzy nie mieli zdecydowanych poglądów, być może będą po niej bardziej zmieszani niż zdecydowani, a takie zmieszanie będzie działało na korzyść Komorowskiego. Może się okazać, że  wygra w pierwszej turze, zdobywając 50,001 proc. głosów - podsumowuje. Czy taki scenariusz się sprawdzi? Przekonamy się 10 maja.



 


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje