Reklama

Reklama

Wizja Kaczyńskiego

Czytam wywiad jednego z kandydatów PiS. "Zmian kadrowych było za mało" - głosi tytuł. Z kolei Marek Suski, główny intelektualista obozu rządzącego, opowiada, że nie wierzy polskim służbom specjalnym, bo pracują tam ludzie, którzy przyszli za poprzedniej władzy. A on może wierzyć tylko swoim. Spina te wynurzenia klamrą Jarosław Kaczyński, który mówi z właściwą sobie szczerością, że wybory 13 października zadecydują, jaki w Polsce będzie ustrój.

No to już chyba wiadomo, o jaki ustrój chodzi...

Na pewno taki, który ma wymieść do końca tych wszystkich innych.

Kaczyńskiemu przez usta dziś by nie przeszły słowa, które wypowiadał w roku 2010, że Józef Oleksy to jest lewicowy polityk starszo-średniego pokolenia. Dziś nie ma żadnego łączenia, przerzucania mostów itp., dziś jest proste - oni albo my.

Taka sytuacja odpowiada zresztą Kaczyńskiemu. Bo, po pierwsze, jest zgodna z jego naturą. Po drugie, on chce mobilizować, więc musi odwoływać się do wojennych klimatów. A po trzecie, tak przecież  jest.

Reklama

No i po czwarte, jak ktoś śledzi polską politykę od 30 lat, to pamięta, co Jarosław Kaczyński mówił na początku lat 90., kiedy startował z projektem partii Porozumienie Centrum. Wtedy też zbierał armię, pod hasłami "nam się należy", "teraz my", "rozbijamy układy", i wołał, że pora na nowe elity. Już wtedy prowadził agresywną politykę kadrową i biznesową, i wtedy też do ludzi PC przylgnęło określenie Andrzeja Celińskiego, że to gromada spoconych facetów, pchających się do władzy.

Więc w tych sprawach, manipulowania ludźmi, Kaczyński się nie zmienił. Zmieniają się tylko ludzie, do których uderza.

I jeżeli na początku kampanii przekaz PiS był ustawiony, by pozyskiwać elektorat socjalny, więc mówiono o 500+, o 13. i 14. emeryturze, i o podniesieniu pensji minimalnej, to teraz to się zmienia.

Teraz Kaczyński walczy o centrum - więc tłumaczy średniozarabiającym, że jak podwyższy płacę minimalną, to i te wyższe płace urosną.

Dosypię wam! - woła.

Zwraca się też do przedsiębiorców. A to już jest wyższa szkoła jazdy. Bo biznes jest wściekły - potrafi liczyć, i już wie, że to on będzie finansował pomysły Jarosława Kaczyńskiego. Że podniesienie płacy minimalnej - to podnosić i płacić będzie ją nie prezes PiS, a przedsiębiorca. Że wyższy ZUS, droższa energia, że koszty związane z inflacją, to wszystko będzie finansowane z jego kieszeni.

Jak więc tę wściekłość zatrzymać? Jarosław Kaczyński przedsiębiorcom obiecuje, że rozwali szklane sufity, które uniemożliwiają im rozwój. Że będzie budował nowe elity. Także biznesowe. Więc, biznesie, masz marchewkę - będziesz z nami, zostaniesz elitą, damy ci zarobić.

Nie przypuszczam, by te obietnice były szczególnie skuteczne. Myślę, że jak ktoś prowadzi biznes, zwłaszcza dłuższy czas, to różnych hochsztaplerów spotkał na swojej drodze, i wie, jak odróżnić rzeczywistość od blagi.

Ale co innego w tych obietnicach jest dla mnie interesujące. Otóż one wiele mówią o państwie, które chce Kaczyński zbudować, i o tym, jak patrzy na ludzi.

Bo cóż to znaczy, że chce budować nowe elity biznesowe?

To znaczy, że obecne elity mu nie pasują, więc chce je usunąć, i wprowadzić nowych ludzi. A jak to chce zrobić? Jednym firmom, tym kierowanym przez niewłaściwe elity podstawiać nogę, nasyłać kontrole itd., a drugim, tym właściwym, prostować ścieżki? Ale, w rzeczywistości, jak to może wyglądać? Poza tym, jaka będzie selekcja, żeby do tych właściwych elit się załapać? Kto ją będzie przeprowadzał?

Mamy przecież przykład świeżutki - jak wydawała pieniądze Polska Fundacja Narodowa, i z jakim skutkiem. Zarządzana przez pisowską elitę. To tak ma wszystko wyglądać?

Jeżeli więc, ktoś chciałby potraktować zapowiedź Kaczyńskiego poważnie, to wnioski mógłby wyciągnąć tylko takie, że oto partia PiS, czyli pisowscy urzędnicy, będzie sprzyjała jednym przedsiębiorcom, a zwalczała innych. Że pomyślność firmy zależeć będzie od układów z lokalnymi wodzami PiS-u. Albo z kimś ważnym, jak Marian Banaś, do którego zawsze można zadzwonić.

Więc jest to zapowiedź absolutnej etatyzacji, ograniczenia wolności gospodarczej, i de facto promowania nie tych zdolnych, pracowitych, pomysłowych, ale różnych cwaniaczków, którzy zawsze do każdej partii rządzącej  się przylepiają. Żeby coś zachachmęcić.

Oto więc wizja państwa permanentnej rewolucji i supremacji woli partii (czyli woli prezesa) nad prawem. PZPR, i to z tych gorszych swych okresów...

A przecież, gdy Kaczyński mówi o nowych elitach, to nie tylko myśli o biznesie. Tak myśli o dziennikarzach, których chce zdyscyplinować jakimiś pozwoleniami, dopuszczającymi do uprawiania zawodu. Wszystkich chciałby przerobić na takich, jacy są w "Wiadomościach" i TVP Info. Tak myśli też o twórcach i aktorach, którym chce dawać specjalne legitymacje. Tak myśli o wojsku, które nie potrafi nawet kupić najprostszego sprzętu,  tak myśli o dyplomacji (27:1), o bankach, spółkach skarbu państwa. Tak myśli o sędziach, których od czterech lat pacyfikuje. A kogo posłał w miejsce tych "niewłaściwych", pokazała hejterka Emi. Mało mądrych, ale zawziętych, i bez zasad... Więc takie mają być te nowe elity?

W ciągu czterech lat rządzenia Kaczyński wielokrotnie mógł się przekonać, że ręczne sterowanie, wpychanie swoich, to zaproszenie do złodziejstwa, do nieróbstwa, że to tylko produkowanie afer. I co?

Czasami odnoszę wrażenie, że w tych swoich marzeniach wielkiej wymiany elit prezes PiS idzie dalej niż komuniści. Władysław Gomułka, gdy niektórzy towarzysze krytykowali go, że na uczelniach wykładają przedwojenni profesorowie, wołał - innych nie mamy! A kto młodzież będzie kształcił?

Dla Kaczyńskiego jest to rzecz najwyraźniej drugorzędna.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne