Reklama

Reklama

​Układ z Wałęsą, czyli pakt z diabłem

Słowa Lecha Wałęsy o Kornelu Morawieckim, wypowiedziane wczoraj podczas konwencji wyborczej Koalicji Obywatelskiej, były nikczemne. Nie tylko dlatego, że padły nazajutrz po pogrzebie szefa "Solidarności Walczącej". Także dlatego, że nikt wtedy (w 1982 r.) nie postrzegał założenia "SW" jako wypowiedzenia wojny głównemu nurtowi i osobiście Lechowi Wałęsie, tylko - zgodnie ze zdrowym rozsądkiem - jako wybór bardziej nieprzejednanej wobec Jaruzelskiego linii politycznej.

Mógł Wałęsa i jego doradcy głosić, że liczy na porozumienie z komunistami, mógł też Kornel Morawiecki głosić, że jedynym wyjściem jest dobić ten ustrój. Czy to było realne wtedy, to inna kwestia. W każdym razie Kornel Morawiecki wówczas był jednym z wielu działaczy ruchu "Solidarność", którzy oceniali linię Wałęsy jako kunktatorską. Nikomu wówczas w ogóle do głowy nie przychodziło, żeby widzieć powstanie "SW" jako wyłamanie się z szerokiego ruchu oporu wobec władz stanu wojennego. A tym bardziej nie przychodziło nikomu do głowy, żeby nazywać to zdradą. Wiem, bo pamiętam.

Reklama

Kiedy więc dziś Lech Wałęsa nazywa zdrajcą zmarłego dopiero co Kornela Morawieckiego, brzmi kompletnie niedorzecznie w sferze faktów. Ale jest - niestety - w stylu Wałęsy, który lubi oceniać ostro innych ludzi, podczas gdy wobec siebie ma niewyczerpane pokłady miłosierdzia. Przypomnę, że swego czasu Wałęsa nazwał zdrajcą płka Ryszarda Kuklińskiego, co już było moralnie skandaliczne, chociaż na gruncie faktów miało jakieś podstawy, jako że Kukliński istotnie nie dochował wierności przysiędze złożonej jako żołnierz komunistycznego ludowego Wojska Polskiego. W przypadku Morawieckiego nie ma nawet takiego, słabiutkiego przecież, oparcia w faktach.

Wreszcie, Wałęsa z jego życiorysem, którego fragment dotyczy tajnej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, powinien być ostatni w stawianiu takich oskarżeń. Ale, jak to wiemy nie od dziś, jest wprost przeciwnie i za nazywanie go t.w. "Bolek" Wałęsa od lat miota na lewo i na prawo oskarżeniami najcięższymi.

Naturalnie, Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje te słowa Wałęsy podczas konwencji KO bez nijakiego umiaru. Tu, gdzie na nagraniach z wczorajszej konwencji słychać wątłe brawa po wystąpieniu Pana Przewodniczącego, PiS mówi o brawach rzęsistych. Mimo że nie było ważnego polityka KO, który by się mniej czy bardziej nie zdystansował od słów Wałęsy, PiS twierdzi, że te słowa w całości obciążają konto ugrupowania Grzegorza Schetyny.

No cóż, to jest polityka. Dlatego zamiast uskarżać się na brak umiaru ze strony konkurentów politycznych, lepiej nie popełniać błędów, które dadzą się w ten sposób użyć i nadużyć. Koalicja Obywatelska jednak, zapraszając Wałęsę, popełniła błąd niejako z rozpędu, po latach podobnych zachowań Platformy Obywatelskiej, która od schyłku drugiej dekady tego wieku weszła z Wałęsą w pakt na tle ich wspólnego sporu z Prawem i Sprawiedliwością. Okazało się to paktem z diabłem.

Wałęsa chciał w zamian za poparcie Platformy uzyskać jej ochronę w fałszowaniu historii - własnej i środowiska robotniczego Wybrzeża, gdzie od 1970 do 1974 donosił na kolegów (będąc formalnie zarejestrowany do 1976 r.). I uzyskał. Platforma zrobiła wtedy rzecz zupełnie niedopuszczalną: zgodziła się - milcząco, albo i z aktywnym udziałem - dawać Wałęsie ochronę w jego krucjacie przeciwko prawdzie historycznej. I odtąd stała się zakładnikiem dobrego samopoczucia byłego przewodniczącego "Solidarności". Od czasu do czasu to płacenie rachunków za kłamstwa Wałęsy wydawało się jej (Platformie) wychodzić bokiem - jak było np. po odkryciu w domu gen. Kiszczaka teczki personalnej i teczki pracy t.w. "Bolek". Ale nigdy się Platforma definitywnie nie zreflektowała. Może postąpiła tak, uważając, że mit Wałęsy jako historycznego przywódcy walki Polaków o wolność wart jest tego, żeby brnąc w kłamstwo.

Otóż wczoraj przyszło zapłacić za to rachunek. Prawda upomniała się o swoje. Nieliczni politycy KO (np. Bogusław Sonik) mieli odwagę od razu skrytykować słowa Wałęsy, pozostali zostali do tego zmuszeni okolicznościami i w ciągu kilkunastu godzin Wałęsa jak gdyby został sam na mównicy ze swoim pomówieniem.

Jak to robi kampanii KO? Każdy widzi, że nie robi dobrze. Kolejny raz (po taśmie Neumanna, po ogłoszeniu zniesienia wiz do USA) w ostatnich dniach Koalicja Obywatelska traci punkty. Wizja pospolitego ruszenia opozycji, które dałoby opozycji w sumie więcej mandatów, niż będzie ich miało PiS, oddala się. A w tej układance (KO plus Lewica plus PSL z Kukizem) to Koalicja traci najbardziej i to jej słabnący wynik zapewne przesądzi o tym, że tej większości zabraknie.

Słowem: nie tylko kłamstwo, ale jeszcze kłamstwo, które nie popłaca. Moralna klęska, polityczna katastrofa.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje