Reklama

Reklama

Słowa prawdy, prawdy kampanii...

Dobrze, że ta kampania już się kończy. Trudno było znaleźć w niej powody do optymizmu. Trudno też uznać, że czymś szczególnym nas zaskoczyła.

Zaryzykowałbym twierdzenie, że niezdecydowani wyborcy, którzy nie mieli od początku swojego faworyta, otrzymali od obu stron, opozycyjnej i rządowej, w istocie podobny przekaz. Totalna opozycja nie pokazała im nic, co dawałoby choć nadzieję, że może rządzić lepiej niż PiS. Strona rządowa, zajęta propagandą sukcesu, nie pokazała im nic, co pozwalałoby przewidywać, że w drugiej kadencji może rządzić lepiej niż w pierwszej. Tymczasem lepsze rządy są Polsce potrzebne. I to niezależnie od tego, czy lata 2016-2019 oceniamy jako okres dobrej zmiany, czy jako totalną katastrofę.

Reklama

Zwolennicy opozycji, którzy w swoim własnym interesie budują obraz kraju staczającego się w otchłań totalitaryzmu, albo bez własnego interesu - lub nawet wbrew temu interesowi - w taki obraz po prostu wierzą, nie oczekują od konkurentów Prawa i Sprawiedliwości praktycznie niczego poza nadzieją, że będą w stanie odsunąć PiS od władzy. Zwolennicy PiS, czy ogólniej Zjednoczonej Prawicy, są raczej zadowoleni, nie opuszczą jej, przemilczą to, co im się nie podoba i zagłosują. I jednym, i drugim kampania właściwie nie była do niczego potrzebna. Jednak o możliwości dalszego samodzielnego rządzenia obecnej parlamentarnej większości zdecydują zapewne ci, którzy wciąż jeszcze nie mają pewności kogo wybrać i czy w ogóle iść na wybory. Mam wrażenie, że tradycyjne wzajemne połajanki im akurat w podjęciu decyzji nie pomagały.

Tymczasem ostatni tydzień przyniósł opinii publicznej dwie wypowiedzi, które powinny nam wszystkim dać do myślenia, które powinny przynieść wnioski wymykające się logice politycznego konfliktu, które powinny na swój sposób zjednoczyć nas w myśleniu o przyszłości Polski, o jej - i nas wszystkich - bezpieczeństwie i pomyślności. Zestawienie ich obok siebie nie jest oczywiste, jedna została bowiem ujawniona w trakcie kampanii w wyniku nieautoryzowanego nagrania, druga z kolei jest elementem prasowego wywiadu na temat autobiograficznej książki, obie jednak wpisują się w pewną ocenę naszej wewnętrznej i zewnętrznej sytuacji. Ocenę bliską środowiskom konserwatywnym i kontestowaną przez środowiska liberalne.

Niedawny przewodniczący klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, Sławomir Neumann, w nagranej rozmowie z lokalnym działaczem partii powiedział wiele kompromitujących rzeczy, szczególnie uderzyła mnie jednak jego całkowita pewność, że sądy III RP krzywdy platformersom nie zrobią. I nie dadzą zrobić. Owo przekonanie, całkowicie dla prominentnego działacza PO oczywiste, jest najlepszym dowodem na to, że sądownictwo w Polsce wymaga natychmiastowej i głębokiej reformy. Bez niej szanse na normalność - i owszem, praworządność także - są iluzoryczne. Czy mamy tego świadomość? Czy wiemy, jak to można zrobić? Czy rozumiemy, że trzeba?

Z kolei znany i popularny historyk, badacz dziejów Europy i Polski, Norman Davies w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej" przypomina zamknięte spotkanie w Ambasadzie Izraela w Londynie w 1974 roku, podczas którego izraelski historyk Yehuda Bauer przekonywał młodych brytyjskich historyków, że "Polska była historycznym ośrodkiem antysemityzmu, w związku z czym zasadne jest określanie Polaków mianem antysemitów". Profesor Davies przyznaje, że przez sposób, w jaki próbował stosunki polsko-żydowskie odkłamywać praktycznie zablokowano mu karierę w Stanach Zjednoczonych. Wywiad jest dłuższy, warto go przeczytać w całości, bo budzi istotne refleksje. Norman Davies nie jest miłośnikiem obecnej władzy w Polsce, wręcz przeciwnie, ostro ją krytykuje. A jednak jego wspomnienia potwierdzają jej diagnozę, że obraz Polski był i jest za granicą celowo zakłamywany. Czy mamy wolę, determinację i pomysł, jak można to skutecznie zmienić? Czy możemy się zgodzić co do tego, jak opowiedzieć naszą historię światu? Czy wszyscy rozumiemy, że nie możemy tego tak zostawić?

Ta kampania nie zbliżyła nas do siebie, to oczywiste. Ale po wyborach, gdzieś będziemy musieli szukać okazji do wspólnego zastanawiania się nad przyszłością. Będziemy musieli jakieś obiektywne fakty ustalać, diagnozy stawiać. Obniżyć poziom napięcia. Nie mamy więcej czasu na to, by stać do siebie odwróceni plecami. Dzieje się u nas i wokół nas zbyt wiele, zbyt ważnych spraw. Ten, kto wygra wybory i utworzy rząd, będzie miał obowiązek o tym pamiętać. Ten, kto przegra, także...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy