Reklama

Reklama

PiS odnowiło mandat, będzie dalsze psucie państwa

Stało się to, co od dawna było najbardziej prawdopodobnym wynikiem tych wyborów, a co przewidywały prawie wszystkie sondaże. Zdecydowanie wygrało Prawo i Sprawiedliwość i ono będzie samodzielnie rządzić. Mobilizacja wyborców dokonała się co najmniej w takim samym stopniu w elektoracie PiS-u, co w elektoracie opozycji. Frekwencja, owszem, była wyższa, ale opozycji to specjalnie nie sprzyjało.

Nie pomogły apele celebrytów, łącznie z ostatnim apelem naszej świeżej Noblistki Olgi Tokarczuk. Co się tyczy tych apeli, to przewidywałem, że tak się stanie. Nadzieje, całkiem serio brane przez wielu sympatyków opozycji, że tego rodzaju działania mogą mieć jakiś istotny wpływ na zachowania wyborców, polegały - moim zdaniem - na jakimś zbiorowym samozakłamaniu. 

Po prostu w wyborach przemówił lud, co skądinąd nie jest zjawiskiem nowym w Europie od jakichś 100 lat (powszechne prawo wyborcze). Przemówili więc ci, na których nie tylko nie działa zjawisko przeniesienia autorytetu (może by działało, gdyby celebryci byli dla nich autorytetami), ale też od pewnego czasu ci ludzie odzyskali zdolność mówienia celebrytom "nie" przy urnie wyborczej. Widzieliśmy to już w maju i zobaczyliśmy znowu dzisiaj. A ponieważ takich ludzi jest znacznie więcej, niż inteligentów czytających książki, to wynik tej całej operacji był łatwy do przewidzenia.  

Reklama

Będziemy więc mieli drugą kadencję rządów PiS-u. 

Można się zgodzić, że w pierwszej kadencji PiS zrobił pewne rzeczy, które mogły i powinny być zrobione wcześniej. Punkt dla Pana Prezesa. Ale zupełnie fundamentalna jest kwestia ustroju państwa. Jeśli PiS będzie szedł tą samą, co dotąd drogą, to nastąpi dalsza ewolucja Polski w kierunku modelu władzy arbitralnej. To znaczy władzy mającej legitymację wyborczą, ale nie związaną ograniczeniami niezależnych instytucji - bo tych instytucji już nie będzie. Tu wiele zależy od Unii Europejskiej. Wydaje się ona być już jedną z ostatnich sił mogących powstrzymać tę ewolucję. Wielu w Polsce ma nadzieję, że powstrzyma. Ja mam wątpliwości. Widzieliśmy, że już w poprzedniej kadencji Unia działała niemrawo. W nowej należy zakładać, że przekonanie najważniejszych sił wewnątrz UE o konieczności wymagania takich samych standardów praworządności u wszystkich członków słabnie. A im więcej zdarzeń takich jak niedzielne zwycięstwo PiS, tym bardziej to słabnięcie woli będzie się pogłębiać.        

Moim zdaniem trzeba się z tym realnie liczyć. W końcu od lat Unia waha się co do kierunku swego rozwoju, a opcja "dwóch prędkości" była przez jakiś czas trzymana niejako w zanadrzu. Ale jej przeciwnicy politycznie osłabli (Angela Merkel), a okoliczności ogólne, dają nową siłę staremu przekonaniu, że na Wschodzie nie da się zaszczepić liberalnej demokracji i po prostu trzeba to sobie odpuścić. Raczej zakładałbym, że zwycięstwo PiS pogłębi ewolucję w kierunku "Unii w Unii", czego pierwszym sygnałem jest decyzja - jeszcze sprzed polskich wyborów - o utworzeniu oddzielnego budżetu strefy euro. Dlatego tak bardzo nie liczyłbym na to, że Unia będzie skutecznym hamulcowym zamieniania Polski w państwo władzy arbitralnej.  

Drugie najważniejsze pytanie jest takie, czy Jarosław Kaczyński, otrzymawszy drugi mandat po tym wszystkim, co zrobił, po tej dewastacji instytucji, jakiej w ostatnim czteroleciu dokonał, zechce zbudować dodatkowe gwarancje, że jego partia za cztery lata znowu zostanie obdarowana mandatem demokratycznym na poziomie instytucji. Jeśli tak się stanie, to nawet bez konieczności fałszowania wyborów, powstanie tu system "władzy na własność" - wybory będą już tylko fasadą, a rządy jednej partii będą realną treścią tego systemu.  

Oczywiście, tak nie musi być. Historia toczy się zygzakami, nigdy nie jest do końca zdeterminowana. Ale od niedzieli będzie trudniej. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje